19.02.2009 14:47

Autor: Michał Wieczorek

William Elliott Whitmore – “Animals In The Dark”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


william-whitmore-animals.jpg William Elliott Whitmore – “Animals In The Dark”

Gdy  byłem dzieckiem, nie bawiłem się ani w Indian ani w kowbojów, Dziki Zachód mnie nie fascynuje, za westernami nie przepadam. Jednak słuchając Williama Elliotta Whitmore’a, mam ochotę rzucić wszystko, kupić bilet do Stanów w jedną stronę,  zostać kowbojem i śpiewać smutne piosenki.

William w swojej muzyce sięga do najgłębszych korzeni amerykańskiej muzyki, do czarnego bluesa i country. Wydawać by się mogło, że nie da się połączyć tych dwóch gatunków, bo przecież country to muzyka białych zdobywców, a blues – czarnych niewolników. I tak naprawdę łączy je jedno – szczerość. Tę szczerość słychać także na każdej płycie Whitmore’a, na tej również. I ta szczerość jest jedną z jego największych zalet.

Kolejną jest jego głos. Zachrypnięty, głęboki, zmęczony, mimo że ma dopiero trzydzieści lat, wydaje się, że został bardzo ciężko doświadczony przez życie. Ekspresją dorównuje czarnym bluesmanom z Delty, co najbardziej słychać w otwierającym “Mutiny”, najbardziej korzennym bluesie na albumie, w którym towarzyszy mu jedynie bęben. Od razu można poczuć się jak na farmie bawełny, hen na Południu, na początku XIX wieku. I tekst również pasuje do tego obrazu pracy i znoju. Drugim takim bluesem jest “Hell Or High Water”.

Na przeciwległym biegunie znajduje się “Johnny Law”, szybkie, klasyczne country o rewolwerowcu. Tu William przeistacza się z czarnego niewolnika w samotnego kowboja i muzycznie zbliża się do Johnny’ego Casha. Country to także “Old Devils”, ale już z większym instrumentarium, to już nie tylko William z gitarą, lecz cały zespół.

Pozostałe piosenki plasują się gdzieś pośrodku, ale troszkę bliżej im do country, tak, jak najpiękniejszej na płycie “Who Stole the Soul”, która wyciska łzy z oczu nawet najtwardszych rewolwerowców, czy “Hard Times” pochwała amerykańskiego etosu pracy i kolejny dowód na to, że Amerykanie nie załamują się nawet w najtrudniejszych sytuacjach i zawsze z ufnością patrzą w przyszłość. “Lifetime Underground” to, niestety, jedna z niewielu piosenek na “Animals In The Dark”, w których Whitmore sięga po banjo.

Na oddzielny akapit zasługują teksty. Proste, prawdziwe, szczere. Uniwersalne, ale czasem odnoszące się do obecnej sytuacji. W “Old Devils” dostaje się politykom i niegodziwcom, w “Hard Times” pojawiają się odniesienia do toczącego świat kryzysu, a “A Good Day to Die” to wzruszająca opowieść o ostatnim dniu życia. Whitmore jest obdarzony ogromnym talentem pisarskim, każda postać z jego piosenek to człowiek z krwi i kości, mający swoje słabostki i problemy.

Słuchając “Animals in the Dark” można odnieść wrażenie, że jest się gdzieś na prerii, siedzi się przy ognisku i słucha piosenek granych przez starego kowboja. Jest dopiero luty, a ja już mam swojego kandydata do płyty roku.

Michał Wieczorek

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (8 głosów, średnio: 7,38 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.