08.10.2010 23:39

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Wildbirds & Peacedrums – “Rivers”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


wildbirdsrivers.jpg Wildbirds & Peacedrums – “Rivers”
Leaf Label/2010

W połowie drogi między starymi przyzwyczajeniami a śmiałymi rozwiązaniami.

Nie da się odtworzyć studyjnie tej niesamowitej, pierwotnej energii i zjawiskowości wokalistki Mariam Wallentin, jaką niosą ze sobą koncerty Wildbirds & Peacedrums. Moment, w którym podczas występu na OFF Festivalu w 2009 roku Szwedka przebiła się swoim śpiewem (bez pomocy mikrofonu!) przez hałas publiczności, zostanie mi w pamięci do końca życia. Dlatego też ich kolejne albumy traktuję jako pretekst zespołu do wyruszenia w kolejną trasę koncertową. Mimo tego nastawienia, uważam dwie poprzednie płyty duetu – “The Snake” i “Heartcore” – za co najmniej dobre, potrafiące zaszczepić w słuchaczu choćby pierwiastek przeżyć, jakie dostarcza ta muzyka na żywo.

“Rivers” składa się z dwóch tegorocznych EP-ek: “Retina”, nagranej z udziałem chóru oraz utrzymanej w dawnej konwencji grupy, choć bardziej stonowanej, “Iris”.  Z jednej więc strony grupa poszła do przodu, eksperymentując z nowym elementem, z drugiej zrobiła jednak zestaw piosenek, który powinien przypaść do gustu osobom znającym poprzednie longplaye.

Pojawienie się chóru w pierwszej części pozbawiło muzykę intymności i surowości znanych z poprzednich kompozycji Skandynawów. Szkoda, że nie dostajemy nic w zmian. Praktycznie w ogóle nie wykorzystano potencjału, jaki drzemał we współpracy z chórem Schola Cantorum Reykjavík Chamber – utworom brakuje żarliwości i siły, a przecież 12-osobowy chór powinien idealnie pasować do uduchowionego i wzniosłego charakteru Wildbirds & Peacedrums. W aranżowaniu materiału pomagała Hildur Gunadóttir, członkini Múm, a nagrania odbyły się kościele. Trudno mi zrozumieć, jak w tak doborowym towarzystwie mogło powstać pięć zalewie niezłych kawałków, które potrafią znudzić po kilku przesłuchaniach. Jedynie “Fight For Me” posiada w sobie intrygujący puls.

Część pod tytułem “Iris” charakteryzuje przede wszystkim szerokie wykorzystanie steel pan. I tutaj znów napotykamy niewykorzystane możliwości i pomysły, jakie można by wcielić w życie przy pomocy tego niezwykłego instrumentu. Śpiew Wallentin jest mniej zaangażowany, nie zdaje się wyrzucać z siebie skrywanych głęboko emocji i pasuje do spokojniejszego charakteru “Iris”. Zamykająca płytę piosenka “The Well” jest najbliższa tego, jak powinno brzmieć łagodniejsze, oparte bardziej na melodiach niż rytmie oblicze grupy. Takie oblicze, do którego chętnie się wraca.

Jeśli uznamy “Rivers” jedynie za kompilację dwóch wcześniej wydanych EP-ek, można je potraktować z taryfą ulgową. Duet zasygnalizował współpracą z chórem, że chce się rozwijać; szkoda, że obecnie ów muzyczna ewolucja nie jest zbyt wysokiej próby. Pozostaje czekać na trzeci pełnoprawny album Wildbirds & Peacedrums, a ja i tak obstawiam w ciemno, że ich występ na tegorocznej edycji krakowskiego Unsoundu będzie znakomity.

Krzysztof Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (4 głosów, średnio: 5,50 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.