08.07.2009 09:53

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Szczecin Rock Festival – dzień pierwszy

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów, festiwale

Wykonawcy: | | | | |


kaiser-chiefs.jpg Szczecin Rock Festival – dzień pierwszy

Debiut kolejnego dużego festiwalu za nami. Szczecin Rock Festival był wydarzeniem, które wywoływało bardzo ambiwalentne uczucia – od zachwytu nad aspektami muzycznymi aż po wielkie rozczarowanie dotyczące jego organizacji.

Zawsze z otwartymi ramionami przyjmuję pomysł tworzenia w naszym kraju kolejnej imprezy muzycznej. Sporo jest u nas festiwali z muzyką ciężką, na których wyszaleć się mogą fani heavy metalu i wszystkiego co jeszcze skuteczniej rozłupuje czaszkę słuchaczy dzięki uberszybkim partiom perkusji i gitarowych solówek. Jednak brakuje wydarzeń poświęconych stricte rockowi, zarówno temu bardzo melodyjnemu, alternatywnemu, jak i trochę cięższemu. To też ze sporymi nadziejami udałem się do północno-zachodniej Polski.

Wysiadam na stacji Szczecin Główny. Szukam jakichś wskazówek, czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc w dotarciu na Stadion Pogoni. Jedyne, co widzę, to grupki równie zdezorientowanych ludzi, także próbujących dowiedzieć się, jak dostać się na wspomniane miejsce. Na stronie internetowej festiwalu, w dziale dojazd, podany został jedynie adres obiektu. Żadnych informacji w jaki tramwaj lub autobus trzeba wsiąść, aby znaleźć się na terenie imprezy. Dodatkowo wspomnę, że kiedy próbowałem później od organizatorów dowiedzieć się czegoś na temat komunikacji miejskiej podstawionej po zakończeniu każdego dnia koncertowego, spotkałem się z kompletną niewiedzą. Cóż, szkoda, że komuś nie chciało się zajrzeć na stronę miasta, ponieważ tam wszystko było elegancko opisane. A więc na wstępie, duży minus za organizację – a jak się okaże, potem będzie jeszcze gorzej. Ale może przejdźmy do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli wrażeń słuchowych.

Każdy z dwóch dni imprezy otwierała wybrana w drodze konkursu szczecińska kapela. Pierwszy dzień rozpoczął Devil Inside, który okazał się typową do bólu ciężką sieczką z growlem i tym podobnymi gadżetami. Drugim Behemothem to chłopaki na pewno nie zostaną.

Po młodych przedstawicielach lokalnej sceny, przyszedł czas na Happysad. Och, już widzę te szydercze uśmiechy całej wylansowanej społeczności nie-żal alternatywy. A prawda jest taka, że zespół dobrze sobie poradził. Jak się potem dowiedziałem od wokalisty Kuby Kawalca, tuż przed występem musieli walczyć ze sporymi problemami technicznymi. Tym większy podziw, że wypadli naprawdę nieźle. Dużym atutem zespołu była obecność nowego członka ekipy, który wzbogacał wszystkie kawałki o partie trąbki. Nie zabrakło też takich przebojów jak “Łydka” i “Zanim pójdę”.

Proszę, niech ktoś mi wytłumaczy fenomen Comy… Fakt, dawali na scenie z siebie dużo i liczni fani wyglądali na bardzo zadowolonych, co nie zmienia faktu, że twórczość tej grupy wydaje mi się bardzo sztucznie wykreowana. Co prawda to produkt profesjonalnie brzmiący i dobrze opakowany, ale zawsze jednak produkt.

hey-szczecin.jpg Hey grali na własnym podwórku, a więc ze zgromadzeniem sporej publiczność nie mieli najmniejszego problemu. Tego dnia formacja była w dobrej formie, czego dowodem były zagrane z odpowiednim kopem “Cisza, ja i czas” i “[Sic!]“. Pięknie zabrzmiał “Angelene”, cover PJ Harvey znany z MTV Unplugged, a przy “Teksańskim” stadion Pogoni zmienił się w jeden wielki chór.

Kiedy za plecami festiwalowiczów zachodziło słońce, na scenie pojawili się Kaiser Chiefs, pierwsza zagraniczna gwiazda Szczecin Rock Festival. Zaczęli “otwieraczem” ich najnowszej płyty “Off With Their Heads”, czyli kawałkiem “Spanish Metal” i od razu było czuć, że zgotują świetne show. Znakomicie sprawdziły się nie tylko piosenki z poprzednich płyt, takie jak “Ruby” i “I Predict a Riot”, ale wbrew moim obawom, także utwory z trzeciego albumu. Mimo że publika nie dawała z siebie zbyt dużo (prawdę mówiąc, publiczności w Szczecinie była jedną z najgorszych, jaką miałem okazję widzieć…), Ricky Wilson skakał po scenie, wspinał się na rusztowania i robił wszystko, aby fani Kaiserów bardzo miło wspominali ten koncert.

fred_durst.jpg Popularność Limp Bizkit jest dla mnie zagadką – ani to metal, ani hip hop, a wokalista Fred “Czerwona Czapeczka” Durst jest dla mnie idealnym przykładem na to, jak nie powinien wyglądać wokalista grupy chcącej być uznawaną za rockową. Jedyne co było naprawdę dobre w tym występie, to bodypainting gitarzysty Wesa Borlanda i sposób, w jaki poruszał się po scenie. Jest muzyka ponadczasowa, jest muzyka, do której zawsze się będzie miało sentyment i jest muzyka, która starzeje się szybciej niż kawałek żółtego sera w Waszej lodówce. I dziwiło mnie, że niektórzy trzydziestolatkowie, które skakały do takich hiciorów jak “Rollin’ ” czy “Nookie”, nie zdawały sobie sprawy, że w tych bluzach i czapkach z daszkiem wyglądają komicznie. Nie każdy, jest Tonym Hawkiem i nie każdy dobrze wygląda z deskorolką w łapie mając ileś-dziesiąt lat na karku…

O północy nastąpił koniec pierwszego dnia festiwalu, po którym wiele osób udało się do domu. A szkoda, bo według mnie to właśnie drugi dzień był tym ciekawszym, ale o tym już w kolejnej części relacji, która ukaże się niebawem.

Krzysztof Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.