16.05.2009 12:41

Autor: marcin

O mokrych kotach, 25-stopniowym mrozie i organicznym studiu nagrań

Kategorie: Czytelnia, OFF aktualności, POLECAMY, Wywiady, festiwale

Wykonawcy:


the-car-is-on-fire-wywiad.jpg O mokrych kotach, 25-stopniowym mrozie i organicznym studiu nagrań

Wywiad z wokalistą i gitarzystą The Car Is On Fire Jackiem Szabrańskim, przeprowadzony w późnych godzinach nocnych po premierowym koncercie w rybnickim klubie Titanic (14.05.2009).

UwolnijMuzykę: Opowiedz jak doszło do waszego spotkania z Johnem McEntire? Jak to się stało, że zainteresował się waszą muzyką i zaangażował się w produkcję 3 albumu?

Jacek Szabrański: Jeżeli czegoś chcesz to po prostu to zrób. Jeżeli marzy ci się nagranie płyty z producentem, który mieszka na drugiej stronie kuli ziemskiej to po prostu zrealizuj ten pomysł. To nie jest tak, że on jest niedostępny, że to jakiś koleś z innego świata. Po prostu jeśli chcesz z nim współpracować weź jego numer telefonu i zadzwoń do niego, albo wyślij maila – my wysłaliśmy mu maila. Napisaliśmy “Cześć, chcemy nagrać z tobą naszą następną płytę“. I odpisał coś w stylu: “zajebiście, bardzo mi się podoba to co robicie, przyjedźcie do mnie i nagramy ją”.

UwolnijMuzykę: Ile czasu mieliście na pracę w studio?

JS: Czasu mieliśmy bardzo niewiele, niecały miesiąc. Było to bardzo mało jak na tak skomplikowane aranżacje. Wszystkie partie w zasadzie musieliśmy nagrywać w pierwszych podejściach i nie mieliśmy za dużo czasu na poprawki. Myślę, że wzwiązku z tym album zyskał rys spontaniczności i surowości.

UwolnijMuzykę: Jaki jest John jako producent? Jak przebiegała sama współpraca? Mieliście za sobą doświadczenie pracy z Leszkiem Biolikiem, który w rankingu krajowych producentów jest ceniony dość wysoko. Czy to doświadczenie z nim jakoś wam pomogło w pracy za oceanem?

JS: Leszek jest świetnym producentem na światowym poziomie. Doskonale wykorzystuje swoją wyobraźnię muzyczną, łączy zdolność wytworzenia własnej producenckiej wizji z umiejętnością jej skutecznej realizacji. John pracuje w sposób odwrotny. Daje przede wszystkim bardzo dużo przestrzeni. Zdaje się czuwać w ciszy i wyczekiwaniu na to co pojawi się w głowach muzyków z którymi pracuje. W pewnym momencie potrafi uchwycić jakiś wątek który powstaje i wspólnie go rozwinąć. Nie jest to człowiek który narzuca swoje zdanie. Wszystko przebiega na warunkach absolutnie partnerskich, w atmosferze stuprocentowej akceptacji i uważności na siebie. To jest świetne, ponieważ mając tyle miejsca można pozwolić sobie na rozwinięcie własnych fantazji i potencjałów, rzeczy zaczynają wymyślać się same. Z drugiej strony zaś w momentach gdy mimo wszystko nie wiedzieliśmy co zrobić dalej, gdy brakowało nam pewności co do jakichś rozwiązań, to nie bardzo było się na kim oprzeć.

UwolnijMuzykę: Jak wyglądał jego wkład jeśli chodzi o instrumentarium? Czy sam udziela się na płycie?

JS: Tak, zagrał nam na marimbie i zdaje się na wibrafonie. Pojawia się w “Ombarropsie” oraz na pewno w utworze, który nie wszedł na płytę “What Makes Me Cry”. I chyba gdzieś jeszcze – kilka dźwięków na klawiszach w “Cherry Cordial”, kilka na przeszkadzajkach w “A Song Like No Other”. Skorzystaliśmy z tego, że jest również profesjonalnym muzykiem.

UwolnijMuzykę: Co do samego studio, którego jest właścicielem (Soma Studio), jak odebraliście to miejsce?

JS: Studio jest całkiem przedziwne i magiczne. Jest trochę jak żywy organizm. Miałem takie wrażenie, że to jest jakiś pojazd kosmiczny, który działa w sposób dziwnie organiczny, biologiczny niemalże i John jako kapitan tego pojazdu jest jego integralną częścią. To wrażenie okazało się szczególnie dojmujące kiedy już nagraliśmy wszystkie ścieżki i gdy nadeszła kolej na działania produkcyjne oraz miksy. John podłączył wtedy jedną ścianę studia z drugą sitowiem kabli i te ściany nagle zaczęły mu grać, przetwarzać ten dźwięk w sposób nieprawdopodobny. Wskazówki jakichś tajemniczych urządzeń, które dotychczas były martwe, stają dęba, setki lampek zaczynają mrugać w niezrozumiałych dla nas sekwencjach. To tak jakbyś nagle uruchamiał jakąś przedziwną machinę nieużywaną od tysięcy lat, która jak w filmach science-fiction nagle ożywa, pokazuje swój zaskakujący potencjał. W tym momencie miksowania płyty John bardzo się uaktywnił. Pokazał, że potrafi bardzo wczuć się w zespół, w muzykę, którą przynieśliśmy do jego studia.

UwolnijMuzykę: Czy mieliście czas na zanurzenie się w klimat Chicago? Czy miasto wpłynęło w jakiś sposób na kształt płyty? Może widzieliście też jakieś koncerty?

JS: Oczywiście mieliśmy doświadczenie z miastem. Jest ono bardzo silne z wielu przyczyn. Można by o tym pisać i mówić bardzo długo. Mieszkaliśmy w Bucktown, artystycznej i studenckiej dzielnicy Chicago. To są stare przedmieścia, dużo cięzkich, masywnych kamienic neogotyckich, charakterystyczne metro naziemne na stalowych konstrukcjach sprzed kilkudziesieciu lat, szerokie betonowe ulice i wysokie krawężniki. Poznaliśy surowy klimat tego miejsca przemierzając codziennie po 2 kilometry z buta od naszego apartamentu do studia w śniegu i mrozie -20, opatuleni we wszelkie możliwe czapki, szaliki i rękawice. Po wejściu do studia pierwsze co robiliśmy to piliśmy gorącą herbatę i nacieraliśmy sobie uszy. W samym mieście dzieje się bardzo dużo. Po powrocie do Warszawy dowiedzieliśmy się, że w drodze do studia codziennie mijaliśmy siedzibę Pitchforka. Także w drodze do studia spotkaliśmy banner z klubu informujący, że w ubiegłym tygodniu wystąpiła tam Alex, Polka mieszkająca w Chicago, z którą spotkaliśmy się wcześniej na Glastonbury. Z pewnością ten kawałek miasta, który mogliśmy poznać był dla nas ważny i inspirujący. Chicago jest pięknym i monumentalnym miejscem, a jednocześnie ponurym i posępnym, i robi potężne wrażenie szczególnie zimą. Jeśli ujawnia się na płycie, to na pewno w tekstach.

UwolnijMuzykę: Zatrzymajmy się przy tekstach. Decydując się śpiewać po angielsku co jest dla was ważniejsze, melodyka czy treść? I nie mam tutaj na myśli górnolotnego przesłania, ale mniej lub bardziej widoczny sens słów.

JS: Jest z tym różnie. Na przykład ja uczę się tego żeby zwracać uwagę na melodykę tekstu angielskiego. W związku z tym, że mam bardzo wielką potrzebę podzielenia się własnymi przemyśleniami czy przeżyciami, czasem nie poświęcam melodii słów dostatecznej uwagi, koncentrując się na treści. Z racji tego, że jednakmelodyka stoi na równym planie z zawartością tekstu, miewam czasem wrażenie że nie zawsze przekazuję dokładnie to o co mi chodzi i w taki sposób w jaki bym chciał. Dla mnie strasznie ważne jest to, żebypowiedzieć dokładnie to, co chcę, takimi słowami, jakimi chcę. Myślę po polsku a nie po angielsku i przekładanie tego na angielskie frazy jest czasem dość żmudnym zajęciem. Kuba z kolei myśli bardziej dwutorowo, czymś co można nazwać melodią słowa.

UwolnijMuzykę: Wasza nowa płyta “Ombarrops!” zawiera 12 numerów, co jest przeciwieństwem poprzedniej na którą weszło 23. Czy to też był świadomy wybór?

JS: Absolutnie świadomy. “Lake&Flames” jest za długą płytą. Z okresu poprzedzającego sesję nagraniową zostało dużo materiału, który prawdopodobnie nigdy nie ujrzy światła dziennego. I to materiału dorównującego temu który wszedł na “Lake&Flames”. Mieliśmy wówczas chyba poczucie, że jako zespół dysponujemy nieprawdopodobnym potencjałem twórczym. Chodziło nam po prostu o to żeby pisać świetne piosenki i to robiliśmy. Był to szczególny moment, kiedy to też tych piosenek powstawało naprawdę dużo. Na
“Ombarrops!” podjęliśmy za to decyzję, że płyta będzie zwarta, krótka i konkretna (chociaż nie jest krótka tak jak pierwsza, która daje się ogarnąć za jednym przesłuchaniem).

UwolnijMuzykę: Od garażowego debiutu, przez bardziej dopracowane “Lake&Flames”, zmierzacie do…? No właśnie dokąd? Jesteście świadomi kierunku rozwoju The Car Is On Fire czy raczej dajecie się porwać czemuś niekontrolowanemu?

JS: Z jednej strony jesteśmy świadomi, z drugiej dajemy się porwać jakimś odruchom. Zawsze tak jest, że działa i jedno i drugie. Serce i intelekt. Chodzi o to, żeby odpowiednio harmonicznie podawać i jedno i drugie. Tak naprawdę szukamy cały czas jakiegoś złotego środka. W tym momencie mamy 3 serca i 3 intelekty i 3 różne wrażliwości, smaki muzyczne, które trzeba pogodzić. To sprzyja rozwojowi. Większość rzeczy, która się pojawia jest jakoś tam istotna i ciekawa. Jednocześnie czasami jest to bardzo trudne do udźwignięcia. Czasem jest tak, że zamiast przeć do przodu każdy ciągnie w swoją stronę i wtedy zwyczajnie stoimy w miejscu.

UwolnijMuzykę: Ok, przejdźmy na inny temat. Co łączy zdziwioną łasicę z mokrym lampartem? Czyli pytanie odnośnie nowej oprawy graficznej zarówno waszej strony, jak i płyty. Skąd taki koncept?

JS: Tak, myślę że okładka się udała, natomiast sama historia jej powstania jest dosyć zaskakująca. Pomysł pojawił się podczas pobytu w Chicago. Na gwiazdkę dostałem książkę podróżniczą Wojciecha Cejrowskiego (bardzo fajna zresztą), którą sobie przeglądaliśmy jenego wieczora. Było tam takie zdjęcie, przedstawiające tygrysa płynącego rzeką, wokół niego dodatkowo unoszą się na wodzie drobne kwiaty. I to nas strasznie ruszyło. Mocne uderzenie na zasadzie: “kur%&, mokry kot”, coś strasznie silnie oddziałującego na podświadomość. I to był taki pierwszy moment w którym zapaliła się nam lampka, że to może być fajne. Druga sprawa związana była z realizacją tego pomysłu. Potrzebowaliśmy jakiegoś lamparciska, Kuba strasznie się do tego zapalił, dzwonił, szukał, do Rumunii chciał jechać do jakiegoś tresera, znaleźć mokrego lamparta i zrobić mu zdjęcie. Nie wiem czy udało mu się spreparować tego zwierza, czy go znaleźć żywego, w każdym razie wykonał kupę roboty, której ostateczny kształt widać na płycie.

UwolnijMuzykę: Wróćmy do utworów. Czy otwierający płytę “Death Of A Customer” oznacza symboliczną śmierć starego odbiorcy TCIOF i zapowiedź czegoś nowego?

JS: Nie, kompletnie nie . Jesteśmy dalecy od tego typu symboliki, aczkolwiek jednoznaczność jest tak naprawdę początkiem końca jakiejkolwiek sztuki. I jeśli tak to odbierasz to, to jest ciekawe, zastanowię się nad tym. Ciekawe, byłoby to jakieś przewrotne.

UwolnijMuzykę: Na koncercie mogliśmy usłyszeć jeden utwór odśpiewany po hiszpańsku…

JS: Po włosku. Myślę, że nie zdradzę tutaj wielkiej tajemnicy, napisał go Kuba dla swojej siostry z okazji wyjścia za mąż, stąd taki radosny klimat w którym jest utrzymany.

UwolnijMuzykę: A propos nowego singla, “Ombarrops!”, słychać w nim damski wokal, który jednocześnie nasuwa skojarzenia ze Stereolab. Może wytłumaczycie się z tych dwóch kwestii?

JS: Tak, to jest Alex (Aleksandra Tomaszewska). Wspomniałem o niej w historii którą opowiadałem a propos miasta. Jest to dziewczyna którą poznaliśmy na Glastonbury. Mieszka w Chicago i dodatkowo występowała w klubie niedaleko ze swoim projektem Alex and The Drummer. Zaprosiliśmy ją do studio, powspominaliśmy ostatnie pół roku i nagraliśmy wspólnie utwór. Było to trochę magiczne na swój sposób, taki globalny zbieg okoliczności. Co do skojarzeń, to nie wiem czy on jest stereolabowy. Szczerze mówiąc dla mnie może i jest trochę zimnofalowy, szorstki, ale czy Stereolab jest dobrym odniesieniem? Tak naprawdę największym fanem tego zespołu był Borys, który przenosił trochę ich brzmienia do naszej muzyki.

UwolnijMuzykę: Jak wspominacie samo Glastonbury?

JS: Bardzo ambiwalentnie. Z jednej strony jest to fantastyczne miejsce, w którym jest mnóstwo fajnych koncertów, a z drugiej ta powalająca “mnóstwość”, przygniata i zabija intymną percepcję taką do jakiej jestem przyzwyczajony i jaką cenię najbardziej. Jest bardzo rozpraszająca. Czułem się dziwnie mijając koncert Massive Attack, idąc na występ Battles.

UwolnijMuzykę: Czy coś z nowej muzyki was inspiruje?

JS: Cały czas w mniejszym lub większym stopniu. Chociaż nigdy nie byłem typem szperacza który przerzuca tony płyt i jest na bieżąco. Ja ostatnio bardzo dobrze czuję się z zespołem Fleet Foxes.

UwolnijMuzykę: Jak oceniasz rozwój sceny alternatywnej w naszym kraju od momentu waszego debiutu? Dużo zdążyło się wydarzyć?

JS: W tym momencie możemy mówić, że jest coś takiego jak scena. Nowa scena to nowe media, nowi dziennikarze. To, że teraz rozmawiamy, to też jest znamienne. Praktycznie nie robimy wywiadów z ludźmi starszymi niż 23-24 lata. To są wszystko młodzi ludzie i ten fakt stanowi jakiś przełom. Coś nowego się wydarzyło.

UwolnijMuzykę: Ostatnie pytanie. Jak osobiście oceniasz “Ombarrops!” na tle waszych poprzednich płyt i jaki jest twój stosunek do niej?

JS: To na pewno zbyt świeża sprawa. Nie mamy kompletnie żadnego ciśnienia związanego z jej wydaniem. Włożyliśmy bardzo dużo wysiłku i trudu by ta płyta powstała. Wiele razy mile się zaskoczyliśmy efektami, które udało nam się uzyskać. Oczywiście przy większych nakładach finansowych moglibyśmy pójść dalej, ale tak jest zawsze. Jest to płyta dużo dojrzalsza i od “Lake&Flames” i od naszego debiutu. Troszkę bardziej operuje klimatem i jest bardziej świadoma. Odłożyliśmy na bok część ambicji songwriterskich na rzecz stworzenia spójnego materiału, który klimatycznie będzie tworzył całość. Do tej pory najważniejsza była dla nas piosenka jako taka, a tutaj pojawia się np. utwór “Baby, Baby”, gdzie więcej jest operowania klimatem, atmosferą, spontanicznym wyrażeniem siebie.

UwolnijMuzykę: Dzięki za wywiad! Miejmy nadzieję do zobaczenia na letnich festiwalach.

JS: Dzięki, na pewno pojawimy się na kilku.

Rozmawiał Marcin Bieniek

PS The Car Is On Fire zagrają na dwóch najważniejszych festiwalach w naszym kraju: Open’erOFF, a dodatkowo będzie można ich zobaczyć na tegorocznej edycji Łódź Alternatywa.

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.