27.03.2010 09:18

Autor: marcin

Święto alternatywy w Alchemii – relacja z Off Festival Club w Krakowie

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


                               Święto alternatywy w Alchemii – relacja z Off Festival Club w Krakowie

Kolejna, czwarta już edycja klubowej wersji Off Festivalu, po wizytach w Katowicach, Wrocławiu i Warszawie, w końcu dotarła do Krakowa. Po raz pierwszy w pełnym międzynarodowym składzie. Po raz pierwszy z wyprzedanymi biletami.

Jak widać idea Off Festival Club przyjęła się na dobre. Dotychczasowe edycje, poza interesującymi headlinerami (kolejno Deerhoof, The Butthole Surfers, Monotonix), skupiały głównie polskich wykonawców. Taki wybór pozostawiał pewien niedosyt – jak wiadomo główną zaletą Off Festivalu, jest to, że organizatorzy nie boją się sprowadzać do kraju zagranicznych artystów, którzy w normalnych warunkach koncertowych nie mają zbyt wielu okazji u nas wystąpić. Jak widać tym razem udało się wybrnąć z tej sytuacji. Wraz z początkiem wiosny, prosto zza oceanu, w krakowskiej Alchemii wystąpili No Kids, The Chain And The Gang oraz Mount Eerie.

Bez wątpienia głównym magnesem, który przyciągnął do Alchemii komplet widzów, był Phil Elverum, który jako Mount Eerie, w pełnym zespołowym składzie, rozpoczął tym koncertem trasę promującą swój ubiegłoroczny krążek “Wind’s Poem”. To nie pierwsza wizyta Elveruma w Krakowie. W połowie 2008 roku, muzyk zjawił się w Polsce na kilkudniowej solowej trasie koncertowej, w ramach której odwiedził kilka miast – w tym Kraków. Phil wystąpił wtedy dla 30(?) osób, w oddalonej o 200 metrów od Alchemii Kawiarni Naukowej, dając unikalny kameralny koncert. Pamiętam, jak zaskoczony przyjęciem obiecał, że wróci do Polski z całym zespołem. Jak widać udało się. Jednak tym razem koncert Elveruma miał wyglądać zupełnie inaczej. Po wejściu do klubu, w oczy rzucały się dwa zestawy perkusyjne, klawisze i wzmacniacze – widać było, że zespołowy skład Mount Eerie, zamierza w pełni wykorzystać energię zawartą na płycie “Wind’s Poem”.

                               Jako pierwsi na scenie pojawili się Kanadyjczycy z No Kids. Dwoje członków zespołu dodatkowo udzielają się w Mount Eerie, co może tłumaczyć fakt, że grupy razem ruszyły na europejską trasę. Wokalista swoim wyglądem przypominał nastoletniego Morrissey’a, ale na szczęście obyło się bez kalki muzycznej - grupa uzbrojona w trzy zestawy klawiszowe,  zaserwowała sporą dawkę marzycielskiego popu, przepełnionego typową dla kanadyjskiej muzyki wrażliwością.  Blisko godzinny set muzycy wypełnili utworami ze swojego debiutu “Come Into My House” (2008) oraz nadchodzącej EP “Judy At The Grove” (premiera 25 maja). Grupa zdecydowanie ciekawiej wypadła w utworach w których kombinowała z rytmem i melodią, utwory spokojniejsze traciły na wyrazistości, przez co po pewnym czasie nużyły.

                               Środkowy występ, był najbardziej różny od tego, co działo się tego wieczoru w Alchemii. Ian Svenonius, legenda waszyngtońskiej sceny, autor przeboju “I Am Pentagon”, mający na koncie przeszło 15 albumów wydanych w różnych konfiguracjach, zjawił się ze swoim nowym zespołem Chain And The Gang. Po wyciszonym koncercie No Kids, wypadł na scenie jak rasowy rock’n'rollowy frontman, który do końca występu korzystał z braku barierek i co chwilę wchodził w interakcję z publiką. Ian, uzbrojony w stylowy biały garnitur, krawat i beżową koszulę, ogarniał publikę, która do połowy koncertu nie mogła się przebudzić z letargu, jak tylko mógł. Rzucał żartami, zagadywał, zachęcał do singalongów – w zasadzie każdy utwór był nastawiony na współpracę z publiką. Pomogła mu w tym nieokiełznana kobieca sekcja rytmiczna oraz gitarzysta o facjacie i energii młodego Joe Strummera. Całość wypadła garażowo, hałaśliwie, coś jak The Jam grający kawałki Doorsów. Miejscami czuć było, że pozorny spontan działań Iana, był od początku do końca aktorską zgrywą. Jego teksty uderzające w politykę USA, dolara i całe systemowe zło tego świata, przeszyte były prześmiewczą ironią, dzięki czemu wypadł w tym wszystkim wiarygodnie. Przynajmniej takie pozostawiał wrażenie.  Zespół zagrał cały materiał ze swojej debiutanckiej płyty, zaczynając od mocnego “Reparations” kończąc rozbudowanym “Deathbed Confession”. Do pełni szczęścia zabrakło tylko bisów i kilku dzikich skoków ze sceny.

Bez zbędnego przedłużania oraz podniosłych zapowiedzi, muzycy Mount Eerie pojawili się na scenie zaraz po Chain And The Gang. Jak już wspomniałem, dwie bogato rozbudowane perkusje uzupełniały dwa zestawy klawiszowe, za którymi stanęli muzycy No Kids. No i oczywiście Phil Elverum, który w zupełnie naturalny sposób chodził tam i z powrotem po scenie, dokręcał co chwilę coś we wzmacniaczu, by w końcu właściwie rozpocząć koncert. Otwarli potężnym “Wind’s Dark Poem”, który pokazał jaką moc potrafi wydobyć zespół z nowych utworów. Jednocześnie nie dało się nie odczuć, że najlepszym miejscem dla tej muzyki byłaby chociażby stara offowa scena leśna, z równie mocnym nagłośnieniem i przestrzenią, w której muzyka Mt. Eerie mogłaby nabrać właściwego rozmiaru. Mała sala Alchemii trochę ją przytłumiła (momentami zupełny brak wokalu), ale nie zmieniło to faktu, że całość, a zwłaszcza spokojniejsze, transowe utwory, wypadły naprawdę przyzwoicie – za sprawą zespołu oczywiście – nie sprzętu. Grupa, pomimo szerokiego dorobku Elveruma, wykonała materiał znany z krążka “Wind’s Poem”. Phil wyglądał na zaskoczonego, kiedy z publiczności padały kolejne pytania o utwory z jego wcześniejszych płyt. Pominę pewnego natrętnego gościa, który wdawał się w niepotrzebne dyskusje z Elverumem, które ten starał się zbywać w jak najdelikatniejszy sposób. Ostatecznie set nie zabrzmiał tak nastrojowo jak dwa lata temu w KN, ale trzeba wziąć pod uwagę, że tego wieczoru otrzymaliśmy zupełnie inny zespół. Gdy dziś myślę o tym koncercie słuchając “Wind’s Poem”, to czuję te same dreszcze, które towarzyszyły wczorajszym wykonaniom ”The Mouth Of Sky”, “Lost Wisdom Pt. 2″ czy genialnego twinpeaksowego “Between Two Mysteries”. Cudo. Ostatecznie na zakończenie Phil dał się wyciągnąć na dwa solowe numery, po czym definitywnie zniknął za sceną.

Z trzech edycji Off Festiwal Club, na których miałem okazję być, ta wypadła najlepiej. Istnieją zespoły, które najlepiej wychodzą na żywo w małych zadymionych salach, gdzie kontakt z publicznością nie zostaje przekreślony barierkami. Dwie pierwsze grupy z pewnością wpisały się w tę kategorię. Co do Mount  Eerie, to, jak się okazało, ich propozycja muzyczna, by nabrać pełnych kształtów, potrzebuje zdecydowanie większych przestrzeni. Mimo tego, udało im się zamienić niewielką salę na krakowskim  Kazimierzu, w las pełen mrocznych poetyckich wichrów i ukrytych kamieni. Oby kolejne edycje były równie nieprzewidywalne i zaskakujące. Do zobaczenia w Katowicach!

Marcin Bieniek

                               [nggallery id="180"]

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.