27.02.2011 00:44

Autor: Łukasz Stasiełowicz

Stateless – “Matilda”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


stateless-matilda.jpg Stateless – “Matilda”
Ninja Tune / 2011

Śladami Radiohead. Część II.

Kilkanaście miesięcy po premierze ciepło przyjętego debiutu zaczęła się wyliczanka. W zależności od pory roku, zespół podawał, iż już na wiosnę / na jesieni pojawi się drugi album. Jeszcze pod koniec 2009 roku grupę opuścił człowiek odpowiedzialny za programowanie i  klawisze. Rod Buchanan-Dunlop chciał po prostu zająć się czymś innym. Co prawda 4 niepełne lata przerwy to w przemyśle muzycznym wcale nie tak dużo. Jednakże grupa wzbudziła nerwowe wyczekiwanie swoimi obietnicami, a także rzadkimi (zazwyczaj) holenderskimi koncertami. W międzyczasie udostępnione zostało nawet nagranie z takiego akustycznego koncertu, który zespół dał w już okrojonym składzie. Perkusista popijał czerwony bezalkoholowy napój w kieliszku. Śmiech, sielanka i bezpłciowe utwory.

Po bardzo udanym debiucie miałem wygórowane oczekiwania, te jednak powędrowały w dół w związku z postępującą stagnacją wokół zespołu. Kilka miesięcy przed wyznaczoną premierą, w okolicach listopada 2010 roku, materiał wyciekł do sieci. Reakcje łasych fanów były skrajne; od ogromnego rozczarowania do niepohamowanej apoteozy. Być może dzięki tym ambiwalentnym, a czasami nawet fałszywym sygnałom drugi krążek zaskoczył.

Powoli rozwijające się intro (pojedyncze dźwięki instrumentów i mruczenie Chrisa) było znane odwiedzającym profil MySpace zespołu, na płycie wprowadzenie zostało dołączone do piosenki “Curtain Call”. Stateless szybko zdradza swoje inklinacje przerywając łagodną balladę pulsującą elektroniką. Regularne uderzenia robią wrażenie jeżeli posiadamy subwoofer. Nie tylko zresztą my zwrócimy uwagę na ten ciekawy zabieg – wrażliwi sąsiedzi albo współdomownicy zostaną z powodzeniem wyrwani z marazmu życia codziennego.

Singlowy kawałek “Ariel” rozpoczyna się od orientalnego riffu, po chwili dołącza charakterystyczny wokal i oczywiście elektronika. Kilka przystępnych melodii; wybór piosenki promującej nie powinien dziwić. Zwolennikom mniej eksperymentalnego oblicza grupy do gustu przypadnie “Miles To Go”, piosenka przypomina debiutanckie dokonania. W “Assassinations” Brytyjczycy serwują mocniejsze brzmienie, oczywiście z dozą syntezatorów. Nim jednak do tego dojdzie kompozycja rozbraja nas swoją lekkością.

Druga część albumu nie jest już tak obfita w żonglowanie atmosferą. Po krótkim instrumentalnym przerywniku (“Red Sea”), przychodzi czas na wygładzony duet wokalny z Sharą Worden (My Brightest Diamond) okraszony dodatkowo instrumentami smyczkowymi. Na większą dynamikę nie trzeba jednak długo czekać, gdyż tą przepełniona jest następna propozycja, czyli “Ballad of NGB”. Mocny punkt, w którym ponownie w warstwie lirycznej pojawia się motyw tańca. Atencję zdobywa przede wszystkim vibrato wokalne, w skromnych dawkach, ale dające frapujący efekt. Kolejne utwory odważniej bawią się rytmem. Po kilkunastu minutach dźwięki które oznajmiały początek materiału tym razem zwiastują jego koniec.

Sporo fanów pozyskali już kilkadziesiąt tygodni przed ukazaniem się “Matildy”. Pomogły wszechobecne dziś wampiry; kolejny serial z wtórną fabułą. Producenci filmowi użyli w jednym z odcinków utworu pochodzącego z pierwszej płyty, a konkretnie “Bloodstream” (sic!). Z nowym albumem raczej nie wskoczą na listy najlepiej sprzedających się płyt, ani nie podbiją serc tłumów. To nie ten typ osobowości, panowie świetnie się bawią tworząc. Komplementujący DJ Shadow i porównania krytyków do Radiohead są dla nich z pewnością czymś miłym, lecz oni nie starają się realizować swoich ambicji w morderczym tempie i za wszelką cenę.

Album nie oferuje nic rewolucyjnego, ale za to imponuje tak jak i poprzednik eklektyzmem. Amalgamat pod względem dobranego instrumentarium (elektronika, instrumenty smyczkowe, gitary, klawisze, instrumenty dęte). Także klimat zmienia się swobodnie, choć panowie przyzwyczaili już do osobliwej melancholii. Dla niektórych zaskoczeniem może być często pierwszoplanowy śpiew Justina Percivala. Ciemnoskóry basista bardzo dobrze radzi sobie z  wysokimi partiami wokalnymi i dodaje egzotyczności. W budowaniu napięcia pomaga kidkanevil znany dzięki swoim solowym występom w Polsce. Ważnym ogniwem jest również producent, do tej roli zaproszono Damiana Taylora znanego choćby z obsługiwania Reactable u Björk.

Stateless to projekt nie bojący się muzycznej eksploracji. Kolektyw nie stoi w miejscu. Choć z odbiorem ich twórczości mogą być problemy, to warto poświęcić im więcej czasu niż pozostałym propozycjom. Zazwyczaj spłacają kredyt zaufania. Nie ustrzegli się i tym razem wypełniaczy, ale “Matilda” broni się znakomitą spójnością – pewnie dlatego, iż muzykom przyświecał pewien koncept. Częstsze akcenty elektroniczne sprawią, iż dla niektórych będzie to jeden z lepszych albumów roku, dla innych natomiast duże rozczarowanie.

Łukasz Stasiełowicz

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (20 głosów, średnio: 8,25 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.