Sziget 2012 kontra Sziget 2017

Zanurzona w południowym słońcu kraina festiwalowej zabawy w liczbach.

Po raz pierwszy wybrałem się na Sziget pięć lat temu, kiedy to festiwal zdecydował się również odwiedzić Michael Eavis – legendarny twórca i organizator Glastonbury. Podobnie jak Eavis, ciekaw byłem jakie wrażenie wywrą na mnie Budapeszt, przepływająca przez niego rzeka Dunaj, czy wreszcie zlokalizowany na wyspie po jego środku festiwal. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania, a sam wypad jawił się jako wakacyjna przygoda życia. Wtedy też na szigetowej tablicy, czy raczej ścianie dokończyłem zdanie: “Before I Die I Want To…wrócić na Sziget”.

Wygląda na to, że jestem szczęściarzem. Trafiłem na festiwal po raz czwarty w przeciągu ostatnich sześciu lat. Dla przypomnienia przeczytałem sobie swoją relację z 2012 roku i doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy to nie tak wiele się zmieniło od tego czasu. Lecz jeśli przyjrzeć się temu bliżej i zajrzeć za kulisy powstawania festiwalu to jednak 25. edycja była inna od poprzednich, nie tylko ze względu na swój okrągły rocznicowy charakter. W styczniu tego roku brytyjsko-amerykańska firma Providence Equity Partners stała się właścicielem większościowych udziałów (ponad 70%) węgierskiej firmy Sziget (organizującej również Balaton Sound czy Telkom Volt Festival). We wspólnym oświadczeniu ogłoszono, że celem jest międzynarodowa ekspansja wydarzenia. Festiwal Sziget jako flagowy okręt firmy zabiera na swój “pokład” w Budapeszcie około 500.000 osób na ten niezwykły “rejs” po Dunaju, natomiast pół tuzina pozostałych festiwali organizowanych na Węgrzech to liczba setek tysięcy “zaokrętowanych” uczestników. Poważny biznes jakby nie patrzeć. Nowi inwestorzy chcą pomóc w dalszym rozwoju festiwali i wesprzeć ambicję firmy Sziget, by jej marki festiwalowe stały się globalnymi. Zabrzmiało złowieszczo. Ktoś spyta gdzie tu słońce i wspomniana powyżej festiwalowa zabawa? Nie wolno zapominać, że to przede wszystkim biznes. A edycja 25. znacząco różniła się od tej 20.

Po pierwsze dotąd Sziget nie mógł finansowo konkurować z innymi festiwalami o tzw. star power i  w dużej mierze to atmosfera festiwalu decydowała, że zagraniczne gwiazdy, jak nieżyjący już David Bowie, dawały namówic się na występ. W 2011 roku to dzień z udziałem Prince’a przyniósł największą stratę spośród wszystkich innych dni ze względu na wysoką gażę artysty. W latach 90. oczywistą rzeczą było gościć gwiazdę światowego formatu, ale gatunek festiwalowy był czymś nowym w Europie. Dziś festiwale posiadają znaczne środki i rywalizują o gwiazdy. Jeszcze kilka lat temu Sziget z przystępnymi cenami biletów, a zarazem z ograniczonymi zasobami nie mógł skutecznie rywalizować w tym wyścigu. W ostatnich latach wzrosły jednak znacząco ceny karnetów i biletów. Za jednodniową wejściówkę w dniu koncertu należało w 2012 roku zapłacić 50 euro. Dziś to wydatek rzędu 75 euro. Przyjeżdżają więc gwiazdy i osoby z drugiego końca świata, by przy okazji podróży po Europie je podziwiać. Wybraźcie sobie, że Sziget gościł w tym roku uczestników z ponad 100 krajów świata.

W porównaniu z zeszłym rokiem zauważyłem też drastyczny wzrost cen. Począwszy od niezdrowego jedzenia (największe zagęszczenie fast foodów na kilometr kwadratowy jakie w życiu widziałem), poprzez ceny alkoholu (zakup piwa to np. wydatek rzędu 11,50 zł) na zwykłej wodzie mineralnej kończąc. Zmianę odczuje każda kieszeń. Z roku na rok wzrastała też ilość campingów. Jeszcze trzy lata temu tylko Francuzi, Hiszpanie czy Włosi mieli na wyspie dedykowane swoim narodom campingi. Gdy organizatorzy zorientowali się, jak szybko wyprzedają się pola namiotowe o tzw. podniesionym standardzie naprędce zdecydowali się utworzyć dodatkowy camping “Bridge” nomen omen nieopodal mostu prowadzącego na teren festiwalu. W pobliżu wyspy jak grzyby po deszczu wyrosły parkingi oferujące również dowóz busem niemal pod samą bramę wejściową (nawet w sytuacji, gdy usytuowane są dosłownie po drugiej stronie ulicy). Obsługą tego samochodowego przedsięwzięcia dla przybyłych szitizensów (szitizen – obywatel wyspy – od słowa Sziget i ang. citizen) zajmuje się szereg zewnętrznych firm. Zacząłem się zastanawiać, co się może jeszcze na wyspie zmieścić. Jaką płatną atrakcję mogą jeszcze dodać organizatorzy do szerokiego już wahlarza udogodnień.

W tym roku na własnej skórze przekonałem się też, że camping VIP za bagatela 175 euro nie jest tym, czym się wydaje. Liczyłem na enklawę, która mi pozwoli wypocząć i wyspać się przed kolejnym wymagającym dniem, a dostałem się na zaplecze najbardziej tanecznego namiotu Telekom Electronic Beats Arena, gdzie do białego rana walki toczyli tacy elektroniczni gladiatorzy jak Steve Aoki czy Paul Van Dyk. Mogłem liczyć jedynie na otwarty basen, w pobliżu którego w cieniu drzew można było uciąć regeneracyjną popołudniową drzemkę. Wysiłek z dnia na dzień rósł, a ilość snu malała. Tegoroczny wypad na Sziget okupiłem chorobą i przeszło tygodniową rekonwalescencją. Czyżby znowu szczęście?

Organizatorzy zadbali również o to, by do programu imprezy dołożyć kilka nowych atrakcji. Z okazji 25. rocznicy postawili m.in. na tzw. Sziget Boat. Za jedyne 29 euro można było się udać w kilkugodzinny popołudniowy rejs statkiem wycieczkowym po Dunaju (w pierwszym dniu festiwalu wolontariusze jeszcze nakłaniali czy wręcz naganiali do zakupu biletu). Podczas wycieczki mieli przygrywać Michael Mayer, Mano Le Tough czy Gus Gus (DJ-set). Wiedząc, że wspomniani artyści wystąpią po raz kolejny na Szigecie w godzinach późnowieczornych nie skusiłem się na tę nie należąca do najtańszych atrakcję.

Kosztem Sziget Boatu okulał nieco regularny system transportu wodnego na wyspę, doskonale funkcjonujący w poprzednich latach. Zmuszony byłem wracać na wyspę z dwoma przesiadkami wcześniej zaciągnąwszy kilkukrotnie języka u lokalnej społeczności nie do końca świadomej zmiany. Sziget to co prawda węgierski festiwal organizowany na Węgrzech i rzecz jasna przez Węgrów, lecz około 90% jego publiczności stanowią rok rocznie osoby przybyłe z zagranicy (nie każdego Węgra zwyczajnie na tę przyjemność stać).

Jeśli już ktoś może sobie na nią pozwolić i zajrzeć choćby na jeden dzień, to będzie tam czekać na niego około dwunastu scen, na której muzycy z ponad 50 krajów zagrają swoje koncerty (nie licząc cyrków, teatrów i pomniejszych scen z DJ-ami grającymi do kotleta). W przeciągu ostatnich lat urósł znacząco main stage, który w poprzednim roku otrzymał imię jednego ze zmarłych współorganizatorów – promotora odpowiedzialnego za pozyskiwanie artystów Dana Panaitescu. A38 Stage (scena pod namiotem) to już wielgachna przestrzeń, która i tak pęka w szwach, gdy artyści zwykle grający na głównych scenach pojawiają się tam, by zagrać koncert. Wystarczy przytoczyć zeszłoroczne zamknięcie bramek na Bloc Party, czy tłumy przybyłe w tym roku na Flume’a. Za występującymi muzykami widnieje teraz gigantyczny ekran kinowy, na którym wyświetlane są wysokiej jakości wizualizacje. Zyskują ci muzycy, którzy mają coś wspólnego ze sztukami audiowizualnymi (np. Tycho, Rone, HVOB). Urzekła mnie w pewnym sensie nowa scena Music Box, którą miałem ochotę zwyczajnie schować do kieszeni i zabrać razem z występującymi na niej wykonawcami ze sobą (zmieniła miejsce i przejęła niejako rolę zeszłorocznej Lightstage). Dobra zmiana. Wzruszyłem się, gdy zobaczyłem polską flagę na koncercie Gorana Bregovica na World Stage. Zerkałem w nadziei, czy aby gdzieś z backstage’u nie wyjdzie na scenę Kayah. Smutno trochę, że polskich akcentów w tym roku w Budapeszcie tyle, co na otarcie łez. Niby “Polak, Węgier dwa bratanki…”, a naszego honoru musiał na Szigecie bronić krakowski Teatr KTO z genialnym spektaklem “Peregrinus” o współczesnym everymanie zawieszonym pomiędzy domem a korporacją.

Niedługo po obejrzeniu przedstawienia zacząłem zastanawiać się, kim są te 452.000 osób (oficjalne dane organizatora), które odwiedziły wyspę, by przez siedem dni wydawać ciężko zarobione przez nich (lub rodziców) pieniądze, balować non-stop i stać się “24 Hour Party People”. Skąd bierze się całkowity przychód Szigetu, który w 2015 roku wyniósł 34,6 miliona dolarów, a przewidywano jego wzrost o 15-20 % w 2016 roku. Wobec rekordowej liczby 496.000 uczestników można się pokusić o stwierdzenie, że ów nastąpił. W konsekwencji tegorocznego spadku zainteresowania (w porównaniu z rokiem ubiegłym) organizatorzy wydali oświadczenie, w którym stwierdzili, że 25. edycja w historii festiwalu stała się punktem zwrotnym i zarazem końcem ery, w której stworzono unikalny, wielokulturowy charakteryzujący się niesamowitą atmosferą festiwal.

Dziś Sziget postrzegany jest jako lider wśród innych festiwali i dlatego zdaniem organizatorów musi się zmienić, by nie stać się jednym z wielu (ang. “one in a million”). Obawiam się jednak, że właśnie tu o miliony chodzi i Sziget może nieco stracić ze swojej unikalnej atmosfery i charakteru. Mam jednocześnie nadzieję, że pozostanie wizytówką europejskich festiwali muzycznych (tak jak np. amerykańskich jest kalifornijska Coachella) i będzie konkurencją jedynie sam dla siebie.

Szymon Matlak
fot. materiały prasowe organizatora




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.