13.02.2009 18:34

Autor: Gosia

“Sugar doughnut and muffin baby this world is going crazy”, czyli Islands i Parts & Labor w gandawskim Balzaal Vooruit

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


islands-33.jpg “Sugar doughnut and muffin baby this world is going crazy”, czyli Islands i Parts & Labor w gandawskim Balzaal Vooruit

Nie jestem wymagająca, jeśli chodzi o koncerty. W zasadzie podoba mi się wszystko co grane jest na żywo, pod warunkiem że grane jest przynajmniej w stopniu poprawnym. Gorzej już jest, jeśli chodzi o zachwycanie mnie i przyprawianie o dreszcze. Bardzo rzadko zdarza mi się stawiać maksymalne oceny. Do tej pory 10 otrzymały ode mnie 3 zespoły z Ameryki Północnej, 2 zespoły z Anglii i 1 artystka z Irlandii. Po środowym wieczorze szala zdecydowanie przechyliła się na stronę za oceanem. Czyżby muzycy ze Stanów Zjednoczonych oraz Kanady byli najlepszymi koncertowymi artystami dzisiejszych czasów? Coraz częściej przekonuję się, że tak może być. A na pewno wyśmienicie na scenie radzą sobie Parts & Labor oraz Islands.

Nie będę ukrywać, że odkąd dowiedziałam się, że będzie mi dane spędzić pół roku w tak cudownym miejscu jak Gent, to z wypiekami na twarzy śledziłam wszystkie koncertowe ogłoszenia z tego miasta. W okolicach listopada pojawiła się informacja o koncercie uzdolnionego młodego zespołu z Kanady. I od tej pory zaczęło się odliczanie dni do 4 lutego 2009. Apetyt na koncert stał się jeszcze większy w momencie ogłoszenia supportu tj. Parts & Labor.

pl-2.jpg Parts & Labor.
Mieli zacząć o 20. Plan uległ zmianie, gdyż ich podróż do Belgii trwała trochę dłużej niż zakładali. Gdy zaczęli grać ich spóźnienie nie miało już znaczenia. Muzyka kwartetu z Nowego Jorku przesycona jest energią, dość hałaśliwą, ale jak najbardziej pozytywną. Tak jest na płycie. Na koncercie jest o niebo lepiej. Siła, z jaką ich muzyka uderza w widza potrafi zwalić z nóg, a fakt, iż czuje się każdą wibrację powoduje, że słuchanie ich jest doznaniem wręcz namacalnym. Zespół zaprezentował w dużej mierze materiał ze swojego nowego wydawnictwa “Receivers”, przeplatając go również utworami z płyt wcześniejszych. Jednak to te pierwsze podobały mi się bardziej. Forma koncertowa zespołu jest u szczytu. I mówię to z pełną odpowiedzialnością, bowiem parę dni po tym koncercie miałam okazję zobaczyć ich na żywo jeszcze raz, tym razem w Brukseli i tym razem jako gwiazdę wieczoru i zagrali jeszcze lepiej. Trochę niedoceniani przeze mnie przed koncertem, teraz staną się jednymi z priorytetów na mojej koncertowej liście. Panowie Dan, BJ, Joe oraz drobna Panna Sara (że tak to kolokwialnie ujmę) skopali tyłki swojej europejskiej konkurencji.

Islands.
Nie potrafię spojrzeć na ten koncert obiektywnie. Islands jest dla mnie zespołem bardzo ważnym i bardzo przeze mnie lubianym, zatem ten koncert po prostu musiał być dobry. Ale nie był. Był genialny. Ja wiem, że to mocne słowo, ale w tym momencie tylko takie przychodzi mi na myśl. Można by to uznać za przesadę biorąc pod uwagę fakt, że trwał niewiele ponad godzinę i zagrany został w niepełnym składzie. Zabrakło bowiem jednego ze skrzypków (Alexa), a Patrice’a na basie zastąpił Dustin Hawthorne (notabene, były muzyk grupy Hot Hot Heat).

islands-4-maae.jpg Zaczęli dość przewidywalnie, bo od “The Arm”, które wbrew moim obawom zabrzmiało naprawdę rewelacyjnie. Jako drugie pojawiło się “Creeper”. I tu, w przeciwieństwie do pierwszego było dokładnie tak jak sobie wyobrażałam tj. energicznie i przebojowo od pierwszej do ostatniej sekundy. Z dodatkiem wspaniale brzmiących smyczków, które (nie tylko w tej piosence, ale podczas wszystkich utworów tego koncertu) były o wiele bardziej słyszalne niż na płycie, utwór ten zamienił się wręcz w majstersztyk. Następnie chwilowe zwolnienie w postaci “Kids Don’t Know Shit”, po którym Nick odstawił gitarę. “O nie, nie, nie” pomyślałam sobie. “To nie może być prawdą!”. Jest chyba tylko jedna piosenka, w której Nick nie gra na gitarze, jest tylko jedna piosenka, którą tak bardzo chciałam usłyszeć i jest tylko jedna piosenka, której zupełnie się nie spodziewałam tego wieczoru. “Where There’s A Will, There’s A Whalebone”. 4 minuty czystego geniuszu, niestety na potrzeby koncertu lekko skrócone ze względu na brak rapera, do którego należy większość tekstu w tym utworze. Poczułam ciarki na plecach, a nawet miałam wrażenie, że miękną mi kolana. W ciągu sekundy po prostu zostałam wbita w ziemię i od tego momentu przez cały koncert stałam z wielkim uśmiechem na twarzy. W sumie, gdyby na tym utworze zakończyli koncert, mnie i tak już by się podobało. Ale jak na porządny zespół przystało grali dalej. 3 piosenkowy set z “Arms Way” tj.: “Pieces Of You”, “J’aime Vous Voir Quitter” oraz “Abominable Snow”. Po czym Nick zapowiedział specjalnie z dedykacją dla wszystkich zgromadzonych na sali “Don’t Call We Whitney, Bobby”. Jako że człowiek na starość robi się sentymentalny, a mnie najwyraźniej już ta starość dopadła, to właśnie przy tym utworze zakręciła mi się łezka w oku. Bowiem to właśnie był pierwszy usłyszany przeze mnie utwór Islands, utwór, dzięki któremu ten zespół zaistniał w mojej muzycznej świadomości. Nie mogłam się powstrzymać od nie wyśpiewania razem z panem Thorburnem “Sweet Heart – Sick Body Part” i to właśnie te słowa śpiewałam w głowie opuszczając salę tego wieczoru, mimo że nie była to ostatnia piosenka, którą grupa zagrała.

islands-35.jpg Później pojawiło się jeszcze “Swans (Life After Death)” (które stworzyło z pierwszym utworem klamrę  – zaczęli od pierwszego utworu z nowej, a zakończyli pierwszym ze starej płyty) oraz wyklaskane i nawet lekko wykrzyczane przez publiczność na bis “Rough Gem” – chyba najbardziej znany utwór zespołu, zagrany z taką energią, że nie dało się po prostu stać w miejscu i nie śpiewać razem z Nickiem. Nie dało? A jednak! Belgijska publika należy do bardzo specyficznych. Nie dość, że pierwszy rząd ludzi stał dopiero metr od sceny (dając tym samym miejsce do popisu roztańczonym, nielicznym jednostkom), to niewiele z osób będących na koncercie (a było nas może z 200 osób) miało ochotę się ruszyć czy też wokalnie powtórować wokaliście. Nick niejednokrotnie próbował namówić publikę do jakiejkolwiek interakcji, ale było to na nic. Niestety, tutaj ludzie przychodzą na koncert posłuchać muzyki, a nie pobawić się przy niej. “Niestety” dlatego, bo odniosłam wrażenie, że zespół chciał zagrać dłużej, ale nie miał dla kogo. A mieli co jeszcze grać. Marzyłam, żeby tego wieczoru usłyszeć jeszcze magiczny tekst “In the back of my mind I want to do bad things, I want to be unkind”, czyli “I Feel Evil Creeping In”. Ale okazję, żeby usłyszeć ten utwór mogę mieć już w niedalekiej przyszłości. Zespół bowiem obiecał mi, że do Polski przyjedzie, a ja im wierzę, bo jak nie wierzyć komuś, kto z taką pasją i szczerością wlewa w człowieka optymizm i wiarę w to, że świat potrafi być piękny i robić niespodzianki. Do tego z przyjemnością przez większość koncertu obserwowałam poczynania gitarzysty Patricka Gregoire, które całe swoje serce wkłada w grę na gitarze, wywijając nią we wszystkie strony i robiąc wręcz rewelacyjne miny.

Zdecydowanie koncert warty 10, którą mu przyznałam i jak już pisałam, pokazujący, że Amerykanie i Kanadyjczycy na scenie królują i mam nadzieję, królować jeszcze długo będą. A na koniec dodam (i zabrzmię przy tym pewnie jak 15-letnia fanka, ale napisać to muszę), że zobaczenie pana Thorburna uśmiechającego się było niesamowitym przeżyciem.

Gosia Lewandowska

Zdjęcia z koncertu w Gent:

Islands

Parts & Labor

 

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.