14.05.2009 00:02
Autor: Krzysztof Kowalczyk
Nebula – z ang. mgławica, czyli obłok gazu i pyłu międzygwiezdnego lub bardzo rozległa otoczka gwiazdy.
Domyślam się, że właśnie o tę nebulę chodziło zespołowi przy uzgadnianiu nazwy. Nie sądzę, żeby ekipa była tak ambitna i nawiązywała tym wyrazem do drugiej najważniejszej na świecie nagrody z literatury fantastycznej, czy też do określenia na plamkowate zmętnienie na rogówce oka. Oczywiście powyższe informacje mają się nijak do poniższej recenzji, ale pomyślałem, że zaspokoję Waszą ewentualną dociekliwość i ciekawość. Nie ma za co.
Post-rock. To słowo brzmi jak synonim wyrażenia “nic nowego już się nie da wymyślić”. Podobno zadaniem każdego artysty jest pogoń za nowymi spojrzeniami, perspektywami i ogólna chęć wywrócenia światopoglądu odbiorcy. Czasem jednak bardziej wolę stare, sprawdzone formy niż plastikową łyżkę przyklejoną do modelu bomby wodorowej, mającą symbolizować niepokój o przyszłość zachodniej cywilizacji. Zwłaszcza, jeśli mam do czynienia z czymś tak porządnym jak “Aura” – debiutem Tides From Nebula.
Pierwszy plus za stronę “fizyczną” płyty; okładka i grafiki wewnątrz pudełka wyglądają świetnie. Tak wydany krążek elegancko prezentuje się na półce. Z kolei w warstwie muzycznej dostajemy dokładnie to, czego moglibyśmy się spodziewać. Są gęste od przesterów i ścian dźwięków gitary, jest sekcja rytmiczna trzymająca wszystko w ryzach. Utwory zaczynają się zazwyczaj spokojnie, z czasem nabierają tempa, aby w końcu dojść do sedna, czyli konkretnej gitarowej hekatomby.
Jakie kawałki wyróżniają się spośród dziewiątki tworzącej “Aurę”? Na pewno “Sleepmonster” z grunge’owym riffem, “Tragedy Of Joseph Merrick”, prowadzonym przez linię basową o charakterystycznym “drucianym” brzmieniu, a także “Purr”, rozwijającym się w rytm marszowego werbla. W “It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light” robi się tak nu-metalowo, że momentami miałem obawy, że za chwilę ze swoim rapem wparuje Mike Shinoda z Linkin Park. Z kolei “When There Were No Connections” to już gitarowe mięso spod znaku np. Disturbed.
“Aura” to kompletnie nic niewnoszący do gatunku debiut, za to ze świetną okładką i klasycznym “pocztowo-skalnym” materiałem. Niemniej, słucha się go z przyjemnością, a więc album mimo wszystko wychodzi na plus. I dam sobie łydkę uciąć, że na żywo Tides From Nebula sprawdzają się świetnie – no bo o co innego może w tym całym post-rockowym kotle chodzić?
Krzysztof Kowalczyk
Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.
Copyright © 2008-2012 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.