02.03.2011 14:39

Autor: Katarzyna Borowiec

The Decemberists – “The King Is Dead”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


decemberists-the-king-is-dead-1024x1024.jpg The Decemberists – “The King Is Dead”
Capitol/2011

Martwy król na farmie, czyli klasycy literackiego indie-popu grają country.

The Decemberists zasłynęli dzięki nietypowej tematyce tekstów – hiszpańskie księżniczki, marynarze, kochankowie sprzed wieków i żołnierze dawnych wojen zastąpili w ich piosenkach tradycyjny podmiot liryczny opłakujący zawód miłosny. Niesamowite historie opisywane słowami, których nawet native speakerzy musieli szukać w słownikach, osiągnęły kulminację na poprzedniej płycie Amerykanów, “The Hazards of Love”. Prawie godzinę trwająca, patetyczna rock-opera budziła grozę, niekoniecznie ze względu na mroczną fabułę. Osiągnąwszy szczyt zmanierowania zespół postanowił udać się na przeciwległy biegun.

“The King Is Dead” zaczyna się dźwiękiem harmonijki ustnej. Oprócz niej klimat w “Don’t Carry It All” budują gitara hawajska i mandolina. Na tej ostatniej gra Peter Buck, który udziela się również w “Down by the Water” i “Calamity Song”. Nawiązanie do R.E.M. w tych piosenkach było na tyle oczywiste, że Meloy postanowił poprosić gitarzystę tego zespołu, żeby sam zagrał riffy z “Reckoning”. (Inną łatwo wychwytywalną inspiracją są The Smiths w “Why We Fight”).

Wszystkie muzyczne nawiązania pływają tutaj w sosie country i choć instrumentarium grupy jest jak zwykle imponujące najbardziej rzucają się w uszy dźwięki z amerykańskiej farmy: ludowe skrzypce, harmonijka, banjo, gitara hawajska. Meloy tworzył muzykę tego gatunku w swoim pierwszym zespole, Tarkio. Na najnowszej płycie The Decemberists ładne tło dla jego wokalu zapewniła piosenkarka Gillian Welch, okazyjnie wspierana przez Dave’a Rawlingsa, a w ostatnim kawałku Laurę Veirs. Na skrzypcach zagrała Annalisa Tornfelt. Pojawia się też śpiewająca o swym psie właścicielka farmy, na której nagrywana była płyta.

Jeśli się nie przepada za country, to album oczywiście drażni. Chociaż w wykonaniu The Decemberists jest to całkiem znośne. Zamiast prostych rymów a’la Tom Petty mamy na przykład Hetty Green/queen of supply-side bohnhomie bone-drab czy piosenkę o górniczej społeczności miasta Butte. “Rox in the Box”, bo o niej mowa, jest chyba najciekawsza na albumie. Zamiast wszechobecnej amerykańskiej prowincji muzycznie nawiązuje raczej do zielonej Irlandii, a refrenowa wyliczanka to znak firmowy świetnego songwritera, jakim jest lider zespołu – prawie zmusza do wspólnego śpiewania i zostaje ze słuchaczem dłużej niż by chciał. W przeciwieństwie do prostych, ale pozbawionych uroku hymnów, w których Meloy opisuje pory roku.

“The King Is Dead” to album uspokajający wszystkich przestraszonych poprzednim. Więc skoro The Decemberists już udowodnili, że potrafią nagrywać proste piosenki, mogą spokojnie wrócić do tworzenia szant i morderczych ballad. Co im gorąco polecam.

Katarzyna Borowiec

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (4 głosów, średnio: 6,75 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.