25.09.2010 07:25

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Szalone pląsy The Whitest Boy Alive w Poznaniu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


09222010131.jpg Szalone pląsy The Whitest Boy Alive w Poznaniu

Jak być najfajniejszym nerdem na tej planecie.

To musiało się stać. Po tym, jak polska publika ekstatycznie przyjęła Kings Of Convenience na tegorocznym Openerze, jasne się stało, że ponowna wizyta Erlenda Oye’a, tym razem z zespołem The Whitest Boy Alive, jest kwestią niedalekiej przyszłości. I tak oto w niedługim czasie po zakończeniu festiwalu na Babich Dołach kwartet ogłosił, że trafi do Polski na trzy koncerty.

Pierwszy koncert w naszym kraju odbył się w poznańskim Eskulapie, a więc wdzięczna rola supportu przypadła jednym z najbardziej obiecujących reprezentantów młodej regionalnej sceny, Hellow Dog. Dla mnie była to pierwsza okazja do przekonania się, o co tyle hałasu, i muszę przyznać, że uczucia po ich występie miałem ambiwalentne. Przez pierwsze pół godziny zespół grał nieźle bujającą mieszankę muzyki elektronicznej, inspirowanej choćby dokonaniami Róisín Murphy. Problem polegał na tym, że koncert trwał niecałą godzinę i pod koniec zacząłem mieć wrażenie, że poznaniacy zapętlili jedną piosenkę. Cóż, Kamp! robi to znacznie lepiej.

Pogłoski, jakoby w stolicy Wielkopolski frekwencja na “białasach” miała być słaba, okazały się mocno przesadzone – 2/3 sali było elegancko wypełnione. Członkowie The Whitest Boy Alive musieli jednak czuć się, jakby grali dla wypełnionego po brzegi stadionu, ponieważ entuzjazm publiczności okazał się nie do przecenienia. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to głównie dzięki niej występ był tak fantastyczny. Nie jest tajemnicą, że od dobrych kilku dni chłopaki chorowali – nasz rodak grający na basie, Marcin Öz, obwieścił podczas koncertu, że ma 39 stopni gorączki. Wyśmienita atmosfera widocznie podziałała na nich jak pierwszorzędne lekarstwo, bo muzycy na scenie bawili się w najlepsze.

Na poznańskim gigu nie zabrakło niczego: była set lista przeładowana takimi przebojami jak “Courage” czy “Gloden Cage” (w sumie ten zespół gra same przeboje), był taniec i bogata gestykulacja Erlenda, była nawet próba zrobienia przez chwilę z Eskulapu dżungli: Erlend naśladował odgłosy zwierząt, a publika ochoczo je powtarzała. Momentem, w którym damskiej części publiczności szybciej zabiły serca, było wkroczenie lidera w tłum razem z dwoma pustymi butelkami, które posłużyły Norwegowi za instrument perkusyjny. Właściwie każdy członek zespołu miał swoje pięć minut, dostając odpowiednio wielkie brawa.

Erlend, mieszkając obecnie w Niemczech, ma do Polski blisko, więc niebawem powinien znów się u nas pojawić po kolejną dawkę entuzjazmu.

Krzysztof Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.