06.07.2010 15:30

Autor: Gosia

Subiektywna relacja z Open’er Festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów, festiwale

Wykonawcy:


51109831MC21_hives.jpg Subiektywna relacja z Open’er Festiwalu

Miałam pisać o tym jak pięknie zagrali Pavement, o tym, że Hot Chip nie zawiedli jak się obawiałam, o tym, że to nie możliwe, że Grace Jones ma 61 lat i że kolorowe show Empire of the Sun robiło wrażenie. Miałam, ale nie będę, bo to, co zdarzyło się 4 dnia Open’er festiwalu na scenie głównej rozwaliło mnie na łopatki i sprawiło, że cały festiwal stał się dla mnie tylko jednym koncertem. I żeby było jasne, ja nie mam wcale na myśli koncertu The Dead Weather (dobrego notabene), a zespołu, który wystąpił 2 godziny wcześniej w blasku zachodzącego słońca.

Krytycy muzyczni, jak i sami fani już jakiś czas temu przewidywali ich koniec, tymczasem The Hives wywinęli nam niezły numer i wrócili w wielkim stylu (i wydaje się, że nie tylko koncertowym, ale nie zapeszajmy i poczekajmy do września). Czekaliśmy długo na to, żeby panowie ze Szwecji wskoczyli na swoje białe rumaki i przygnali do kraju nad Wisłą. Ale doczekaliśmy się i myślę, że wiele osób, które szalały pod sceną ze mną na długo zapamiętają to widowisko. Nie na darmo Pelle Almqvist nazywany jest jednym z lepszych frontmanów wszech czasów. Wszystkie (ponoć) najlepsze koncertowe zespoły świata pokroju Kasabian i Muse mogą brać u The Hives lekcje. Howlin’ Pelle nie tylko świetnie brzmi, ale też wygląda i rusza się na scenie. Żonglerka mikrofonem, zawadiackie podskoki, liczne wycieczki do publiki, napastowanie reflektora, ruszanie bioderkami i liczne całusy zwieńczone rewelacyjną ‘konferansjerką’ – tak właśnie wyglądają ich koncerty. Pelle wręcz dyrygował publiką. Klaskaliśmy, skakaliśmy, krzyczeliśmy i siadaliśmy na jego znak. “I told you to clap your hands but did I tell you to stop?” - pytał zadziornie wokalista Hivesów, a my w mgnieniu oka wracaliśmy do wybijania rytmy rękoma. On taką władzę posiada. Wydaje mi się, że ten człowiek urodził się na scenie z mikrofonem w ręku. Czymkolwiek innym by się nie zajął – byłaby to wielka strata dla koncertowej historii świata. Ale The Hives to nie tylko Pelle. To też rewelacyjny perkusista Chris Dangerous, który pomiędzy utworami nonszalancko pali papierosa po to, by za moment energicznie wystukiwać rytm. Powiadają, że ma bioniczne ramiona, coś w tym musi być. Wielka szkoda, że na koncercie zabrakło Nikolasa Arsona (który zatruł się i zespół musiał wesprzeć się zastępstwem), bo jest on na scenie równie dynamiczny co jego brat Pelle.

Opowiadam, opowiadam, a zapominam o najważniejszym. Tuż obok rewelacyjnego scenicznego image’u i ‘zabawy’, którą prowadzi z publiką HPA, The Hives słyną również z tego, że na koncertach brzmią równie dobrze, jak na płytach, co przy szale, jaki panuje na scenie zdaje się być niewykonalne. A jednak. Mogliśmy się o tym przekonać podczas apetycznego godzinnego setu składającego się z najbardziej znanych hitów zespołu przeplecionych nowymi utworami. Nie wyobrażam sobie, żeby w niedzielny wieczór zabrakło “Main Offender”, “Hate To Say I Told You So” czy “Walk Idiot Walk”. I to właśnie podczas tych utworów oraz singli pochodzących z ostatniego krążka Hivesów publika pokazała panom, że warto było do nas zajrzeć. Szkoda tylko, że nie udało nam się wywołać ich na bis, ale miejmy nadzieję, że wynagrodzą nam to koncertem podczas następnej trasy. Bo przecież “got me a ticket and I won’t be long ’cause I can’t go on”. No i kto ma teraz dwa kciuki do góry i kocha The Hives jak nigdy dotąd? Niżej podpisana na pewno!

Gosia Lewandowska

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.