opener.jpg …czyli czym się różni Lady Gaga od Enrique Iglesiasa.

Sezon festiwalowy zaczął się na dobre. Za nami krakowski Selector, przed nami Opener, OFF, Jarocin, Tauron i wiele, wiele innych wydarzeń, dzięki którym dane nam będzie w ciągu zaledwie kilku dni zobaczyć i posłuchać masę interesującej muzyki. Z przyjemnością obserwuję rozwój niewielkich, kameralnych festiwali – w tym roku swoje pierwsze kroki stawiał sopocki Gingerbread, warszawski Magnetofon ma już za sobą drugą odsłonę – stanowiących świetną przeciwwagę dla molochów, odbywających się na obszarze tak wielkim, że niedługo urządzenia GPS będą wliczane w cenę karnetów. Co stanowi o jakości tych wszystkich “świąt muzyki”? Zapomnijmy na chwilę o line-upie i skupmy się na nas samych – publiczność.

Warto spojrzeć na to, jak sami siebie postrzegamy. Indie-srindi dzieciaki, hipster wannabes, punki i metale – to tylko kilka łatek, które przylepiamy, próbując określić bywalców poszczególnych festiwali. Co prawda, pewne absurdalne  podziały zaczęły już zanikać – na ostatnim Openerze ujrzałem stuprocentowego punka z wielkim irokezem, ubranego w skórzaną kurtkę, na której widniał napis “Crystal Castles”. Z drugiej strony, przypomina mi się opowieść znajomej, jak traumatycznym przeżyciem było oczekiwanie na koncert Animal Collective na zeszłorocznym Jarocinie, kiedy to ekipa mocno wciętych fanów Kultu okazywała swoją “niechęć” do bardziej kolorowo ubranej od nich młodzieży.

“Zbyt krakowscy dla Warszawy, a dla Krakowa zbyt warszawscy”, czyli coś, co ja określam syndromem wtajemniczenia. Ile to już razy słyszałem, jak określenie kogoś “częścią open’erowej publiczności”  nabierało znaczenia pejoratywnego. Z drugiej strony, niedawno znajoma osoba skwitowała moją fascynację najnowszym albumem Pantha du Prince słowami “Wy alternatywni tak macie, u Was to modne, ja wiem”. Zapewne miało to oznaczać, że ludzie udający się na występ Niemca na tegorocznym Tauronie, robią to tylko i wyłącznie dla lansu.

Przejdźmy do czegoś bardziej pozytywnego. Mimo, że “You’re fucking awesome guys!” stanowi wyświechtaną formułkę, faktem jest, że rodzima publika bardzo często autentycznie zachwyca zagranicznych artystów (chodzi mi o społeczność festiwalową, bowiem klimat koncertów klubowych jest osobnym tematem). Myślę, że Mikołaj Ziółkowski nie koloryzował, cytując artystów schodząc z Opene’rowej sceny, określających bywalców Babich Dołów “najlepszą publiką w Europie”. Przecież ci sami Kings Of Leon, którzy narzekali podczas Reading and Leeds Festivals 2009 na zaangażowanie festiwalowiczów, w Gdyni byli oczarowani gorącym przyjęciem – Caleb Followill oznajmił, że możemy ich w Polsce gościć, kiedy tylko zechcemy.

Istnieją dwie teorie na temat rodzimego koncertowego zapału. Jedna mówi, że nasz entuzjazm wynika z wegetowania przez wiele lat na koncertowej pustyni. 10 lat temu Enrique Iglesias osobiście wręczył Jolancie Kwaśniewskiej ekskluzywne wydanie swojej płyty “Enrique”. Nie sądzę, aby w tym roku Lady Gaga zagościła w Pałacu Prezydenckim. Druga, bardziej optymistyczna teza mówi o słowiańskiej duszy (pozostawmy na boku dyskusję, ile w nas prawdziwych Słowian). Jeśli okazałaby się prawdziwa, nie musimy się obawiać utraty naszego zapału za kilka lat, kiedy to nasycimy się już wydarzeniami muzycznymi na światowym poziomie.

Cytując Grega Sauniera, perkusistę Deerhofa: “English is not a universal language, music is not a universal language, “Wooo hooo!” is a universal language!”.

Krzysztof Kowlaczyk




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.