07.06.2010 11:39

Autor: Michał Wieczorek

The Dead Weather – “Sea of Cowards”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje


sea-of-cowards.jpg The Dead Weather – “Sea of Cowards”
Third Man/2010

Pojedynek supergrup trwa. Ekipa z Nashville wystawiła zawodnika do drugiej rundy starcia.

W poprzedniej, zeszłorocznej, rundzie, dwie drużyny zostawiły konkurencję daleko w tyle. Bezpośrednią konfrontację minimalnie wygrali Kalifornijczycy z Them Crooked Vultures dzięki obecności w składzie jednego z najbardziej utytułowanych basistów – legendarnego Johna Paula Jonesa oraz wspomagania się w niezliczonych ilościach kawą i tajemniczymi grzybkami, co do legalności których ciągle toczą się dysputy.

16 października 2009, miesiąc przed premierą debiutu TCV (ale już po ekstatycznie przyjętych koncertach), ekipa Jacka White’a ustami Alison Mosshart ogłosiła, że prace nad następcą “Horehound” trwają. Czyli będą dalej walczyć o tytuł najlepszej supergrupy XXI wieku. I na razie wychodzą na prowadzenie.

White, nadal zajmujący kluczową pozycję perkusisty, coraz częściej przejmuje obowiązki wokalisty. Nie tylko wspomaga Mosshart, lecz czasem staje się głównym wokalistą. Przejawiał podobne tendencje już na debiucie, lecz nie w takich ilościach. Chyba przeszłość dała znać o sobie. Niezbyt fortunne to posunięcie, bo zaśpiewany przez White’a “Look At The Invisible Man” jest zdecydowanie najsłabszym momentem tej płyty.

Zespół ponownie zanurzył się w magii analogowych brzmień, które były znakiem firmowym debiutu. Blues ponownie stanowi podwalinę wszytkiego, lecz Dead Weather na tym fundamencie budują swoje własne, charakterystyczne brzmienie. Nie sposób ich pomylić z żadnym innym zespołem. I jest to ogromna przewaga nad TCV, którzy czasem niebezpiecznie zbliżają się do Queens of the Stone Age. Ekipa z Nashville zgrabnie posługuje się skojarzeniami, Led Zeppelin, Black Sabbath – te zespoły przychodzą na myśl podczas słuchania “Sea of Cowards”. Jednak, jak już napisałem, TDW są całkiem oryginalni (no, poza jednym momentem, o którym później).

“Sea of Cowards” nie jest po prostu “Horehound” 2. Ta płyta jest drapieżniejsza, ostrzejsza, seksowniejsza (to ostatnie jest zasługą Alison Mosshart, która odgrywa tu rolę kobiety fatalnej, wampa nawet). Jest też krótsza, przez co bardziej zwarta i mocniej oddziałująca na słuchacza.

Na brak potencjalnych hitów nie można narzekać, wystarczy tylko wspomnieć “I’m Mad”, “Hussle and Cuss” czy “Gasoline” (ten ostatni to zresztą mój faworyt na “Sea of Cowards” – mięsisty, wykrzyczany, niegrzeczny). Jednak największym hitem może być “Die by The Drop” słusznie wybrane na pierwszy singiel. Jest tylko jeden problem. Podejrzanie przypomina QOTSA, szczególnie instrumentalna partia. Niby Dean Fertita gra u Homme’ego, ale przecież nie napisał ani jednego kawałka piosenki, a początek bardzo przypomina “Misfit Love”. Inspiracja konkurencją, czysty przypadek, czy wspólna inspiracja jakimś starociem? Pierwsze na pewno odpada, pozostałe? Naprawdę nie wiem.

“Sea of Cowards” postawiło TCV w ciężkiej sytuacji. Ciężko będzie im przebić pozycję drużyny z Nashville. Czy Dead Weather pozostanie najlepszą supergrupą XXI wieku? Przekonamy się pod koniec roku. Jeśli nie będzie żadnych opóźnień, oczywiście.

Michał Wieczorek

Zobacz więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (19 głosów, średnio: 8,05 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.