10.02.2009 00:51

Autor: marcin

The Von Bondies – “Love, Hate and Then There’s You”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


the-von-bondies-love-hate-and-then-theres-you.jpg The Von Bondies – “Love, Hate and Then There’s You”

Jason Stollsteimer – lider Von Bondies pomimo autorstwa jednego z ważniejszych debiutów XXI wieku oraz czołowego singla roku 2004, nie zdołał przebić się do pierwszej ligi new revivalowego grania. Zniknął, przepadł. Nieliczni zapamiętali go ze słynnego – niefortunnego dla jego łuku brwiowego starcia z Jackiem White’em. Brak komercyjnego sukcesu i odejście z zespołu żeńskiej połowy składu sprawiły, że Von Bondies zawiesili działalność. Po 4 latach powracają.

Z debiutem to było tak: Jack White, który na scenie Detriot był już w 2001 postacią znaną zabrał się za produkcję albumu nieznanej kapeli. Stosunki między muzykami w tym czasie były bardzo dobre i to dopiero po słynnym wydarzeniu Stollsteimer zarzekał się, że za konsolą siedział kto inny. Budżetu starczyło na 2 dni wynajęcia studia, więc zarówno tempo pracy jak i atmosfera przy nagrywaniu była zabójcza. W końcu udało się. Na płycie pozostały ślady pośpiechu i brudnego, niedopracowanego garażowego brzmienia, które esencjalnej muzyce Von Bondies wyszło na dobre. Co ciekawe, zarejestrowane na wydanej rok później płycie koncertowej “Raw and Rare” utwory, są o niebo lepszej jakości. Von Bondies na fali świetnych debiutów 2001 roku (BRMC, The Strokes) z “Lack of Communication” zarysowali się nieco mniej wyraźnie, ale kompozycyjnie nie ustępowali kroku swym towarzyszom z obu przeciwległych wybrzeży USA.

Ich muzyka to czysta esencja tego czym jest riff, sekcja rytmiczna (perkusista Dan gra na zestawie okrojonym do minimum) i ekspresyjny wokal. Od garażowych przyspieszeń, przez zacięcia jazz-rockowe, po surf rockową lekkość – debiut był czymś niepowtarzalnym. Kolejne wydawnictwa nie przynosiły wielkich zmian w stylistyce. “Pawn Shoppe Heart” z świetnym “C’mon C’mon” był godnym następcą debiutu – tylko, ale i aż tyle. Jednak coś poszło nie tak, gdyż zespół pomimo tras koncertowych (na które, o ironio, w rolach supportów występowali The Killers czy Franz Ferdinand) po Europie i USA nie zdołali przebić się do pierwszej ligi – co leżało w polu ambicji Jasona. Widać cztery lata to całkiem sporo czasu na przemyślenia i tworzenie nowego materiału. W odświeżonym składzie witają rok 2009 swoim nowym albumem.

“Love, Hate and Then There’s You” swoim tytułem niebezpiecznie zapowiada tekstową trasę po sentymentalno-nostalgicznych historiach miłosnych Stollsteimera. Temat ten był już eksploatowany na dwóch poprzednich krążkach. Tutaj podobnie, lecz na szczęście zostaje podany nie w formie rozwlekłych pastoralnych pieśni, ale utworów, w których poziom natężenia rock’n'rolla utrzymuje się na stałym, wysokim poziomie. Muzycznie to kontynuacja poprzednich dokonań grupy. Wciąż jest mocno i przebojowo, jak w świetnie zaaranżowanym rytmicznie “Shut Your Mouth”, w którym głośno słychać Von Bondies w najlepszej formie, jak i w znanym już z ubiegłorocznej EP “Pale Bride” (posłuchaj) czy otwierającym “This Is Our Perfect Crime”.

Pojawiają się też utwory, w których do głosu dochodzą chóralne, żeńskie wokale – element ważny w stylistyce zespołu. Na tym tle najlepiej wypada półtoraminutowy “She’s Dead To Me” oraz “Chancer”. Nieco bardziej sztampowo robi się w okolicach numeru “Blame Game” stanowiącego wyraźną powtórkę z przeszłości. Podobnie z “Earthquake”. Z kolei “I Don’t Wanna” został oparty na riffie do złudzenia przypominającym dokonania pewnego zespołu znad Wisły – utworu na tyle znanego, że pominę wymienianie jego autora i tytuł – zgadnijcie sami. Na finał dostajemy utwór “Modern Saints” mogący śmiało znaleźć się na nowym albumie The Strokes (tak! podobno już w drodze). Warto dodać, że nad brzmieniem całości czuwał znany ze współpracy z Black Rebel Motorcycle Club Rich Parker.

Czego słuchacze mogą oczekiwać od płyty zespołu pokroju Von Bondies? Chwytliwych utworów, w których gitary i sekcja rytmiczna wzajemnie się uzupełniają. Melodii które po wysłuchaniu zapadają w pamięć na dużo dłużej niż 38 minut, z których składa się ten album. Jeśli chodzi o to pierwsze – nie będziecie zawiedzeni. Co do melodii – bywało lepiej. Jest lekko i strawnie, a czasem przydałoby się nieco pikanterii. Mimo wszystko Jason to bez wątpienia świetny frontman i wokalista, który stojąc na scenie dobrze wie co robić z głosem i gitarą. Warto sprawdzić tę płytę i przekonać się o tym samemu.

Marcin Bieniek

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (8 głosów, średnio: 7,63 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.