14.08.2009 14:03

Autor: Michał Wieczorek

Tori Amos – “Abnormally Attracted to Sin”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


abnormally-attracted-to-sin.jpg Tori Amos – “Abnormally Attracted to Sin”

To już czwarta płyta Tori Amos z rzędu, która trwa ponad siedemdziesiąt minut. Wypada w takim momencie się zastanowić, czy nie zbliżamy się do granicy zmęczenia materiału.

Zbliżamy się, my słuchacze. Tori najwyraźniej nie, skoro od siedmiu lat raczy nas takimi tasiemcami. Na początku nie przeszkadzało to zupełnie, tym bardziej, że “Scarlet’s Walk” to jej najlepsza płyta (już słyszę te głosy oburzenia), “The Beekeeper” był całkiem niezłą płytą, ale mógłby być krótszy, z następnym “American Doll Posse” sytuacja miała się podobnie, choć Tori chciała odświeżyć swoje brzmienie i wyszła jej najbardziej rockowa płyta w karierze. Z “Abnormally Attracted to Sin” jest trochę inaczej. Płyta ma momenty i nic więcej, żadnego podniecania się nie będzie.

To, co wcześniej pojawiało się czasem i straszyło z oddali, tutaj uderzyło z całą mocą. Nuda, wszechogarniające znużenie. No bo ile można nagrywać takie tasiemce? Wiadomo, gdyby każda sekunda tego czasu była genialna, nieprawdopodobnie dobra, to nie byłoby problemu. Jednak tak nie jest. Amos zbliża się chyba do granic swojej kreatywności i niebezpiecznie zbliża się do granicy autoplagiatu, którą nawet raz przekroczyła (notabene w najfajniejszym, singlowym “Welcome to England”).

Swój brak kreatywności Tori próbuje ukryć za różnej maści zabiegami, przede wszystkim aranżacyjnymi. Pojawia się dużo elektroniki, delikatnej, zmysłowej, czasem smyczki, czasem mocniej zagrają gitary, jednak cały czas ma się wrażenie, że to już było, Tori tak grała pięć, dziesięć lat wcześniej. Gdzieś zaginęła jej lekkość tworzenia ciekawych, ale łatwych do zanucenia melodii. Charakterystycznej gry na fortepianie też jest jakby mniej.

Jako się rzekło, “Abnormally Attracted to Sin” nie jest złą płytą, ma przecież momenty. Oprócz singlowego “Welcome to England”, który do złudzenia przypomina mi “A Sorta Fairytale”, są takie perełki, jak wzruszające “Maybe California”, z piękną partią fortepianu i bardzo dobrze dobranymi do niego smyczkami, zresztą ta piosenka równie dobrze mogłaby się znaleźć na “Scarlet’s Walk”. “Fire to Your Plain” bliżej zaś do “The Beekeeper”, w tej piosence wróciła na moment ta lekkość znana z poprzednich płyt. Filmowo-kabaretowe “That Guy” również należy do jaśniejszych momentów płyty. Tytułowa piosenka to delikatny flirt z elektroniką, w przeciwieństwie do innych podobnych piosenek na płycie, bardzo udany. “500 Miles” to znów powrót do “Beekeepera” i to w całej okazałości. I to wszystkie highlighty tej płyty.

Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem z impasu, który powstał, byłaby przerwa od komponowania. Tori mogłaby pojeździć po świecie, zająć się córką, poszukać inspiracji, zaczerpnąć drugi oddech, żeby następna płyta była świeższa, żeby nie była oparta na tych samych, wyświechtanych patentach, bo następnego tasiemca-klona wytrzymają tylko najzagorzalsi i najbardziej bezkrytyczni fani.

Michał Wieczorek

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (16 głosów, średnio: 7,31 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.