27.11.2008 18:46

Autor: marcin

Travis – “Ode to J. Smith”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


travisodetojsmith.jpg Travis – “Ode to J. Smith”

Mało który zespół w dzisiejszych czasach decyduje się na wydawanie pełnoprawnych płyt co rok. Na przekór podobnej tendencji ruszył Travis, wydając  “Ode to J. Smith”  – następcę ubiegłorocznego, skądinąd świetnie przyjętego albumu “The Boy With No Name”. Działanie ryzykowne, wystawiające zespół na kolejne starcie z oczekiwaniami fanów oraz krytyki. Coś wyraźnie musiało się przełamać w zespołowej polityce Healey’a i spółki, gdyż sytuacja w okresie ukazania się “12 Memories” (2003) wyraźnie pobrzmiewała kryzysem twórczym grupy, a pięcioletnia przerwa wydawnicza oraz liczne niepokojące głosy mówiące o rozpadzie były tego żywym dowodem.

Mamy jednak rok 2008 i sprawy przybierają zupełnie odwrotny obrót. Zespół wydaje dwie EPki zapowiadające album, nad  którego kształtem czuwał Emery Dobyns. Wydawnictwo miało sprawić, że śpiewane niegdyś przez Healey’a “all I wanna do is rock” znów zabrzmi prawdziwie. Z jakim skutkiem?

Na pierwszy plan “Ode to J. Smith” wybija się spontaniczność – warto zarazem dodać, że album został nagrany w dwa tygodnie i odbicie tego tempa słychać choćby w otwierającym “Chinese Blues”, singlowym “Something Anything” czy w utworze najmocniej przypominającym wczesne dokonania Travis “Get Up”. Nieco spokoju i rozpoznawalnej delikatności wnosi “Quite Free” (jednocześnie zaskakujący wokalną predyspozycją Healey’a) czy “Broken Mirror”. Po parokrotnym wysłuchaniu albumu, wydaje się, że Travis nie tyle starali się nagrać zestaw solidnie brzmiących, rockowych numerów, co uchwycić panującą na sali prób chemię między muzykami. I jeśli na tym poprzestać to trzeba przyznać, że wyszło im to całkiem nieźle.

Jednak z piosenkami takich zespołów jak Travis zawsze pojawia się podobny problem: z jednej strony są skrajnie naiwne, bezpośrednie, a z drugiej urzekają melodyjnością i aranżacją. Tak przynajmniej bywało do tej pory. To pozwalało przymknąć oko na niektóre pomyłki wydawnicze. Niestety na “Ode to J. Smith”, płycie przez niektórych ocenianą jako najlepszy album zespołu (!) zabrakło brzmienia i stylu, który rozwijał się kolejno z  “The Man Who” przez ?”The Invisible Band” po “The Boy With No Name”, który w całej swej prostocie emocji i szczerości przekazu sprawiał, że muzyka Travis pozostawała w słuchaczu na przysłowiowe “dłużej”. Powyższe albumy powstały pod producencką ręką Nigel’a Godrich’a, który “bez przesadyzmu” po części wykreował Travis jako zespół odrębny, wyróżniający się spomiędzy całej fali “new acoustic movement”.

Podsumowując album stanowi dowód na to, iż zespół eksperymentujący broni się, szukając nowych form dla swej muzyki, zaznaczam nowych -  nieprzebiegających pod hasłem “hej chłopaki zagrajmy tak jak 15 lat temu, a może coś z tego wyjdzie”. To nie wnosi nic. Zupełnie. Warto na zakończenie dodać, że zarówno album jak i poprzedzające go EP “Something Anything” ukazało się nakładem założonej przez zespół wytwórni Red Telephone Box.

Marcin Bieniek

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (10 głosów, średnio: 7,80 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.