26.04.2010 21:50

Autor: przemek

Słuchacz na deficycie, czyli jak słuchamy muzyki

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY, Tylko u nas


odtwarzacz-mp3.jpg Słuchacz na deficycie, czyli jak słuchamy muzyki

Czasy, w których muzyki się słucha, zamiast tylko słyszeć, to już przeszłość. Współcześnie odbieramy muzykę bez refleksji, zapominając o jakości innej niż przeciętna. A masowość tanich odtwarzaczy (i jeszcze tańszych słuchawek) obniżyła standardy tak nisko, że gdy w towarzystwie pada słowo “audiofil”, to trzeba je tłumaczyć reszcie osób.

Dla każdego, kto urodził się na początku lat 90., w czasach piekielnie szybkiego postępu technologicznego, odpowiedź na (z pozoru banalne) pytanie “jak słuchamy muzyki?” wydaje się być dziecinnie prosta. W tym celu stworzono przecież portale w stylu youtube i mieszczące się w kieszeni empetrójki. Są też iPod-y, choć na te nie do końca stać jeszcze polską młodzież. Bo z kulturą słuchania muzyki w naszym kraju jest jak z kulturą picia wódki – dużo, tanio, aż się porzygać można. Poruszając więc kwestię audiofilii, to jakby mówić o rzadkiej chorobie, dotykającej tylko zamożnych świrów, którzy i tak nie mają na co pieniędzy wydawać.

Boom z początku XXI wieku na niewielkie i nowoczesne wtedy odtwarzacze mp3 z jednej strony uwrażliwił społeczeństwo na muzykę, z drugiej natomiast – znieczulił na jakość brzmienia. Weźmy, np. ogromną skalę piractwa w Polsce połowy lat 90., gdzie na giełdach i straganach najbardziej chodliwym towarem były płyty CD. Bezpośrednio kopiowane z oryginałów krążki wciąż pozostawały jednak zapisem 1:1, czyli o niebo lepszym jakościowo od dzisiejszych empetrójek po kompresji. Owszem, każdy, kto nie posiadał nagrywarki płacił 15 złotych za piracką płytę. Było więc drożej.

piraty.jpg Rozwój formatu mp3 sprowadził muzykę do roli parobka przemysłu fonograficznego – tak taniego, że artysta tworzący utwór więcej zarobi na sprzedaży koszulek z logiem zespołu. Polski muzyk, kojarzony z tzw. mainstreamem, zamiast inkasować miliony ze sprzedaży płyt, może liczyć co najwyżej na wpływy z koncertów. Efektem tego jest paranoiczna postawa twórców z w/w mainstreamu, którzy próbują walczyć z piractwem, a zapominają, że to nie słuchacz musi wkupić się w łaski muzyka i ślepo bronić jego praw, a odwrotnie. To artysta, biorąc pod uwagę prawa ekonomii, zabiegać powinien o niskie ceny dla słuchacza. Klientem, chlebodawcą i pośrednim szefem piosenkarza zawsze będą bowiem jego fani.

Przyglądając się relacji tworzący-słuchający, nie przestaję jednak ubolewać nad ogromną liczbą pół-melomanów ciągnących z sieci mp3 z prędkością 400 kb na sekundę. Bo, przynajmniej w Polsce, to wciąż kilkanaście milionów osób, które (strzelam) tylko kilka razy w roku mają okazję, aby posłuchać jak brzmi oryginalnie wyprodukowana, nieskompresowana muzyka. W tej sytuacji, ludziom ceniącym choćby przyzwoite brzmienie płyt CD pozostają dwa wyjścia: albo zaakceptować ignorancję młodzieży wychowanej w postępie technologicznym, albo uporczywie piętnować tych, którzy nie widzą różnicy pomiędzy słuchaniem a słyszeniem muzyki.

probkowanie.jpg

W całej sprawie znajdzie się też ziarno hipokryzji, które bezpośrednio dotyczy także nas: dziennikarzy, melomanów, audiofili itd. Jako osoby poszukujące nowych brzmień, wertujemy sieć nie rzadziej niż inni. Internet daje nam przecież to, czego nie kupimy fizycznie. Mam na myśli np. albumy nieżyjących od dawna muzyków, które dziś stanowią co najwyżej wartość kolekcjonerską (czyli obrzydliwie drogą). Serwery na całym świecie kryją przecież gigabajty nieodkrytej przez większość muzyki. Bo jeśli jest to, np. muzyk z południowo-wschodniej części Australii (np. Gotye) albo zapomniany już big band z południa Meksyku (Tommy’s Big Band), to znalezienie takiej muzyki w Empiku lub zamówienie jej przez internet graniczy z cudem na miarę “Maryi zawsze dziewicy”. W momencie jednak, gdy na YouTube ktoś bezkarnie zrobi upload rzadkiego utworu, słaba jakość dla melomana przestaje mieć znaczenie. Tu liczy się dostępność takiego dzieła.

Każdego dnia na YouTube umieszczanych jest ok. 85 tys. filmów, zajmujących blisko 2400 gigabajtów. Spora część multimediów to teledyski i nagrania gwiazd światowej muzyki.

Bądź co bądź, sytuacja, w której milionom młodych ludzi jedyny wyznacznik jakości zapewniają portale internetowe, wydaje się być mało istotna. Gwoździem do trumny współczesnej muzyki może być jednak masowy zanik świadomości o różnicy pomiędzy nagraniem 1:1, a kompresją. Bo choć krytycy, dziennikarze, melomani, a zapewne i audiofile także posiłkują się popularnymi formatami, nie przestają przy tym dostrzegać uderzającego zubożenia jakości mp3. I nawet jeśli nigdy nie przestaną meandrować w internecie za empetrójkami, to przynajmniej dobrze spożytkują wiedzę o muzyce, którą znajdą w sieci. I to jest pocieszające.

Mariusz Najwer




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.