15.08.2010 22:43

Autor: Maciej Pletnia

Świeże spojrzenie na Off Festival – relacja

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


off-music-festival-2010-916.jpeg Świeże spojrzenie na Off Festival – relacja

Tegoroczny OFF był moim pierwszym bliskim kontaktem z tym festiwalem. Pomimo tego, iż co roku znajdowałem w rozkładzie coś dla siebie, potrzebowałem impulsu w rodzaju Dinosaur Jr., żeby w końcu się zdecydować. Stąd też zanim przejdę do muzyki, kilka słów na temat wrażeń związanych z samą organizacją festiwalu.

Od razu po samym przyjeździe na teren OFF’a rzuciła mi się w oczy piękna sceneria. Festiwal znajduje się w naprawdę wyjątkowym otoczeniu. Wokół jest gęsty las, a na samym środku ogródka piwnego znajduje się staw z pałkami wodnymi. Nie wiem jak wyglądało miejsce w którym OFF odbywał się w Mysłowicach, ale Dolina Trzech Stawów to naprawdę udany wybór. Sceny umiejscowiono na tyle blisko siebie, że nikomu nie groziło bieganie pomiędzy koncertami, aby tylko zdążyć na ulubionego wykonawcę. Ogródek piwny jak to ogródek piwny. Ceny powiedziałbym, że w festiwalowej normie. Szkoda tylko, że tak mały wybór jedzenia (głównie standardowa kiełbasa z grilla), w dodatku różnej jakości. Zakaz wynoszenia piwa poza teren ogródka był oczywiście irytujący, ale żadna w tym wina organizatora festiwalu. Takie już mamy prawo. Wiecie komu podziękować.

Największym minusem OFF’a w 2010 roku było niestety nagłośnienie na dużej scenie. Zarówno na scenie leśnej, jak i w namiotach wszystko brzmiało w porządku. Niestety, na głównej zdarzały się ewidentne wpadki. Mam nadzieje, że problemy z dźwiękiem były związane z nowym miejscem w jakim odbywał się festiwal, i w już od przyszłorocznej edycji wszystko będzie idealnie.

Musze też przyznać, że dawno nie widziałem tak niemrawej publiczności. Oczywiście nie mówię o pierwszych rzędach, te jak zawszę się świetnie bawiły. Większość jednak stała dosyć obojętnie z miną belfra oceniając występujące zespoły, niezależnie jak bardzo muzycy na scenie się starali, aby wykrzesać z nich jakąś reakcje. Może tak już urok offowej publiczności.

Podsumowując, organizacyjnie OFF zdecydowanie nie ma się czego wstydzić, a pewne niedogodności to tak naprawdę drobnostki, które pewnie uda się szybko wyeliminować. Nie oceniam pola namiotowego, bo po prostu z niego nie korzystałem. Każdego dnia docierałem na teren festiwalu z Krakowa.

Tyle wstępu. Najwyższa pora skupić się na tym co najważniejsze -  na muzyce. Kolejność chronologiczna.

Voo Voo gra “Snopowiązałkę

To był mój pierwszy koncert festiwalu. Podoba mi się pomysł z graniem całych klasycznych płyt. W wypadku Voo Voo widać było, że jest to dla zespołu nowe doświadczenie. Snopowiązałka wypadłaby bardzo dobrze, gdyby nie nagłośnienie, które niemalże położyło koncert. Najbardziej ucierpiał na tym Mateusz Pospieszalski. Mimo wszystko wypadło to dosyć pozytywnie, a na pewno ciekawiej niż standardowa wiązanka hitów.

The Horrors

Hype im zdecydowanie nie pomógł. Zabrzmieli lepiej, ale co z tego, jak to popłuczyny po My Bloody Valentine, tyle, że z wokalistą imitującym Petera Murphy. Może się nad nimi zachwycać i Demon Albarn i Trent Reznor i cała redakcja New Musical Express, nie zmieni to faktu, że koncert był słaby. Byłoby pewnie lepiej gdyby mogli zaprezentować się późniejszej porze, w dodatku w namiocie. Na dużej scenie, jeszcze w słońcu, efekt był mocno komiczny.

Fennesz

Scena eksperymentalna nie była w stanie pomieścić wszystkich pragnących zobaczyć występ Fennesz’a. Dużo improwizacji, dużo gitar (co oczywiste), ale oprócz transowych powtarzanych w nieskończoność motywów, nie zabrakło też sporo melodii melancholii. Na scenie tylko muzyk i laptop. Wypadło to całkiem nieźle, ale czegoś jednak brakowało. Paradoksalnie, było może po prostu za cicho. Każdy kto widział w 2009 roku w ramach festiwalu UNSOUND Sunn O))) wie, że czasamimaximum volume yields maximum results. Tego zabrakło, wgniatającego w ziemie brzmienia.

Lenny Valentino

Już po publiczności, która zgromadzili widać było, że wiele osób przyjechało właśnie na ten koncert. Występ bez wątpienia historyczny, ale raczej nie porywający. Oglądało (świetne światła) i słuchało się przyjemnie, ale to  w zasadzie wszystko. Jestem jednak pewien, że wiele osób było zachwyconych, ja nie.

The Fall

Nie będę ukrywał, miałem duże obawy przed występem The Fall. Byłem niemalże pewny, że będę świadkiem po prostu poprawnie odegranego koncertu, raczej odczarowującego niż utwierdzającego legendę zespołu. Nie mogłem się bardziej pomylić! Nie oszukujmy się jednak, to nie był dobry koncert w klasycznym rozumieniu tego słowa. Było to jednak najbardziej niezapomniane przeżycie całego festiwalu. Początek nie zwiastował tej pięknej katastrofy. Rozpoczął się od powtarzanego prze dobre kilka minut sampla, po czym muzycy po kolei zaczynali grać, poczynając od perkusisty, a na liderze oczywiście kończąc. Smith mocno i zdecydowanie zaczął od tytułowego utworu z ostatniej płyty The Fall (która zresztą zdominowała repertuar). Szybko jednak dało znać o sobie zmęczenie. Smith chyba za bardzo posmakował przed koncertem w polskiej wódce. Jego i tak niezbyt czytelny wokal przemienił się w bełkot. W dodatku zaczął snuć się po scenie, a to podkręcając bas, a to znowu przeszkadzając w grze swojej żonie (która wykazała się refleksem, kiedy już się zanosiło, że Smith spadnie ze sceny). Reszta zespołu starała się utrzymać występ w całości, widać było, że już wiele ze swoim liderem przeszli. Ni stąd ni zowąd Smith kazał muzyką zejść ze sceny i zakończył koncert. Hipnotyzujący występ. Jeden z najgorszych, a jednocześnie najlepszych koncertów jakie widziałem. Legenda wyszła absolutnie bez szwanku.

Pink Freud

Dzień drugi zacząłem muzycznie dopiero od występu Pink Freud. Ich mieszanka jazzu i rock zdecydowanie mogła się podobać. Szczelnie wypełnili ofensywny namiot, a entuzjazm ze sceny szybko udzielił się publiczności. Wykonawczo oczywiście pełny profesjonalizm, to w końcu zawodowcy. Mimo wszystko jestem przekonany, że w bardziej intymnej atmosferze wypadają jeszcze lepiej. Po jakiś – koncertu udałem się na dużą scenę, gdzie właśnie produkowały się:

Muchy

… i bardzo szybko pożałowałem tej decyzji. Żeby być sprawiedliwym, warunki na pewno im nie sprzyjały. Dzień, duża scena, znowu coś nie tak z nagłośnieniem, a sam zespół i jego sprzęt mieli problemy z dotarciem do Katowic. Nie zmienia to faktu, że koncert wypadł po prostu słabo. Może w klubie jest dużo lepiej, ale raczej szybko się nie zmuszę, aby to sprawdzić.

Apteka gra Mendę

Znowu płyta grana w całości. Tym razem legendarna Menda niemniej legendarnej Apteki. Był to już mój czwarty koncert grupy Jędrzeja Kodymowskiego, chyba w trzecim składzie z kolei. Dwa klubowe koncerty, które widziałem były niestety dosyć słabe. Za to występ na Open’erze w 2008 roku był świetny. Okazuje się, że festiwalowe okoliczności ewidentnie dodają Kodymowi skrzydeł. Apteka zagrała bardzo udany koncert, który porwał starych fanów i chyba zjednał im kilku nowych.

Archie Bronson Outfit

Poszedłem na ten koncert bardziej dla zabicia czasu, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Muzyka Archie Bronson Outfit była mi zupełnie nieznana. Ku nie tylko mojemu zaskoczeniu cały zespół wyszedł ubrany w coś co przypomniało bliskowschodnie szaty. Zaczęli bardzo konkretnie, mocnymi, psychodelicznymi utworami, w których pobrzmiewała orientalna nutka. Jednak szybko okazało się, że grupa ma w swoim repertuarze także dosyć banalne i niespecjalnie chwytliwe brit-popowe numery. Ogólnie wypadli tak sobie, może z lekkim wskazaniem na plus.

These Are Powers

These Are Powers nie wzięli jeńców. Mocne bity, głośny bas, a nad wszystkim górowała ze swoim głosem wyzywająco ubrana Anna Barie. Niezwykle energetyczny koncert, zdecydowanie punkowy w swojej naturze. Jeśli ktoś nie widział, jeśli tylko nadarzy się okazja to zdecydowanie polecam się wybrać.

Hey

Na ten koncert w ogóle nie miałem zamiaru iść. Widziałem Heya już kilkukrotnie i za każdy razem coraz bardziej się nudziłem. Zupełnie jednak nie miałem ochoty na A Hawk and the Hacksaw, wybrałem się więc w końcu pod dużą scenę. Nikt nie raczył nas wcześniej poinformować, ze Hey będzie w całości grał ostatnią płytę. O ile album mnie nie do końca przekonuje, to na żywo wszystkie utwory wiele zyskały. Zamiast porwać tłum do zabawy i śpiewania, Hey zdecydował się zahipnotyzować publiczność, zarówno muzyką jak i doskonałymi światłami. Na koniec, już po odegraniu Uwaga, Ratunku, Pomocy, zespół zdecydował się zagrać kilka starszych utworów. Najgłębiej sięgnęli do płyty “Heledore” prezentują prze-aranżowaną wersję Heledore Babe. Na sam koniec zostawili “Angelene” z repertuaru PJ Harvey. Niespodziewanie udany i ciekawy koncert.

Dinosaur Jr.

Mew widziałem i słyszałem jedynie we fragmentach z ogródka piwnego, więc się nie wypowiadam. Widać jednak było, że licznie zgromadzonym pod sceną fanom się podobało. Ruszyłem się dopiero na występ Dinosaur Jr. Nie będę ukrywał, to tak naprawdę dla nich przyjechałem na OFF’a. Zespół miał pecha, bo linie lotnicze zgubiły większość ich sprzętu. Dzięki uprzejmości innych zespołów grających na festiwalu, udało się bardzo szybko skompletować gitary i efekty i występ mógł się odbyć. Czy wpłynęło to na koncert Dino? Nie widziałem ich wcześniej, więc ciężko powiedzieć. Zespół wyglądał początkowo na poirytowany, a Mascis po każdym utworze stroił swoją gitarę, co było odrobinę irytujące.

Zaczęli więc dosyć zachowawczo, ale po kilku utworach się rozkręcili. Nie zabrakło najbardziej wyczekiwanych klasyków ze złotego okresu grupy. Zagrali między innymi In a Jar, Freak Scene, Little Fury Things, Raisins, Budge,  a także cover The Cure Just Like Heaven. Było bardzo głośno, dokładnie tak jak powinno być. Zabrakło może jedynie jakiejś dramaturgii w tym wszystkim. To był po prostu świetny koncert świetnego zespołu. Niby wystarczy, ale chciałoby się czegoś więcej. Jedno na pewno stało się dla mnie po tym występie jasne. Nie ma Dinosaur Jr. bez Lou Barlowa. O ile Mascis jest bardzo zachowawczy na scenie, skoncentrowany na swoim instrumencie, to Barlow sprawia wrażenie jakby znowu przeżywał każdy z tych utworów. Jego przepełniona emocjami gra stanowi nieodłączny element zespołu. Został mi po tym koncercie pewien niedosyt, ale może to i dobrze. Na pewno będę chciał zobaczyć Dino za żywo jeszcze raz.

Casiokids

Niedziele zacząłem dosyć późno. Wchodząc na teren festiwalu słyszałem w tle Lao Che.

Szybka wizyta w ogródku piwnym i pod scenę Leśną gdzie właśnie rozkładali się Casiokids. Swoją bezpretensjonalną, taneczną muzyką udało mi się porwać do wspólnej zabawy niemalże wszystkich zgromadzonych. Zespół cały czas był uśmiechnięty, ewidentnie zaskoczony tak pozytywnym przyjęciem. Publiczność była głodna takiej zabawy. Muzycy co chwila zamieniali się instrumentami. W pewnym momencie za pomocą starych klawiszy Casio, udało się nagrać wiwatującą publiczność użyć jej jako sampla w kolejnym utworze. Bardzo sympatyczny i pozytywny występ. Brakowało mi czegoś równie tanecznego do tej pory.

Dum Dum Girls

Dum Dum Girls na pewno nie brakuje stylu. Czarne, koronkowe sukienki, ciemne włosy i krwista czerwień na ustach robiły wrażenie. Muzycznie też nic nie brakowało, chociaż brzmienie odbiegało od tego znanego z płyt. Perkusistka zamiast popijać wodę raczyła się prosto z butelki Jackiem Danielsem. Nie przełożyło się to niestety na szczególne koncertowe szaleństwo. Było miło, ale nie szczególnie porywająco. Stać je chyba na więcej.

No Age

Byłem przekonany, że No Age nie dadzą rady. Zespól miał wystąpić na scenie Leśnej,  co wydawało mi się dziwnym rozwiązaniem. Sądziłem, że muzyka tego duetu zdecydowanie bardziej pasuje do namiotu. W końcu pomimo licznych punkowo-noisowych elementów, zawiera dużo smaczków i subtelności. Pierwszy sygnał, że może być bardzo dobrze pojawił się jeszcze przed samym koncercie. W ramach próby No Age zagrali Nervous Breakdown Black Flag. Wystąpili jako trio, z dodatkowym muzykiem przy samplerze. A jak zagrali? Bez dwóch zdań był to najmocniejszy koncert całego festiwalu. Od pierwszego utworu do samego końca punkowa jazda, z noise-rockowymi wstawkami. Było bardzo głośno, a zespół dawał z siebie naprawdę wszystko. Pod sceną szaleństwo -pogo i nieustający crowd surfing. No Age byli zaskoczeni przyjęciem. Pewnie spodziewali się, że publiczność będzie raczej przyglądała się co to za zespół, a nie reagowała na każdy numer niczym na radiowy hit. Po samym koncercie, całkiem konkretna kolejka ustawiła się po koszulki z nazwą zespołu. To chyba najlepszy dowód jak został przez festiwalową publiczność odebrany ich koncert.

The Raveonettes

Na zakończenie OFF’a (musiałem odpuścić objazdowy cyrk pod nazwą The Flaming Lips) wybrałem występ The Raveonettes. W zasadzie moje zainteresowanie tym zespołem ograniczyło się do debiutanckiej epki. W czasach masowego wysypu the zespołów, było to coś ciekawego. Nikt inny w tak bezczelny sposób nie zrzynał z Jesus and The Mary Chain. Okazuje się, że na  żywo fascynacja zespołem braci Reed jest jeszcze bardziej ewidentna. Nie chodzi tylko o jazgotliwe, przesterowane gitary i specyficzny wokal. Perkusista zamiast grać na normalny zestawie, wybijał rytm na stojąco uderzając jedynie w dwa bębny. Zupełnie niczym Boby Gilespy na samym początku Jesus and The Mary Chain. Nie czepiam się jednak. Skoro nie można cieszyć się oryginałem, musi wystarczyć kopia. W takie roli The Raveonettes sprawdzili się znakomicie. Było hałaśliwie, melodyjnie, czasem bardziej lirycznie. Całemu występowi towarzyszyły klimatyczne światła. Pomimo wtórności, był to bardzo udany występ. Chociaż odnoszę wrażenie, że akurat w wypadku tego zespołu duża festiwalowa scena było dodatkowym atutem. Bez świateł i potężnego nagłośnienia, prawdopodobnie nie wypadłoby to już tak dobrze.

Podsumowanie

Tak, to był mój pierwszy OFF, ale na pewno nie ostatni. Zobaczyłem kilka świetnych koncertów, kilka niezapomnianych. W dodatku cały festiwal był bardzo przyzwoicie zorganizowany. Za taką cenę, przy takim line-upie, OFF w zasadzie nie ma konkurencji nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Zdecydowanie było warto!

Maciej Pletnia

foto: Ry Lickliter (www.forwardfluidmotion.com)

Relacja Krzysztofa Żyły

Relacja Marcina Bieńka

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.