12.11.2009 23:41

Autor: marcin

Yo La Tengo – “Popular Songs”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Ars Cameralis RECENZJE, Recenzje

Wykonawcy:


popularsongs.jpg Yo La Tengo – “Popular Songs”
Matador/2009

Grupa z Hoboken powracając ze swoim 12 już studyjnym albumem, zakreśla tym samym 25-lecie swojej kariery. To całkiem zadowalające, że po całym ćwierćwieczu formacja nie wpadła w sztywny schemat zespołu-instytucji, zmuszonego do nieustannego udowadniania tego i tamtego. 

O żywym źródle inspiracji zespołu świadczą wypuszczane w świat kolejne piosenki – czy to zebrane w formie studyjnych
albumów, czy jako kompozycje tworzone na potrzeby ścieżek filmowych, a także w formie coverów po które zespół często sięga. Ta ostatnia metoda, obecna zwłaszcza w koncertowej aktywności Yo La Tengo, zaowocowała wydanym w marcu tego roku albumie “Fuckbook”. Płyta wydana pod nazwą Condo Fucks, zawierała materiał złożony wyłącznie z coverów, które do tej pory pojawiały się na koncertach zespołu. Pomimo bardzo garażowego i przybrudzonego brzmienia, wytwórnia Matador, współpracująca z grupą od 1992 roku, sama wyszła z propozycją wydania materiału. Energia i kreatywność, będąca wypadkową współpracy trójki muzyków, pozwoliła przeżyć to ćwierćwiecze pod płaszczem krytyki, a jednocześnie sprytnie wywinąć się od obowiązku dowodzenia nurtem indie (odciążył ich tutaj starszy brat z Sonic Youth). I chociaż nowy album grupy, został przewrotnie nazwany “Popular Songs” to możemy być spokojni, że nie zagrozi amerykańskiej liście Billboard.

Nazbierało się odniesień, bez których nie sposób mówić o tej płycie. Z drugiej strony zespół w trakcie działalności zdołał ewoluować w kierunku mniej skonwencjonalizowanego grania. Można to zaobserwować zwłaszcza na tle wydawnictw popełnionych na przestrzeni ostatniego 10-lecia. Muzycy sięgają coraz częściej po nowe instrumentarium, jak smyki czy instrumenty dęte (jak na “I Am Not Afraid of You and I Will Beat Your Ass”), zamykając swoje pomysły w formy bardziej pojemne, gdzie improwizacja i budowa nastroju (“Summer Sun”) staje się ważniejsza niż rytm i overdrive. Ta zmiana nie pozostaje bez związku z trwającymi od 2001 roku, licznymi pracami nad muzyką filmową. Zespół angażował się w tworzenie tematów muzycznych głównie dla filmów niezależnych, niedawno też użyczył swojej muzyki dla hollywodzkiej produkcji – filmu “Adventureland”. To poboczne działanie można traktować jako side-project, jednak ściśle związany z właściwą działalnością zespołu. Wracając do płyty, “Popular Song” staje się przez to polem, gdzie melodia będzie wkradać się pod różne, niepowiązane żadną nicią style i konwencje.

Otwierający album “Here To Fall” to taki właśnie zlew, w którym tłoczno od dźwięków, a jednocześnie wydają się one podążać w jednym kierunku za wyznaczoną linią melodyczną. W dwóch kolejnych utworach do głosu dochodzi Georgia. “Avalon or Someone Very Similar” to propozycja bliska “Sunday Morning” Velvet Underground, z kolei monotonne “By Two’s” odsyła w rejony bliższe nastrojowym ścieżkom dźwiękowym. “Nothing To Hide” na moment przenosi nas w czasie do roku 1993, w rejony albumu “Painful”. Brudny riff, wyrazisty refren i szalone solo na koniec – wszystko w starym, wtórnym stylu. Oczywiście nie chciałbym się czepiać, jednak następny w kolejce “Periodicaly Triple or Double” to już zupełnie inna bajka, to Yo La Tengo konkretnie osadzone w XXI wieku. Utwór oparty na wyrazistym rytmie i powtarzającym się motywie klawiszowym wpada w ucho. Podobny nastrój towarzyszy i wrażenie towarzyszy trzem kolejnym kompozycjom. Jest piosenkowo, niezobowiązująco, melodyjnie. Miejscami aż chce się przyłapać muzyków na jakiejś świadomej grze z zasłyszaną gdzieś wcześniej melodią, fragmentem piosenki. To pewnie ten zestaw wpłynął na nazwę albumu. Ostatnie 30 minut to 3 różne eksperymentalne tematy. Najciekawiej z nich wypada “The Fireside”, senno-akustyczna podróż zamknięta w 11 minutach. Album kończy noisowy “And The Glitter Is Gone”.

“Popular Songs” przykuwa swoją wielowarstwowością i zróżnicowaniem. Mieszanka stylów, a co za tym idzie i nastrojów sprawia, że krążka słucha się z przyjemnością. Bez zbędnego kadzenia Yo La Tengo po raz kolejny stanęli na wysokości zadania. Miejmy nadzieję, że część materiału zabrzmi na zbliżającym się wielkimi krokami, pierwszym polskim koncercie zespołu.

Marcin Bieniek

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (7 głosów, średnio: 7,14 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.