01.02.2009 19:37

Autor: Gosia

The Complainer & The Complainers – “Power Joy Happiness Fame”

Kategorie: Albumy polskie, OFF recenzje, Recenzje

Wykonawcy:


power-joy-happiness-fame.jpg The Complainer & The Complainers – “Power Joy Happiness Fame”

Kiedy myślę o Complainerze, zawsze jako pierwsze do głowy przychodzi mi wspomnienie ich koncertu. Szalony, lekko potargany wokalista, dwójka akompaniujących mu muzyków i jeden KOwiec. Czwórka ludzi, która w niesamowicie prosty sposób potrafi zrobić Show, który pozostaje na długo w głowie. Ale oprócz występów i ich wizualnej części jest jeszcze, a może przede wszystkim muzyka. I to muzyka, której słucha się z wielką przyjemnością i gdyby nie fakt, że ich ostatnie dzieło (zarazem pierwsze pod szyldem TC&TCS) z listopada 2008 roku trafiło do mnie dopiero teraz to byłoby jedną z czołowych płyt notowania z roku ubiegłego. Za przeoczenie przepraszam, a za tłumaczenie werdyktu biorę się już teraz.

Najpierw trochę faktów. The Complainer to nikt inny jak Wojciech Kucharczyk, czyli człowiek odpowiedzialny za Mołr Drammaz, retro*sex*galaxy oraz współpracujący niegdyś z cudownym dzieckiem elektroniki Felixem Kubinem (chylę czoła). The Complainers natomiast tworzą Asia Bronisławska (aka Asi Mina), Paweł Trzciński (aka D.A.), Marcin Zarzeka (wcześniej wspomniany KOwiec, odpowiedzialny za “obrazy i resztę”; osobiście mój ulubiony członek TCS) oraz od niedawna Jakub Adamec. Swoje siły koncertowo połączyli już przy okazji poprzedniego wydawnictwa The Complainer “..& The Complainers”, ale dopiero teraz zdecydowali się na stworzenie pełnometrażowego zespołu i nagrania płyty wspólnymi siłami. Moja ocena: bardzo dobry krok.

A teraz do meritum. Płyta “Power Joy Happiness Fame” zaczyna się od swojego rodzaju manifestu. “Hide your doughters, hide your sons, hide your dogs, hide your cats” wykrzykują muzycy. Oto bowiem nadchodzi TC&TCS i do tego z wielką parą. Opener płyty jest bardzo żywiołowy i aż porywa do krzyczenia razem z zespołem. Takich pełnych energii momentów na tej płycie jest więcej. Chociażby “Jelly Bean”, który koncertowym bywalcom był znany już wcześniej. W tym przypadku zespół odwołał się do klasyki samplując “Billy Jean” Michaela Jacksona. Trzeba jednak pamiętać, że “this is not a cover” jak informował nas zespołowy Ko-wiec na tekturowych tablicach podczas występów. I tak jest, to nie cover, to tylko zapożyczenie tematu z tego utworu i zagranie go tak, że brzmi 1000 razy lepiej niż w oryginale. Ja osobiście fanką “Billy Jean” nigdy nie byłam, a tę wersję kupuję już przy pierwszym przesłuchaniu. Ale z drugiej strony na płycie znajdziemy dużo spokojniejszych fragmentów, niekoniecznie balladowych, ale takich, które uspokajają. Pierwszym z nich na płycie jest “Melting Men”, który określiłabym nawet lekko depresyjnym, albowiem przywodzi mi na myśl dokonania grupy Joy Division (czego szczerze mówiąc po zespole się nie spodziewałam). Trudno jest jednak się przed takim skojarzeniem uchronić, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że cała piosenka w dużej mierze opiera się na brzmieniu basu.

Niestety podczas słuchania tej płyty nie mogłam powstrzymać się od porównań, konkretniej dwóch. Pierwszym z nich był “Melting Men”, drugim zaś “Substytuty” (posłuchaj). I tak jak w przypadku pierwszego utworu podobieństwo do twórczości Joy Division mi nie przeszkadzało, tak niezaprzeczalny “pustkowy” charakter tej drugiej trochę działa mi na nerwy. Jednym słowem – najsłabszy fragment płyty. Na szczęście jest to tylko jednorazowa wpadka, która przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie przy tych wszystkich mocnych piosenkach. Zdecydowanie z całej płyty wyróżnia się “Lovesexy Part Three”, czyli love song według TC&TCS,  wcześniej wspomniany “Jelly Bean” oraz “You Have To Believe”. W tej ostatniej pan Complainer nawołuje do zaufania mu i ja mu ufam, bo przywraca mi wiarę w polskich muzyków, że pomiędzy wszystkimi młodymi indie zespolikami tworzonymi na styl brytyjski oraz Pustkowo-pogodnymi tworami (których osobiście bardzo nie lubię) są muzycy, którzy tworzą naprawdę dobry kawał muzyki, który można polecić z czystym sumieniem każdemu miłośnikowi dobrego grania. I zamiast kupować kolejne wydawnictwo Kasi Nosowskiej czy bilet na koncert Kazika, ja proponuję zaopatrzyć się w “Power Joy Happiness Fame”.

“Power Joy Happiness Fame”. Siła, radość, szczęście, sława. Bardzo trafiony tytuł. Płyta bowiem krzepi, daje radość i szczęście, a samym muzykom mam nadzieję, że da sławę. Polska scena muzyczna nie narzeka na brak zespołów z poczuciem humoru (patrz Dick4Dick, Mitch&Mitch czy Psychocukier), ale sposób, jaki znaleźli na siebie TC&TCS jest tak naturalny i przekonywujący, że nie da się ich nie lubić, a muzyka, którą tworzą porywa do tańca, pozwala na chwilę refleksji i jest świetnym polepszaczem humoru w deszczowy dzień. Wypróbowałam, działa! Zatem, na co tu narzekać?

Gosia Lewandowska

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (22 głosów, średnio: 7,27 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.