28.08.2010 09:04

Autor: Michał Wieczorek

Stone Temple Pilots – “Stone Temple Pilots”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


stpfinalcover.jpg Stone Temple Pilots – “Stone Temple Pilots”
Atlantic/2010

Po dziewięciu latach przerwy z nową płytą wrócili reaktywowani Stone Temple Pilots. Dali ciała czy nie?

Co działo się przez ten czas ze Scottem Weilandem, wiemy wszyscy. Dwie płyty z Velvet Revolver, jedna solowa i rock’n'rollowy tryb życia. Bracia DeLeo, podobnie, jak w latach 1995-1999, kiedy zespół był nieaktywny z powodu narkotykowego uzależnienia wokalisty, poszukali zastępcy Weilanda i nagrali płytę pod szyldem Army Of Anyone. Podobnie, jak przed laty nie odnieśli sukcesu bez Scotta. Weiland dusił się w Velvet Revolver. Reaktywacja była nieunikniona i w kwietniu 2008 gruchnęła wiadomość, że STP wracają.

Mimo, że minęła prawie cała dekada, wydaje się, że Stone Temple Pilots czas się nie ima. “Stone Temple Pilots” zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończy się “Shangri-La Dee Da”. Czasy, kiedy STP byli uważani za pierwszych epigonów grunge’u, minęły bezpowrotnie. I jeśli ktoś oczekiwał, że nową płytą nawiążą do swoich dwóch pierwszych albumów, srogo się zawiedzie.

Przyznam, że bardzo obawiałem się tej płyty. Po pierwsze, dziewięć lat w muzyce to cała epoka. Po drugie, powroty gwiazd lat 90. nie napawały optymizmem – wystarczy wspomnieć ziejącą nudą płytę Alice In Chains czy beznadziejną płytę Hole. Po trzecie, o ile pierwszy album Velvet Revolver, to nawet niezły krążek, to nie da się tego powiedzieć o “Libertad”, Army Of Anyone porażali bezpłciowością. Ciekawość jednak przezwyciężyła obawy.

Już sam początek rozwiał moje rozterki. “Between The Lines” to bardzo dobry otwieracz płyty. Od razu słychać, że to oni, cieszy też, że w mocniejszych kawałkach wreszcie nie próbują grać jak połączenie Soundgarden i Alice In Chains z Edem Vedderem na wokalu. Stone Temple Pilots AD 2010 chętniej czerpią z lat 70., prawie w każdym kawałku wybrzmiewa gitarowa solówka, pobrzmiewa też country, choćby w “Hickotory Dichotomy”, southern rock w “Bagman”. Jednak najważniejszym odniesieniem na tej płycie są sami Stone Temple Pilots. Nie, nie ma mowy o autoplagiacie; bracia DeLeo, którzy odpowiadają za wszystkie piosenki, sięgnęli do płyty, która jest początkiem definiowania własnego, rozpoznawalnego stylu zespołu, do “Tiny Music – Songs From Vatican Gift Shop” oraz do “Shangri-La Dee Da”, która również mocno czerpała z trzeciej płyty STP. Pierwszą z nich słychać przede wszystkim w brzmieniu i całościowym wrażeniu ze słuchania albumu, choć trzeba przyznać, że w dużym stopniu zniknęła psychodeliczność. Drugą – w kształcie kompozycji i popowości większości piosenek. Piosenki w większości nie zachwycają, ale również nie zawodzą, jedynym wyjątkiem jest “Hazy Daze”, które, mimo Weilandowych wokalnych wygibasów, jest dość nijakie.

Stone Temple Pilots, wracając po długiej przerwie, nie ugrzęźli we własnej przeszłość, ale twórczo ją  wykorzystali, co jest ewenementem na tle większości powrotów legend lat 90.

Michał Wieczorek

Zobacz więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (2 głosów, średnio: 7,00 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.