Szukamy wspólnego języka – Off Festival 2017
4-6.08.2017/Katowice

W drodze do celu.


Podczas tegorocznej edycji nie było wielkich sponsorów – w strefie gastro mniej gratisów, na wejściu smutny brak książeczek, koncerty kończyły się przed świtem, choć zaczynały o 15:00 i nie było ich powyżej 80, jak w złotym okresie po przeniesieniu wydarzenia do Katowic. Ale czy temu festiwalowi potrzeba dodatkowych gadżetów i atrakcji? Czy ważna jest ilość? Nie i nie – bo to, co najważniejsze, to (#banałalert) – muzyka, a pod tym względem jakościowo tegoroczna edycja wypełniła normy bardzo satysfakcjonująco. Po zeszłorocznej eksplozji odwołań dostaliśmy edycję może i bez fajerwerków, ale za to pełną po prostu świetnych koncertów.

50% szans

Tradycyjnie podczas festiwalu koncerty odbywały się na 4 scenach – głównej (w tym roku przemianowanej na Scenę Miasta Muzyki), leśnej, trójkowej i eksperymentalnej, parami po dwa na raz (główna-trójkowa i leśna-eksperymentalna w tym samym czasie). Jak zawsze trzeba było wybierać – a do tego doszły jeszcze ograniczenia czasowe, bo nie każdy przyjdzie na 3 po południu i zostanie do 3 w nocy. Najpierw będzie więc kilka słów o niektórych wykonawcach, z których autorka tesktu ostatecznie zrezygnowała.


Zaczynałam dwunasty Off od Bitaminy, która pachnie trochę Fiszem, intryguje ciekawą barwą głosów i wciągającymi enzymami dźwiękowymi. Chętnie ich jeszcze kiedyś posłucham nieco dłużej. C Duncan zrobił na mnie wrażenie dobrej kołysanki, aż szkoda, że grał tak wcześnie (o 16:10). Anna von Hausswolff była pogrążona w sztucznej mgle, ale dźwięki się spoza tej cienkiej przesłony wydostające brzmiały już żywo i prawdziwie, jak zaproszenie do mrocznej, pełnej tylko pozornie fantastycznych opowieści.  Kwadrofonik i dyrektor artystyczny festiwalu Artur Rojek, a także Hexa podjęli modny temat – “Twin Peaks”, który doczekał się kontynuacji po latach. Obydwa warianty były mroczne, choć jeden po cichu, a drugi brutalnie. Conor Oberst objawił się jako wyjątkowy człowiek, który potrafi sprawić, że country stanie się całkiem cool, i najbardziej szkoda mi jego świetnych tekstów (w tym sensie, że wybrałam jednak Preoccupations). Mniej żałuję nieoglądania całego koncertu kolektywu Ulrika Spacek, w którym najbardziej moją uwagę przykuł nietypowy sposób ustawienia muzyków na scenie, trochę ekskluzywny, jak spotkanie dobrych kumpli, którzy przyszli zagrać dla samych siebie. The Men też nie podbili mojego serca, nawet perspektywą wycieczki wehikułem czasu. Shellac upragniony przez wielu był elementem wielkiej gitarowej układanki, która oddaliła nieco Off od festiwalu Nowa Muzyka – zbliżenie stawiano jako zarzut w momencie, gdy w programie było więcej artystów zajmujących się elektroniką. Wrekmeister Harmonies to niecały Godspeed You! Black Emperor i niestety dokładnie tak brzmią. Ale piszę to jako fanatyk, który nie dał im pełnej szansy.

Gitara to podstawa

Podczas tegorocznego festiwalu nie brakowało szalonej różnorodności gatunkowej (pojawili się artyści z różnych stron świata i różne światy wewnętrzne reprezentujący) ale w pewnym momencie miałam wrażenie, że gdzie nie pójdę, tam gitary. Osobiście jako miłośnik gitar nie mam nic przeciwko.

Największe gitarowe szaleństwo zapewnili Thee Oh Sees, co nie zaskoczyło nikogo, kto szalał w namocie eksperymentalnym na Offie anno domini 2013 (słów kilka o tym tutaj). Tym razem kwartet wylądował na leśnej, skąd kipiał energią już podczas próby dźwiękowej, rozgrzewając się – wraz z publicznością – podczas właściwego wytępu aż do czerwoności. Dwóch perkusistów ścigało się na bębny, lider, John Dwyer śmigał na gitarze i szalał głosem, do tego wzmocnienie sekcji rytmicznej basem i mamy przepisy na wybuchowy rock’n'roll, który nie pozwala stać w miejscu.

W dziale post-rockowym bardziej niż starzy wyjadacze z projektu pobocznego urzekł mnie polski zespół Spoiwo, który zresztą znam z tego koncertu. Sprawdzają się genialnie nie tylko jako support – na Offie grali w trójkowym namiocie, czarując gitarową ścianą okraszoną klawiszami; mieliśmy także motyw kojarzący mi się odwiecznie z Sigur Ros, czyli smyczkiem po gitarze, co dodawało kompozycjom liryzmu. Mocno i lirycznie: taki post-rock uwielbiam oglądać na żywo, czekam na ich wizytę w Krakowie.


Pisząc o gitarach nie można nie wspomnieć o Swans, którzy w tym roku od nauczonych doświadczeniem organizatorów (sprawdź tutaj, o co chodzi) dostali aż trzy godziny czasu scenicznego. To jeden z ostatnich koncertów zespołu w obecnym składzie – po nagraniu płytowego tryptyku (“The Seer”, “To Be Kind”, “The Glowing Man”) Gira ma zamiar ze swego łabądka zrobić feniksa. Póki co otrzymaliśmy to piękno, które już znamy z występów w ostatnich latach – monumentalne, a jednocześnie bliskie ciału, szamańsko-pierwotne doświadczenie muzyczne najwyższej klasy.

Gitarę smyrał także Ryley Walker, wielki fan Silver Apples i Royal Trux (zaszczycony możliwością występowania na jednej scenie z nimi). Wychodziło mu to przyjemnie, wraz z akompaniamentem zespołu sprzedawał nam piosenki, których nie sposób nazwać energetycznymi, ale do których można było przyjemnie się pobujać. IDLES z tej samej sceny nakrzyczeli na nas dzień wcześniej w punkowym szale, mocno sięgającym do korzeni; acz na osłodę Joe Talbot do każdego utworu zapraszał elegancko wyuczonym po polsku zdankiem “Ta piosenka nazywa się…”.

Równie zmyślnym wodzirejem okazał się lider Shame, zespołu całkiem świeżego, choć również zalatującego starym dobrym punkiem. Ich teksty nasączone ironią robią jednak dobre wrażenie, a młodzieńcza energia pozwala zebrane inspiracje spleść w coś całkiem niezłego.

Jak cię widzą tak cię słyszą

Leslie Feist jest już za to sceniczną wyjadaczką – a do naszego pięknego kraju przyjechała po raz pierwszy. Rozkwitła na głównej scenie niczym różowy kwiat, postawiła światła, ozdobę-wachlarz, i zaczarowała publiczność. Jej głos to jest coś zupełnie nie z tej ziemi – jest po prostu niemożliwy; z jednej strony wcale nie jest jakiś wielce efektowny, z drugiej jest w nim tyle gładkiej delikatności, że nie mogłam uwierzyć w jego brzmienie na żywo. Ale to fakt: na koncercie uwodzi tak samo, jak na nagraniach. Piosenki Leslie to przyjemne opowieści tymże niemożliwym głosem śpiewane do akompaniamentu przede wszystkim gitary, na której gra. Na płytach jest trochę bardziej popowo, na koncercie kompozycje dostają fajnych pazurków. A Feist – uśmiecha się do nas trochę ironicznie, ale z sympatią i radością. Od razu zapowiedziała, że hity (czy też, jak to ujęła, cofanie się w czasie) będą w drugiej połowie koncertu, po nowym materiale z tegorocznego albumu “Pleasure”. Nie kryła się też z zaplanowanym bisem. Odnalazła i przywitała współobywatela z Kanady wśród publiczności, nauczyła się, przy pomocy pana w koszulce z numerem 76 (1976 to rok urodzenia Leslie), jak poprawnie wymawiać “Katowice”. Może nie był to jeden z tych koncertów, które po latach będę wymieniać jako istotne muzyczne przeżycia, ale było przesympatycznie.


Nieco innymi ozdobami na scenie przyciągał wzrok Helado Negro, głosem przypominający George’a Lewisa Juniora. W przeciwieństwie do Twin Shadow występuje on jednak sam – choć nie całkiem, i tu wrócimy do niego na scenę. A na tej scenie znajdziemy dwa, hm, miśki? Osoby całkowicie pokryte złotymi, powiedzmy, farfoclami, (ech, może po prostu zerknijcie na okładkę “Private Energy” z 2016 roku) delikatnie kręcące się wokół własnej osi. Do tego delikatna, gdzieniegdzie chrobocząca, bujająca elektronika i mamy całkiem fajny set do pooglądania i potańczenia.

Z dziwów i zwidów na scenie z pewnością – oceniam to po burzach w internetach – w pamięć widzów wbiła się Siksa. Był to bardziej performance niż koncert, miniwidowisko najeżone codziennym syfem, dobrze znanymi patologiami i wulgaryzmami, przed którymi publicznie trzeba się wzdrygać. To nie pierwszy, i oby nie ostatni (wciąż czekam na coś z tej półki, co mnie bardziej zaciekawi) taki wyskok na Offie, choć taka na przykład Ann Liv Young wzbudzała kontrowersje po angielsku, a więc z mniejszym oddźwiękiem wśród polskojęzycznej publiczności.

Performerka mówi dużo, a nawet jak śpiewa, to raczej w ramach specyficznej rozmowy, za to PJ Harvey porozumiewa się prawie tylko muzyką. Jej koncert to całość dopracowana w najmniejszych szczegółach, a pieczołowitość w jej tworzeniu widać chociażby w powtarzającej się na całej trasie liście piosenek. Najpierw materiał nowy – głównie z zeszłorocznej “The Hope Six Demolition Project” – hity na koniec, ale nie widzę możliwości, żeby PJ żartobliwie się do tego przyznała jak Feist. Nie, Harvey jest na serio, w kostiumie dziwnego ptaka, którego możemy podziwiać, i próbować nawiązać kontakt słuchając jego śpiewu. Na scenie obok wokalistki wystąpiła cała armia muzyków, dzięki czemu brzmienie nabrało głębi i pełni. Artystka nader często odwiedza nasz kraj, i mam nadzieję, że nie przestanie, ponieważ na Offie nieszczęśliwie jej koncert zbiegł się w czasie z Silver Apples.

Mówienie do publiczności wcale nie oznacza, że można się z nią doskonale porozumieć. Mogli się o tym przekonać ci, którzy zdecydowali się zobaczyć występ Richarda Dawsona. Folkowy muzyk wyraźnie zmagał się z gorącem, ale ekscentryczne i odrobinę szalone wypowiedzi to raczej nie wina temperatury. Nie jestem dobry w molekuły, robię muzykę - stwierdził, dodając później: Dlaczego wszystko jest zrobione z molekuł? Wiecznie musimy czegoś dotykać. Rano czuję, jak spodnie na mnie patrzą. Z oczekiwaniem… Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę, że nawet bez molekuł dotyka – za pośrednictwem głosu, w sposób o wiele bardziej subtelny. Jego folkowe piosenki, jak “Poor Old Horse” poruszająca opowieść śpiewana pełnym bólu głosem wspinającym się na wysokie tony czy “Soldier” o prawdziwych urokach wojny, na żywo robią jeszcze większe wrażenie. Nie bardzo porozumieliśmy się więc w rozmowie, bo tylko jedna osoba przyznała się do zobaczenia UFO (Rirchard stwierdził, że reszta może wyjść), za to świetnie się zrozumieliśmy muzycznie. Artysta przygrywał sobie na gitarze, ale sporą część piosenek wykonał też a capella – podczas jednego z utworów zaczął wybijać sobie rytm tupaniem, a publiczność bardzo szybko to podchwyciła, dodając wspaniałej marszowej oprawy piosence. Głos bez instrumentów robi niesamowite wrażenie, przynajmniej przy takim, chropowatym, nieidealnym, o wielkiej mocy wyrazu wokalu. Szkoda, że występ Dawsona należał do tych krótszych i trwał tylko czterdzieści minut.

Muzyczni influencerzy

O tym, że porozumienie artysta-publiczność bywa najeżone kolcami przekonali się także – i przekonaliśmy się i my po drugiej stronie sceny – Royal Trux. To zespół, który trudno docenić, nie znając kontekstu jego powstania i działalności, a i potem są z tym pewne trudności, choć pewnego bardzo specyficznego uroku odmówić im nie sposób. W Katowicach pokazali pełnię swojej absolutnej niefrasobliwości, prezentując hałaśliwy grunge’owo-rockowy chaos w pełnej krasie. Gdzieniegdzie błysnęła przyjaźniejsza melodia, czasem instrumenty zaczynały efektownie się zgrywać, szło docenić specyficzny miks głosów Herremy i Hagerty’ego, które osobno brzmią źle, ale wspólnie zmieniają się jak pod magicznym wpływem. Wszystko trwało chwilę i powracało dominujące uczucie skonfundowania. Jennifer mruczała coś na scenie, nie wiem, czy specjalnie tak, by nie trafić do mikrofonu, Nick póbował coś z tego przekazać dalej, w końcu kwitując kwestię stwierdzeniem, że mamy tu language barrier. Ale ta bariera była gdzieś dalej i mocniej – począwszy już od świateł skierowanych na publiczność, sprawiających, że postaci na scenie były ledwo widoczne. I czas zrobił swoje, bo państwo już dawno przestali być młodzi i cool. Czy to jest rzeczywiście zespół, bez którego nie byłoby The Kills, a muzyczne duety nie brzmiałyby i nie wyglądały tak samo? Tak. Ale na koncercie trudno w to uwierzyć.

Na tej samej scenie, tego samego dnia pojawił się za to człowiek, którego wpływu na muzykę nie sposób przegapić – Simeon Coxe. Na początku koncertu przedstawił publiczności także drugą połowę duetu Silver Apples, Danny’ego Taylora, perkusistę, który zmarł w 2005 roku. Simeon dysponuje wieloma nagraniami jego gry (nagrywał się na taśmy ćwicząc i improwizując na perkusji) dzięki czemu wciąż może wprowadzać jego własne, oryginalne brzmienie do starszych i nowszych utworów. Sam zamknął swoje 16 oscylatorów w urządząnku Akai s20 i na scenie prezentuje się nie gorzej niż współcześni czarodzieje elektroniki. Gdy z jego sprzętu zaczęły wylewać się dźwięki “A Pox On You” czy “Oscillations” w oniemienie wprawiała świadomość, żę dźwięki te powstały prawie pięćdziesiąt lat temu. Coxe, muzyk w bardzo zaawansowanym wieku, emanuje wprost radością z dzielenia się muzyką – co jest bardzo zaraźliwe i oprócz doznań estetycznych gwarantuje także pozytywne emocje. Oprócz utworów z pierwszego albumu usłyszeliśmy także m.in. “The Edge of Wonder” z najnowszej płyty “Clinging to a Dream” (2016) oraz kompozycje z “The Garden”. Oscylatorowe piski składały się w magiczne krajobrazy, przez które wiódł nas spokojny głos Simeona, był to spacer, który zapamiętam z pewnością na długo.


Jednym z wielu muzyków, którzy Silver Apples wymieniają w pierwszym rzędzie swoich inspiracji, jest Geoff Barrow z Portishead, który w tym roku na Offie wystąpił z formacją Beak>. Do jego perkusji dołożyli się Billy Fuller na basie i Will Young na klawiszach. Wyszła z tego znakomita porcja zmodernizowanego krautrocka. Motorik bezlitośnie uruchamiał nogi, basista szalał, perkusja goniła za nim, elektroniczne plumkania dopełniały całości. Utwory takie jak “Wulfstan II” na długo wklejały w pamięć charakterystyczne muzyczne motywy, znalazł się także moment z dedykacją – dla rodziców, którą sprowokował nieśmieszny żart Fullera (skojarzenie od dad jokes). Był to zdecydowanie najlepszy koncert pierwszego dnia festiwalu.

Drugą parę artysta inspirujący-artysta zainspirowany zaczniemy od This Is Not This Heat, czyli dwóch Charlesów. Hayward i Bullen nie występują jednak w duecie – pod kątem ekipy na scenie poszaleli i w namiocie eksperymentalnym obok ich perkusji i gitary na scenie znalazło się jeszcze sporo innych instrumentów w rękach dodatkowych pięciu osób. Mieliśmy wzmocnienie dla sekcji gitarowej, oczywiście z dodatkiem basu, drugą perkusję, a także instrument smyczkowy oraz dęty drewniany, nie mogło też zabraknąć klawiszy. Do tego zwielokrotniony i ubarwiony elementem żeńskim wokal. Ten skład sprawił, że ponadczasowe kompozycje This Heat nabrały wyjątkowej mocy. Warstwy, które oryginalnemu triu zapewniały eksperymenty z taśmą, zostały stworzone na żywo, potęga dźwięku objawiła się w pełnej krasie. Nad wokalem wciąż dominował charakterystyczny, skrzekliwy głos Haywarda, i muzycznie podobnie – wciąż czuło się, że jednak u progu tych złożonych kompozycji JEST This Heat. W secie nie mogło zabraknąć kultowego “24 Track Loop”, a na zakończenie grupa została wywołana na bis. Ta reaktywacja to jeden z najważniejszych powrotów w historii muzyki, a koncert w najmniejszym stopniu nie zawiódł oczekiwań.

Wśród grona oczekujących znalazł się między innymi Matt Flegel z Preoccupations (zespół dawniej znany jako Viet Cong). Formacja mocno inspiruje się muzyką lat 70. i 80. – świetnie łączy wpływy z przeszłości w świeżą, wciągającą nową całość. Na żywo mocny, drążący głos Flegela rozkręca się powoli: pełni jego możliwości nie było słychać ani w otwierającym występ “Anxiety”, ani w wykrzyczanym “Continental Shelf” (co nie znaczy wcale, że brzmiały źle), dopiero w okolicach “Memory” złapał ten głębok ton, brzmiący niczym zaklęcie wciągające wgłąb ciemnej jaskini. Muzycznie grupa lśni w pełni blasku podczas występu na żywo – gitary nabierają tempa i mocy, nie dając się przykryć klawiszami, co ma miejsce na drugim albumie; perkusista szaleje, całość olśniewa post-punkową zadziornością, rozkleja sentymentalną nutką stylu new romantic. Występ zakończyli zgodnie ze swoją tradycją – utworem “Death”, który zresztą ma outro perfekcyjne na taką okazję.

Nie zabrakło także i sięgnięcia do naszych lokalnych, polskich muzycznych korzeni – i sięgnęliśmy zresztą znacznie głębiej, niż w lata 70. czy 60. Żywizna, czyli Raphael Rogiński na gitarze oraz Genowefa Lenarcik, chciałoby się rzec diva śpiewu kurpiowskiego, zaprowadzili nas pomiędzy chaty, gdzie wydarzyło się mnóstwo historii nieszczęśliwych, przyziemnych, takich, które w formie muzyki płyną gdzieś głęboko w naszych żyłach. Pani wokalistka wiekowo jest gdzieś w okolicy Simeona Coxe’a, przez co występ zyskuje na poruszającej autentyczności. Gwara kurpiowska jest na tyle zrozumiała, aby móc odnaleźć się w wyśpiewywanych historiach, które bez dodatku gitary jeszcze żywiej przemawiałyby do zbiorowej wyobraźni. Dobrze jest wiedzieć, że te piosenki wciąż są przekazywane dalej, dobrze je słyszeć w otoczeniu innym niż wiejskie imprezy.

Dochodzimy do głosu

Ludowe zaśpiewy zaprezentowała także Noura Mint Seymali, która łączy z popem muzykę mauretańską.  Spośród artystów z dalszych zakątków świata mocniej wyróżniła się jednak grupa pod nazwą Phurpa – muzyczny kolektyw prezentujący światu tybetański śpiew gardłowy. Usłyszenie go na żywo jest niewątpliwie przeżyciem wyjątkowym: głuche, dudniące buczenie prawie jak z zaświatów wprawia w zdumienie i/lub trans. Do tego od czasu do czasu stuki i puki w gongi i dzwonki. Choć miejscem idealnym na taki koncert nie jest mimo wszystko namiot trójkowy to dobrze, że mieliśmy okazję to przeżyć – choć prędzej widziałabym tych wykonawców w jakiejś świątyni.


Głosem czarował też Michael Gira, już bez wychodzenia poza ciepłe kręgi muzyki świata zachodniego. Głęboki, wszechogarniający głos Giry pasuje nie tylko do dźwiękowych murów Swans, ale i do surowego podkładu złożonego tylko z gitary akustycznej.

Jessy Lanza stoi po przeciwnej stronie skali – jej piskliwy głosik przypomniał mi popową wokalistkę z lat 90., Sandrę. Lanza puszczała sobie podkłady a potem wychodziła do przodu sceny i śpiewała. Mimo tego zabawnego skojarzenia całość brzmiała całkiem sympatycznie, w sam raz na wieczorne tańce pod sceną leśną.

Rozkręcamy imprezę

W temacie tańców świetnie odnalazł się także pan z Sierra Leone, Janka Nabay ze swoim The Bubu Gang. Jego żywa, skoczna muzyka bubu czasem leży gdzieś obok rytmów reggae, ale w wydaniu ultratanecznym. Ma tę radość i beztroskę, do tego dokłada jeszcze więcej uśmiechów i podskoków. Na scenę zaprosił jedną z tańczących uczestniczek festiwalu – z pewnością było to dla niej niezapomniane przeżycie. A reszta bawiła się równie pysznie, nie odmawiając sobie przyjemności nagrodzenia artystów sowitymi owacjami, co oczywiście poskutkowało bisem.

W nocy dnia pierwszego tańce zapewniła The Black Madonna, a drugiego – Kornel Kovacs, urzekający doborem sampli głosów wypowiadających rozmaite kwestie, a także mieszanką lśniących brzmień, do których bardzo dobrze szło się na nocny darmowy autobus S-1. Muzykiem, który skradł mnie Swansom był natomiast Oliver Coates. Nic zresztą dziwnego – pan współpracował z Micą Levi nad soundtrackiem do “Under the Skin”, płyty z mojej czołówki z roku 2014. Do intrygujących, elektronicznych ścieżek dokłada dźwięki wiolonczeli, na której grał w namiocie trójkowym na tle wizualizacji stylizowanych na grę komputerową. Takiego widowiska nie spodziewałam się na zamknięcie festiwalu – odkryć w tym roku było dla mnie niewiele, ale jakość tego jednego rekompensuje mi to wystarczająco.


Królem balu został natomiast bez wątpienia Talib Kweli. To w ogóle nie powinno dziwić – nikt tak nie rozkręca imprezy jak hip-hopowi wodzireje: a to machamy łapkami, a to włączamy smartfoniki, a to coś razem zaśpiewamy, potem coś razem pokrzyczymy. To wszystko jako jednoczący dodatek do niezbędnej podstawy, czyli świetnej muzyki. Srogie beaty zabrzmiały jeszcze zanim gwiazda pojawiła się na scenie – towarzyszący mu wyśmienity DJ zanim dał popis scratchingu przywołał nuty tak kultowe jak “Jump” Kris Kross. Gdy na scenę zawitał Kweli, przeszliśmy do upamiętnienia J Dilli, chwalenia Wu Tang Clanu oraz przywoływania klasyki w postaci The Beatles czy Sun Ra. Utwory były krótkie, ale intensywne, zawsze suto okraszone kawałkiem muzycznej historii. Do tego dołączyły popisy zręcznego klawiszowca i szalejącego perkusisty. Podsumowując – coś, co nie tylko fan hip-hopu może docenić, świetna zabawa napełniona wartościową treścią.

Gorzka wiśnia

A teraz gwóźdź programu, koncert, na wieść o którym wiedziałam już, że ten Off zapamiętam na długo. Powrót, o którym nawet nie marzyłam, a który nie tylko mnie nie zawiódł, ale który stukrotnie przewyższył moje oczekiwania. Tak, przyszedł czas na peany na cześć Arab Strap.

Aidan Moffat i Malcolm Middleton koncertowo wspomogli się perkusistą, klawiszowcem (który także śmigał na giarze) oraz basistą i skrzypaczką. Dało to ich pełnym goryczy piosenkom dodatkową moc – ale nie odebrało ani trochę z tej dziwnej bliskości wypracowanej wspólnie podczas tworzenia muzyki w zaciszu sypialni, kiedy za wszystkie dźwięki odpowiadali tylko we dwójkę. Malcolm w Katowicach grał na gitarze, Aidan zajął się częścią elektroniczną i oczywiście – drążącym dziury w sercach wokalem.

Chociaż artyści mówią, że nie będą nagrywać nowych piosenek, bo to już nie ten stan ducha, ich dekadenckie, melancholijne teksty nie zestarzały się ani odrobinę. To jak stary zawód miłosny – niby już nas nie obchodzi, ale przeżyty smutek jest wciąż autentyczny, bliski, nasz, choćby nie wiem jak śmieszna i nieważna była historia sama w sobie. Moffat potrafi opowiadać takie historie jak nikt inny.

Burn these sheets that we’ve just fucked in – ten koncert nie mógł zacząć się inaczej, jak od tych słów, piewrszych słów “Stink”. A potem zwiedzaliśmy wszystkie kąty gorzkich rozczarowań. Te wyśpiewane z wyrzutem jak “Don’t Ask Me to Dance” i te opowiedziane cicho, delikatnie, a mimo tego z mocą ściskającą gardło, jak “New Birds”.


Występ Arab Strap to jedyna taka okazja, aby jednocześnie płakać i tańczyć, i nie zahaczać o kicz w żaden sposób. Gitarowe riffy to kołysały, to uderzały w pełni post-rockowej mocy, to splatały się z elektronicznymi beatami w najpiękniejszą dyskotekę, w opętany pląs poszukujący zapomnienia. Cudownie wydłużone “Girls of Summer” panowie spletli ze swoim ulubionym “Rocket, Take Your Turn” w idealną mieszankę tych gorzko-słodkich składników. Na koniec – “The First Big Weekend”, abyśmy pożegnali się z otępiałym uśmiechem na ustach, wiedząc, że chwilowa ulga pogrąża nas tylko jeszcze bardziej.

Powroty, wzruszenia, odkrycia – nigdy, nawet podczas słabszych edycji, nie brakowało tego na Off Festivalu. Ta zdecydowanie słabszą nie była, i trzymam kciuki, że to początek tendencji zwyżkowej.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.