21.11.2009 10:52

Autor: marcin

Wieczór na dwa głosy – Andrew Bird i Josephine Foster w Chorzowie

Kategorie: Ars Cameralis AKTUALNOŚCI, Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


andymain.jpg Wieczór na dwa głosy – Andrew Bird i Josephine Foster w Chorzowie

Chorzowski Teatr Rozrywki w czwartkowy wieczór zamienił się w enklawę, gdzie tradycja amerykańskiego grania rozbiła się na dwa różne głosy. Josephine Foster oraz Andrew Bird – oboje zjawili się w Polsce po raz pierwszy. Ich odmienne koncerty pokazały jak wiele jeszcze pozostało w muzyce do udowodnienia.

Mijając rozbujanym tramwajem kolejno Wesołe Miasteczko, Zoo oraz Stadion Śląski, powoli przekroczyłem niewidzialną granicę pomiędzy Katowicami a Chorzowem. Przez całą drogę scenografia ta sama – po prawej stronie ciągnący się park, po lewej osiedle, z którego podobno świetnie widać (i słychać) koncerty na Śląskim. Teatr Rozrywki to wbrew całej otaczającej go architektury miejsce całkiem nowoczesne. Służy głównie za scenę dla musicali pokroju “West Side Story” czy “Jesus Christ Superstar”. Tym razem jednak teatralna publiczność zamieniła się na koncertową i to o dosyć specyficznych wymaganiach. Wszystkich bowiem przyciągnęło dwoje artystów – Josephine Foster oraz Andrew Bird.

dsc_0138.jpg Pierwsza na scenie pojawiła się, przybyła z Colorado Josephine Foster. Ubrana w skromną sukienkę, ze spiętymi włosami, sprawiała wrażenie reliktu dawnej epoki. Gdyby nie towarzyszący jej gitarzysta oraz perkusista, pewnie nikt by nie potraktował jej jako osoby faktycznie istniejącej w naszym czasie. Nie ukrywam, że z muzyką amerykańskiej piosenkarki byłem przed koncertem słabiej obeznany, niż z twórczością Andrew Bird’a, niemniej jednak, tym bardziej byłem ciekaw, jak artystka zaprezentuje się na żywo. Głos Josephine porównuje się najczęściej do głosu ambasadorki klasycznego grania w świecie muzyki alternatywnej, harfistki Joanne Newsom. I rzeczywiście na żywo to podobieństwo było słyszalne. Tembr jej głosu służył wyłącznie do przekazywania konkretnych emocji, miejscami do przesady odpływając w trudne do ogarnięcia wokalizy.

Trzeba jednak zaznaczyć, że wizerunek artystki był na tyle specyficzny, że w pewnych momentach występu ciężko było się przez niego przebić. Emocje idące za głosem w żadnym stopniu nie pokrywały się z mimiką czy zachowaniem artystki na scenie. Powolne, akustyczne utwory, składane z kawałków tworzonych osobno przez Josephine, gitarę elektryczną oraz perkusję, wymagały absolutnego wytężenia uwagi. Z drugiej jednak strony psychodeliczna koncepcja Josephine jest czymś oryginalnym i wartym uwagi. Barwniej zrobiło się zwłaszcza przy utworach odegranych przez Josephine na pianinie. Melodie których nie powstydziłby się Sam Cooke przerabiała na tajemniczo brzmiące, miejscami groźne kompozycje.

Po krótkiej przerwie, w czasie której ze sceny zniknął sprzęt towarzyszący Foster, przyszła kolej na gwiazdę wieczoru. Każdy kto zachwycony brzmieniem ostatniego albumu Birda oczekiwał, że usłyszy go w niezmienionej postaci mógł czuć się lekko zawiedziony. Muzyk pojawił się na scenie sam, wsparty ścianą wzmacniaczy oraz niezliczoną ilością instrumentów, które zaraz miały zostać przepuszczone przez maszynę samplującą i złączone w jeden spójny dźwięk. Każdy kto poczuł podobny zawód, już po pierwszych ruchach smyczka mógł przekonać się o tym, że Andrew w pojedynkę wyczaruje z tego koncertu coś niesamowitego i niepowtarzalnego. I tak zresztą było.

Pojawienie się na scenie solo umożliwiło Birdowi zademonstrowanie pełnego spektrum swoich możliwości. Każdy rytm oraz melodia zależała wyłącznie od jego starania. Był to zatem świetny pokaz zgrania, muzycznej wyobraźni a zarazem – o czym mieliśmy się przekonać – poczucia humoru i luzu na scenie. Muzyk przyznał, że granie zarówno nowych jak i starych utworów w pojedynkę, pozwala mu przedstawić je w kształcie w jakim powstały. I rzeczywiście. Większość utworów pojawiła się w nowych-starych przearanżowanych wersjach, jak chociażby “Sweetmatter” czyli subtelna, odegrana wyłącznie na skrzypcach wersja gitarowego “Darkmatter”. Suma sumarum, był to występ podwójnie zaskakujący i wyjątkowy. Dostaliśmy Birda, który w pojedynkę wykonał swoje utwory w dziewiczych wersjach. No, ale zacznijmy od początku, czyli jak to się wszystko zaczęło.

Na początek z fali gwizdów i dźwięków skrzypiec wyłoniły się pierwsze kształty “The Water Jet Cilice”. Utwór pochodzący z EP “Soldier On”, oparty na grze rytmów potwierdził to o czym wspomniałem wcześniej. Totalna ekspresja, Andrew wydawał się być zamknięty w swoim świecie. Dwoił się i troił wkładając całą uwagę w łączenie kolejnych elementów utworu. Na moment przez salę teatru przebiegły dźwięki, które z pewnością nigdy wcześniej się tutaj nie pojawiały. Po skromnej zapowiedzi i zrzuceniu butów (resztę koncertu odegrał w eksponowanych przy każdej możliwej okazji błękitnych skarpetkach) Andrew przeszedł do kolejnego utworu “Why?”. Od tego momentu artysta rozpoczął grę z publicznością. Utwór przerodził się w opowieść w czasie której Andrew niejednokrotnie puszczał oko, przechodząc ze śpiewu w recytację, akcentując tym sposobem odpowiednie momenty w tekście. Całość wypadła żartobliwie, ale i uroczo. Bird pokazał, że ostatnie 12 lat spędzonych na scenie nie poszło na marne.

dsc_0246.jpg Każdy z kolejnych utworów poprzedzany był krótką zapowiedzią. Tak było z kolejnym “Sweetmatter”, który poza linią melodyczną przybrał zupełnie nowych kształtów. Przy “Tenuousness” Bird wspomniał o swoich znajomych muzykach jazzowych z Chicago, którzy niejednokrotnie odwiedzając Polskę, reklamowali ją jako “kind of Eden”. Można sobie wyobrazić z jaką reakcją spotkało się to zdanie. Z “Oh No”, utworem otwierającym ostatni album, powiązał przypadek pewnego narzekającego dziecka. Nieco bardziej osobiście zrobiło się przy “Effigy”. Ten irlandzko brzmiący utwór został wzbogacony historią o samotności częstego gościa pewnego baru, co w dalszej części przerodziło się w kilka refleksji na temat nadmiernego spędzania czasu w pojedynkę. W dalszej części występu mogliśmy usłyszeć “Imitosis”, “Anonimal”, “Masterfade”. Muzyk na zmianę żonglował gitarą oraz skrzypcami. W pewnym momencie Bird odszedł do ustawionego na skraju prawej strony sceny dodatkowego mikrofonu i wykonał na skrzypcach nowy utwór – “Lusitania”. Na zakończenie właściwej części koncertu pojawiło się jeszcze “Scythian Empire”. Bird zniknął za kulisami, ale oczywiście nie dał się wywoływać zbyt długo.

Bisując ponownie zbliżył się do bocznego mikrofonu i odegrał jeden z amerykańskich folkowych klasyków, utwór “Some of These Days”. Koncert zakończył utwór “Weather Systems”, po którym z teatralnym zacięciem wręczono muzykowi kwiaty. Zapalono światła i włączono muzykę, co jednogłośnie zakończyło koncert.

Podsumowując, występ ten był dla mnie pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nie spodziewałem się ujrzeć aż tak dobrze śpiewającego i grającego multiinstrumentalisty. Jeśli wydaje wam się, że Andrew Bird to nieśmiały chudzielec, który niepewnie stąpa po scenie to szybko wybierzcie się na jego najbliższy koncert. Ten prawdziwy lew sceniczny, potrafi wywołać w słuchaczu najbardziej skrajne emocje, od śmiechu po wzruszenie. Występ ten korespondował w pewnym sensie z tym co, w późnych godzinach nocnych pokazał na tegorocznym OFF Festivalu Owen Pallet z Final Fantasy (poczytaj o koncercie). I chociaż to nieco odmienni artyści, to w pojedynku na formę sceniczną Andy wychodzi zwycięsko.

I na zakończenie dwa słowa o powszechny odbiorze koncertu. Pani Helena szatniarka, czuwająca nad odbiorem kurtek oraz utrzymaniem porządku w holu Teatru Rozrywki, z pewnym niezrozumieniem i trudem uciszała wychodzących z sali, którzy pogwizdywali zapamiętane z koncertu melodie.

Marcin Bieniek

Zdjęcia z koncertu autorstwa Dawida Wincierza:

dsc_0240.jpg [nggallery id="156"]

  KLIKNIJ
-> dział poświęcony festiwalowi Ars Cameralis 

 

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.