10.08.2010 10:18

Autor: marcin

Szybowce, konfetti i Najwyższy Człowiek Świata – Off Festival 2010

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


off-music-festival-2010-1129.jpeg Szybowce, konfetti i Najwyższy Człowiek Świata – Off Festival 2010

Czyli bardzo osobiste sprawozdanie z trzech dni najlepszego alternatywnego festiwalu w tej części Europy.

Obaw było sporo. Zastanawiano się czy Off – impreza, która przez 4 lata zdołała wyrobić sobie dobrą opinię i wychować grono festiwalowiczów – przeniesiony do Katowic nie utraci klimatu. Dodatkowych obaw przysporzyły prognozy pogody, które na offowy weekend zapowiadały ulewne deszcze. Z pociechą przychodził line-up, w którym nie zabrakło zespołów godnych jubileuszowej edycji.

Jeśli ktoś miał wątpliwości czy takie zespoły, jak The Flaming Lips, Dinosaur Jr. czy nawet The Raveonettes, zgromadzą pod sceną godną publikę, to ich wieczorne koncerty pokazały, że niepotrzebnie. Jednocześnie udowodniły one, że jeśli festiwal ma się rozwijać, musi stawiać przede wszystkim na wielkie alternatywne gwiazdy.

Ponowny debiut Off Festiwalu musiał się udać. W przeciwnym wypadku nad katowicką edycją zawisłaby czarna chmura niepowodzenia, a malkontenci tęskniący za Mysłowicami mieliby powód, by przez kolejny rok krytykować decyzję o przeniesieniu imprezy. Na szczęście zarówno lokalizacja, jak i line-up zdały egzamin wzorowo. Nieco gorzej było z organizacją, która zamiast ułatwiać festiwalowiczowi życie, często niepotrzebnie je utrudniała, ale o tym za chwilę.

Dzień 1

Deszczowe chmury niestety nie ominęły festiwalu. Najboleśniej przekonał się o tym każdy, kto w piątkowe popołudnie próbował dostać się na teren imprezy. Otwierające festiwal zespoły Hotel KosmosWe Call It A Sound również nie miały łatwego zadania. Tuż po nich, na namiotowej scenie Offensywy, wystąpił jeden z bardziej wyczekiwanych polskich debiutów tego roku Newest Zealand. Po jakże gwiazdorskim wejściu na scenę Borysa Bejnarowicza, zespół dał półgodzinny koncert prezentując materiał ze swojej niewydanej jeszcze płyty. Ładne piosenki, dopracowane aranżacje – to najtrafniejszy opis tego, co grupa zaprezentowała na scenie.

Zaraz po nich, na drugim skrzydle festiwalu, gdzie w cieniu dużej sceny prezentowały się projekty eksperymentalne, dynamiczny koncert dała grupa Tin Pan Alley. Muzycy zaprezentowali mieszankę starych oraz premierowych utworów, które znajdą się na drugim albumie formacji. Widać było, że zespół czułby się swobodniej na klubowej scenie, pozbawionej barierek, ale mimo to, grupa zaprezentowała się znakomicie. Ciekawe czy tego samego zdania był prezydent Katowic, który również przyglądał się koncertowi.

Tego dnia nie zabrakło udziału rodziny Waglewskich. Najpierw na dużej scenie wystąpili tegoroczni “debiutanci” – Kim Nowak. Pomimo sporych nadziei związanych z tym koncertem, zespół wypadł słabo. Grupa dała koncert na dużej scenie i niestety cała energia, która jest obecna na płycie, uleciała gdzieś w powietrze. Na początek grupa zaserwowała długie mozolne intro, po czym przeszła do utworów, które zamiast porywać nudziły. Dużo lepiej wypadło Voo Voo, którzy wykonali w całości album “Sno-powiązałka”. Dawno nie widziałem zespołu w tak dobrej formie. Muzycy pozwalali sobie na dzikie instrumentalne wstawki, dzięki czemu całość brzmiała jak jeden nieprzerwany utwór. Wojciech Waglewski, który wykonując stare utwory wspomagał się tekstami, widocznie z przyjemnością wrócił do swoich starych utworów, na sam koniec rzucił żartem: “Materiał z płyty powstałej 50 lat temu, grał dla was z playbacku zespół Voo Voo”.

Polska scena miała tego dnia bardzo mocną reprezentację. Trzeba też wspomnieć o koncercie zespołu 19 Wiosen. Grupa na fali swojej ostatniej znakomitej płyty “Pożegnanie ze światem” dała mocny punkowy show na Scenie Leśnej. Dobrze, że organizatorzy nie zrezygnowali z nazw starych scen. Od zawsze było wiadomo, że “na leśnej” odbywały się najbardziej zaskakujące koncerty. Tak też było przy okazji występu reaktywowanej grupy Something Like Elvis, dla której siedmioletnia przerwa zadziałała bardzo ożywczo.

Jeśli ktoś liczył na to, że The Horrors wyjdą na scenę w mrocznym image’u i wykonają swoje najmocniejsze numery, jak “Gloves” czy “Jack The Ripper”, to bardzo się przeliczył. Grupa zupełnie zaniedbała swój pierwszy krążek i skupiła swój 50-minutowy występ na psychodelicznych utworach z “Primary Colours”. Na początek “Mirror’s Image”, później single z płyty, ciekawie wypadł długi monotonny “I Only Think Of You”. Grająca zaraz po nich formacja Art Brut okazałą się być największym zaskoczeniem dnia pierwszego. Pozytywny rock’n'roll wsparty przez charyzmatycznego wokalistę Eddiego Argosa idealnie rozruszał festiwalową publikę. Highlight koncertu? Zdecydowanie “Modern Art” wykonane z jakże istotnym udziałem publiczności. Kto nie był, stracił wiele. Dwa ostatnie koncerty na scenie głównej należały do Lenny Valentino oraz Tindersticks. Lenny Valentino wystąpili w oryginalnym składzie i z niewielka pomocą deszczu dali jeden z bardziej klimatycznych i miejscami wzruszających koncertów na festiwalu. Każdy kto 10 lat temu zasłuchiwał się debiutem grupy z pewnością po koncercie mógł czuć się usatysfakcjonowany. Tindersticks, którzy wystąpili w poszerzonym kilkuosobowym składzie, dali koncert, który odnosił się do podobnych emocji. Było profesjonalnie, spokojnie i nastrojowo.

Edukacyjna rola Off Festiwalu nie ogranicza się tylko do wyłapywania i zapraszania zespołów nowych i świeżych (tych było w tym roku zdecydowanie mniej), lecz zespołów, które powinny wystąpić u nas dobre 5-10 lat temu, jednak nie było nikogo kto zadbałby o ich wizytę w Polsce. Tym sposobem mogliśmy nadrobić lekcje z występów, którymi Europa zachwyciła się już kilka, kilkanaście lat temu. Każdy z wchodzących na scenę zespołów powtarzał, jak mantrę “It’s our first time In Poland. Thank you, that’s amazing”. Pod tym hasłem można było podpisać wielu artystów, m.in. wspomniane Art Brut, Dinosaur Jr., The Fall i wielu innych.

Dzień 2

Pustki w końcu trafiły na główną festiwalową scenę. W ubiegłym roku dali znakomity koncert na scenie Offensywy, pamiętam go do dziś. Tym razem, korzystając z większej przestrzeni, zespół właściwie wykorzystał nagłośnienie i dał równie dobry koncert. Trochę szkoda, że zespół powoli eliminuje z repertuaru swoje stare numery, które urzekały nie tyle muzyką, co tekstami. Słuchając nowych utworów można odnieść wrażenie, o ile muzycznie Pustki rozwinęły się od czasu rozstania z Jankiem Piętką, to jednak tekstowo jest już gorzej. Przecież ile można czerpać z dorobku polskich poetów? Grający po nich Mitch and Mitch, to zespół, którego koncerty są czystą przyjemnością. Człowiek przychodzi, patrzy, słucha i daje się porwać luźnej atmosferze towarzyszącej ich występom.

Prawatt & Mirna Ray to dwa oddzielne polskie projekty, które na czas Off Festiwalu połączyły swoje siły. Grupy wystąpiły na wspólnym koncercie na Scenie Eksperymentalnej. Ich muzyka będąca wypadkową post-rockowego gitarowego hałasu oraz pomysłowej elektroniki, wypadł bardzo interesująco. Archie Bronson Outfit, którzy wystąpili zaraz po nich na głównej scenie, pomimo sporych oczekiwań, wypadli średnio. Co tu dużo mówić, ich gęste gitarowe brzmienie straciło zupełnie na wyrazistości. W dalszej kolejności przyszła pora na Tunng, dla mnie osobistą nowość. Zespół prawdopodobnie wygrałby konkurs na najciekawszy opis w festiwalowej książeczce. W trakcie ich koncertu na Scenie Leśnej rozpadało się na dobre, co pomogło zespołowi odegrać jeden z bardziej klimatycznych występów festiwalu.

Hey niestety przegrał u mnie z Jackiem Podsiadło, który w tym samym czasie dawał krótki poetycki popis w specjalnie przygotowanym do tego namiocie. Trzeba przypomnieć, że w tym roku organizatorzy postarali się o dodatkowe atrakcje literackie, których program powstał przy współudziale Wojciecha Kuczoka. O dziwo spotkanie z Podsiadłą zgromadziło około 50 osób, w tym Dyrektora Artystycznego festiwalu. Poeta zaprezentował kilka swoich wierszy oraz anegdot, starając się przy tym odwrócić uwagę słuchaczy od dobiegających ze głównej sceny dźwięków. Później przyszła kolej na Mew, którzy wprawdzie pozostają poza polem moich zainteresowań, jednak ich koncert okazał się dużym zaskoczeniem. Niesamowite brzmienie zespołu i głos wokalisty, sprawiały, że był to bez wątpienia jeden z najlepszych koncertów na festiwalu. Tylko niech mi ktoś wyjaśni motyw z tancerzem?

Wracając na dużą scenę, z daleka można było dostrzec obrazek przywołujący na myśl solidne metalowe kapele. Ściany wzmacniaczy, a między nimi trzech muzyków w sile wieku, czyli Dinosaur Jr. Co ciekawe zespół sam rozstawiał i stroił się na scenie. Zastanawiające czy robią tak za każdym razem, czy tylko wtedy, gdy Lufthansa gubi im sprzęt i zostają zmuszeni do wypożyczenia gitar od zaprzyjaźnionych zespołów? Mimo wpadki niemieckich linii lotniczych, grupa dotarła na festiwal i dała mocny oldchoolowy koncert, jakiego dotąd nie było na Off Festiwalu. Zaledwie w godzinę musieli zmieścić najlepsze momenty swojej blisko 30-letniej kariery. Na otwarcie zabrzmiało “Tumb”, później świetne “Feel The Pain”, “Over It” oraz cover The Cure “Just Like Heaven”. Szkoda, że bez bisów.

Dzień 3

Z lekkimi opóźnieniami dotarłem na koncert The Tallest Man On Earth, który całkowicie spełnił moje wszystkie oczekiwania. Kristian okazał się bardzo skromnym człowiekiem, który całkowicie skrył się za swoim głosem i grą na gitarze. Pomimo drobnych problemów technicznych, zagrał porywająco. Dalej przyszła kolej na występ O.S.T.R. który pomimo tego, że sprawiał wrażenie wyjątkowo zmęczonego, dał udany koncert. Może nie tak żywiołowy, jak dwa lata temu, ale równie szczery. Nie da się ukryć, że polską gwiazdą trzeciego dnia festiwalu był skład Niwea. Tegoroczni debiutanci byli wielką koncertową niewiadomą. Ich materiał zawarty na płycie można potraktować, jako ciekawą formę zabawy ze słowem i dźwiękiem. Z kolei koncert otwarł przed zespołem zupełnie nowe możliwości. Ich występ przypominał poetycki performance połączony z charyzmą godną Joy Division. Bardzo oszczędne podkłady i zakręcone teksty wyjęte z codzienności, zostały szybko podchwycone przez publikę. No.

Shearwater to grupa, na której koncert liczyłem od czasu, kiedy Artur Rojek zdradził, że zespół leży w obrębie jego zainteresowań. Zespół, promując swój ostatni album “The Golden Archipelago”, oparł swój występ na materiale z płyty. Koncert był ciężki do sklasyfikowania. Fani prostych folkowych dźwięków nie mieli na co narzekać, podobnie jak ci, którzy momentami lubią zatopić się w ścianach gitar. Zespół połączył na żywo te dwie rzeczy. Po koncercie udało mi się zamienić kilka słów z Jonathanem, założycielem grupy – efekt tej rozmowy wkrótce. Z kolei The Raveonettes to grupa, na którą czekam od czasu wydania ich pierwszej EP “Whip It On”. Przez 8 lat nie udało im się dotrzeć do Polski, chociaż momentami było bardzo blisko. Na otwarcie zagrali klimatyczne “Railroad Tracks” i później poszło już z górki. Kto wcześniej znał takie utwory jak “Attack Of Ghost Riders”, “Lust”, “Love In a Trashcan” z pewnością dał się ponieść sile gitar Sharin oraz Sune’a.

Koncert zespołu Kryzys okazał się pomyłką, podobnie jak wydany niedawno album “Kryzys komunizmu”. Brylewski nie nadaje się na wokalistę, myślę, że byłoby dużo ciekawiej, gdyby pojawił się na scenie z grupą 52um. W połowie koncertu uciekłem przyglądać się, jak niekwestionowana gwiazda wieczoru montuje się na scenie. Zanim przejdę do koncertu The Flamin Lips, dwa słowa o organizacji. Nie wiedzieć czemu, ale organizatorzy wprowadzili ogromnie restrykcyjne zasady dotyczące tego, co wolno, a czego nie na festiwalu. Chyba zapomniano, że offowa publiczność jest wyjątkowo tolerancyjna i spokojna, i nie ma obaw, że przemycona na teren festiwalu butelka znajdzie się na głowie któregoś z muzyków. Organizatorzy powinni wyciągnąć z tego wnioski. Zbyteczne zakazy i ochroniarze czyhający na każdym kroku, znacznie obniżają poziom imprezy.

off-music-festival-2010-1263.jpeg Każdy kto prześledził na youtube występy The Flaming Lips na żywo, z pewnością dobrze znał scenariusz dzisiejszego wieczoru. Kto nie wiedział czego się spodziewać, miał spore szanse na przeżycie koncertu życia. Jednak zarówno jedni, jak i drudzy nie kryli po koncercie ogromnego zaskoczenia. Wielkie rockowe widowisko, z kosmiczną ilością konfetti, balonów oraz tancerzy na scenie (wybranych wcześniej z publiczności). Obawiałem się, że muzyka zespołu zniknie pod naporem efekciarstwa, okazało się jednak, że muzykom udało się połączyć formę z treścią. Nie rozumiem tylko dlaczego zespół nie dostał chociaż pełnych 90 minut i szansy na bisy – muzycy zeszli po przeszło godzinnym koncercie, pozostawiając uczucie niedosytu, ale i uśmiechy na twarzach.

Podsumowanie

Tegoroczna edycja Off Festiwalu zaprezentowała line-up godny imprezy o wielkim światowym formacie. Pomimo drobnych problemów z pogodą, do Katowic zjechało blisko 15 000 fanów muzyki alternatywnej. Podobnie jak w latach ubiegłych nie zabrakło świeżych zespołów, a także tych, które powinny były zagrać u nas już kilka lat temu. Znakomity koncert The Flaming Lips pokazał, że zapraszanie wielkich alternatywnych gwiazd to dobry kierunek dla rozwoju imprezy – nadają jej wyrazistość. Wielka feta, która miała miejsce w trakcie ich koncertu, to wymarzony prezent na piąte urodziny, wymarzone zakończenie festiwalu. Kto przebije ich za rok?

Marcin Bieniek

foto: Ry Lickliter (www.forwardfluidmotion.com)


wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.