26.11.2009 00:20

Autor: fl23

The Song is You, dzień trzeci i drugi

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | |


phim6.jpg The Song is You, dzień trzeci i drugi

W tym roku nie było francuskich nihilistów, poznańskich hejterów, niemieckich komunistów ani Kylie Minogue. Zamiast nich mogliśmy podziwiać kuzyna Ziggiego Stardusta, Roberta Schumanna, bluesmenów z francuskiej Delty i legendarny duet transgenderowy z Nowego Jorku.

Przed koncertem Arturasa Bumšteinasa otwierającym festiwal Antoni Beksiak, jeden z członków zespołu Five Songs występującego z Bumšteinasem, a na co dzień krytyk muzyczny odpowiedzialny za wiele wspaniałych wydarzeń muzycznych zapowiedział, że po trzech dniach festiwalu The Song is You “muzyka pop będzie martwa”. Muzyka pop niestety jeszcze nie jest martwa, ale wszystko jest na dobrej drodze. Muzycy grający na Song is You (a przynajmniej ich duża większość) mieli świadomość, że sprzeciwiają się narzuconym im z góry schematom i tworzą własną, nie utowarowioną, wyzwalającą muzykę.

Organizatorzy ułożyli program od końca – festiwal rozpoczął rozmontowujący muzykę popularną koncert Bumšteinasa, a skończyli na “historycznym” koncercie piosenek Roberta Schumanna. Ja też zacznę od końca, czyli od początku.

3.

szum1.jpg Pieśni Schumanna zagrali Reinhold Friedl na fortepianie i śpiewający aktor teatralny Bernhard Schütz. Po trzech dniach najróżniejszych występów piosenkarzy wróciliśmy do korzeni współczesnej piosenki europejskiej, żeby zobaczyć jak niewiele zmieniło się w muzyce popularnej od XIX wieku.

Reinhord Friedl, zazwyczaj szarpiący struny fortepianu grając techniką “inside-piano” w zespole reinterpretującym muzykę nową Zeitkatzer, wystąpił wczoraj jako przyzwoity, bardzo zdolny, pianista w wiedeńskim salonie. Z salonów do dzisiejszej piosenki wciągnął nas Schütz ze swoją żywą, sceniczną interpretacją Schumanna. Jego pieśni znałem wcześniej tylko z wykonań wyśpiewanych z emfazą przez śpiewaczki operowe. Ten występ był dla mnie przypomnieniem wspomnień ze wszystkich poprzednich koncertów, no i poznaniem na nowo Roberta Schumanna. Od teraz jego pieśni wydają mi się całkowicie współczesne czy raczej współczesna muzyka popularna wydaje mi się bardzo dawna.

mo7.jpg Chwilę wcześniej wystąpił Momus (podejrzewam go o rodzinne koligacje z Ziggim Stardustu) rozpoczynając ostatni, trzeci dzień festiwalu. Podczas swojego koncertu zaprezentował piosenki z najnowszej płyty “Joemus”, ale nie zabrakło też największych hitów takich, jak “The Homosexual”, “Morality is Vanity” czy coveru wspomnianego już wyżej Davida B. – “Ashes to Ashes”. Ze wstydem muszę przyznać, że nigdy nie widziałem na żywo żadnej znanej gwiazdy muzyki pop, ale koncert Momusa zrewanżował mi wszystko to, czego oczekiwałbym po koncertach Madonny czy Rihanny, czyli świetnej choreografii. Momus zachwycił mnie swoim żywiołowym tańcem, często prawie wchodzącym w publiczność. Każde słowo jego piosenek miało przełożenie na ruchy i gesty – nie spodziewałem się tak bezbłędnej syntezy, bardzo przyjemne. Momusowi akompaniował jego iPod, czasami grał rzewne solo na stojącym obok fortepianie.

Momus jest pełnoprawnym następcą Prince’a i Davda Bowiego, właściwie jest ich logicznym następstwem. Polecam jego stronę internetową, na której znajdziemy dużo ślicznych zdjęć i eseje Momusa i jego blog.

“And if you get no joy from music hall
Remember there is always alcohol
And if you get no joy from gin
Here is the abyss: jump in!”

2.

bondij47.jpg Proszę sobie wyobrazić sobie San Francisco w latach ‘80, a potem Nowy Jork w ‘90. Epidemię HIV, które zabrała wielu wspaniałych artystów, drag queen, prostytutek i różnych pozostałości po warholowskiej fabryce, Patti Smith, Lou Reeda i pięknych transseksualistów. To świat Justina BondaLady J, dwóch pięknych transwestytów, którzy zagrali koncert drugiego dnia festiwalu The Song is You. Byłem zaszczycony, że mogłem wysłuchać recitalu takich ludzi i do tego w Warszawie! Na co dzień takie rzeczy się nie zdarzają.

Po pierwsze – Justin ma piękne nogi, po drugie – potężny głos, po trzecie – jest prawdziwym showmanem. A to o dziwo nie wszystkie zalety tego koncertu. Justin Bond grała kompozycje swoich przyjaciół z downtown (głównie o alkoholu, zawodzie prostytutki i seksie), rytualne utwory voodoo (skomponowane przez nią dla ugrupowania anarchistów-pogan), piosenki w stylu Peggy Lee napisane pod słowa okultysty Aleistera Crowleya (niektórzy mogą go znać dzięki Current 93) czy takie przeboje jak “In The End” z filmu “Shortbus”

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

Lady J jest bardzo wprawną, pełną werwy pianistką, świetnie akompaniowała Bondowi. W gruncie rzeczy ten duet mógłby wystąpić jako ciekawostka na innym festiwalu piosenki, w Opolu, jako egzotyczna ciekawostka. Wszędzie znajdą się ludzie, których poruszy jak najbardziej uniwersalna muzyka tego duetu.

Po koncercie, moja wzruszona koleżanka mówiła do mnie załamującym się, poruszonym głosem: “taka diwa, taki głos, w tak małej sali… To niesamowite” i ten cytat jest chyba jedyną rzeczą, jaka może oddać ten wzruszający występ. Kilkanaście minut po zakończeniu bardzo długiego recitalu odbyło się jeszcze jam session z udziałem Justina Bonda, Lady J, Ergo Phizmiza i gwiazd poprzedniego dnia: Red i Tonio Marinescu.

phim.jpg Drugi dzień festiwalu rozpoczął Ergo Phizmiz w trio z… Piotrem Zabrodzkim (na fortepianie i basie) i Macio Morettim (na perkusji i basie). Niespodziewana zmiana programu wyszła zdecydowanie na dobre, chyba pierwszy raz zdarzyło mi się być na festiwalu, na którym gwiazd przybywa, a nie ubywa. Phizmiz tworzy muzykę wesołą i skoczną, coś na pograniczu muzyki cyrkowej, miejskich szansonów i country. Porusza się w groteskowej estetyce burdelów z początku wieku, mandryli (jego ulubionego gatunku małp), operowych kuluarów i sprośnych tekstów w stylu Georgesa Brassensa. Jest multiinstrumentalistą, a najbardziej lubi miniaturowe instrumenty dla dzieci…

Razem z Morettim i Zabrodzkim znaleźli wspólny język muzyczny i prowadzili wspólną muzyczną farsę. Żal mi tylko Zabrodzkiego na fortepianie, który był wyraźnie zagłuszany przez swoich kolegów… Zagłuszał go Maciej Moretti brutalnie uderzając w małą perkusję i Phimz bezlitośnie dmiąc w swoje plastikowe trąbki. Koncert był żwawy i zabawny, na dobre rozpoczęcie wieczoru.
Drugi dzień zaserwował nam dużą dawkę campu, tę samą tradycję dzień później reprezentował i rozszerzał Momus.

Filip Lech

Zdjęcia z festiwalu autorstwa Dominiak Owczarka:

  mom.jpg

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.