19.05.2010 22:43

Autor: Radek

The Black Keys – “Brothers”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy: | | | | |


brothers.jpg The Black Keys – “Brothers”
Nonesuch Records/2010

W konkursie na najbardziej niedoceniany zespół z USA (w Europie) akrońskie duo The Black Keys, zajęłoby prawdopodobnie medalową pozycję.

Słyszeliście o nich? Ależ tam, kto dziś słucha blues-rocka. Blues? Co to za słowo? Złe słowo. Brzydkie słowo. Kwiatek do krawata. Audycja z Wojciechem Mannem. Szlagwort jednego ze skeczów kabaretu Mumio. Jednak to blues niezwyczajny. Jeżeli w ogóle jeszcze blues.

Pochodzą z Akron, Ohio. Miasta fabryki opon, bez historii i bez fety. Nie są zbyt urodziwi, a dodatkowo, muzycznie zwróceni ku przeszłości. No i grają w dwójkę. Tylko z gitarą i perkusją. A więc kolejna inkarnacja The White Stripes? Jednocześnie Carney i Auerbach, nagrywają z najbardziej rozpoznawanym, młodym producentem na rynku (Danger Mouse), łączą oldschoolowy, lampowy rock z hip-hopem (projekt Blakroc z udziałem min. Mos Defa, RZA, Ol’ Dirty Bastarda, Nicole Wray) ich muzyka podbija reklamy, filmy i seriale za oceanem. Coś w tym musi być.

“Brothers”, najnowszy album The Black Keys, jest jednocześnie ich najlepszym. Wyprodukowany, z drobnymi wyjątkami (singlowy numer “Tighten Up”) własnym sumptem, na odrestaurowanym sprzęcie, pamiętającym zapewne czasy Buddy’a Holly’ego i Elvisa, to niesentymentalna podróż w świat zaginionego dźwięku.

Otwierający płytę “Everlasting Light” stanowi esencję ich stylu: przy minimum środków, nagrano i zaśpiewano – cóż za wokal – utwór na modłę Gnarls Barkley. Potem jest jeszcze lepiej. “Tighten Up” i “The Only One”, z genialnymi klawiszami. Wspomniałem wcześniej, że tylko gitara i perkusja? Tak, ale na koncertach. W studiu The Black Keys jest bardziej bogato. Utwory są pieczołowicie inkrustowane, wygładzono garażową surowiznę, jednocześnie wciąż trzymając się sentencjonalnej zasady ideologa modernizmu Adolfa Loosa – ornament to zbrodnia. Nie potrzebujemy 300 ścieżek, aby tworzyć krwistą sztukę. Mniej znaczy więcej.

Spacerując dalej po krążku trafiamy na zupełnie genialny “Ten Cent Pistol”, numer przetransportowany w czasie z list przebojów festiwalu Woodstock. “Sinister Kid”, z wspomagającym wokalem odkrytej przez zespół Jessiki Lea Mayfield, mógłby nagrać Beck. Skowerowany “Never Gonna Give You Up”, to czysty jak biała poezja, soul.

The Black Keys nagrali album może niespójny stylistycznie. Może mniej chropowaty i dziki niż poprzednie, a było ich  5, ale też odważny, rozwijający, świadomie idący pod prąd dzisiejszym nurtom. Zanurzony w historii amerykańskiej muzyki od kluczy na gryfie po wtyczkę kabla, jak chyba żaden inny.

Ktoś dziś chce tak grać, a może inaczej, kto potrafi?

Radosław Orzeł

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (53 głosów, średnio: 8,02 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.