Skoki w bok i kroki w tył
Kraków/2-7.10.2016

Relacja z festiwalu Sacrum Profanum.
A dokładniej, z dni od drugiego do przedostatniego – pierwszy znajdziecie tutaj.

Mike Patton

O mistrzach i uczniach

Po sypialnianym otwarciu kolejne trzy festiwalowe dni przybrały formułę połączenia – dzieła wielkich, uznanych kompozytorów zostały zestawione z młodszymi twórcami. W niedzielę, 2 października w Centrum Kongresowym usłyszeliśmy kompozycje Luciano Berio, twórcy muzyki eksperymentalnej, pioniera brzmień elektronicznych. Na początek – “Points on the Curve to Find”, utwór na fortepian, na którym grał Ulrich Löffler, i orkiestrę kameralną (Musikfabrik). Oś utworu stanowiły szalejące klawisze. Berio został zestawiony z młodym, polskim kompozytorem, Maciejem Stańczykiem, którego kompozycja “Blind Walk” zdeterminowała tytuł całego koncertu – “Acousmatic”. Akuzmatyczny, czyli bez związku ze źródłem. Utwór Stańczyka zapowiadał się bardzo ciekawie – publiczności rozdano opaski na oczy, a muzycy pojawili się nie tylko na scenie, ale także w różnych miejscach sali. W praktyce kompozycja była nieco rozczarowująca, opierając się w dużej mierze na dźwiękonaśladownictwie – choć to pewnie zgodne z zamysłem, bo zamiast instrumentów, oślepiony słuchacz mógł sobie zwizualizować leśną dżunglę.

Po przerwie usłyszeliśmy jeszcze po jednym utworze każdego z kompozytorów. “Naturale (su melodie siciliane)” to ciekawe połączenie nagrania ze śpiewem Peppina Celano (Sycylijczyka nagranego przez Berio w latach 60.) z popisami altówki (Axel Porath) i partią instrumentów perkusyjnych (Dirk Rothburst). Gdy taśma milkła, rozbrzmiewały instrumenty, i tak przeplatając się wzajemnie przeszłości i współczesność snuły opowieść.

Najmilszym elementem wieczoru był jednak niewątpliwie utwór “some drops…” napisany przez Stańczyka na zamówienie Sacrum Profanum.Marco Blauuw grał na trąbce z dwiema czarami znajdując się blisko publiczności – spacerował po balkonach bocznych. Gdzieś z głośnika dobiegał cichy szmer deszczu, a na scenie Musikfabrik za specjalną prześwitującą zasłoną pletli delikatne, lekko jazzujące melodie. Całość miała przyjemny klimat deszczowego spaceru.

W poniedziałek muzyka Pierre’a Bouleza została zestawiona z twórczością młodych kompozytorek - Agaty ZubelMai Ratkje w wykonaniu Ensemble InterContemporain. Koncert, zatytułowany “Eclats – Hommage a Pierre Boulez” rozpoczął utwór “Double Battery” polskiej autorki. Na scenie grała orkiestra kameralna – smyczki, flet i obój oraz dwa zestawy instrumentów perkusyjnych – a na bocznych balkonach usadowili się dwaj muzycy dzierżący klarnety basowe (Alain Billard Martin Adamek). Utwór brzmiał jak pełna werwy kłótnia pomiędzy instrumentami, która w końcu doprowadziła do zgody, a w trakcie trwania pozwoliła zaprezentować wiele muzycznych barw.

Jako druga fragment swej twórczości przedstawiła Maja S. K. Ratkje. Usłyszeliśmy “Concerto for Voice (moods IIIb)” – instrumenty zostały tu przyćmione przez głos samej kompozytorki, która wykonała partię wokalną, w klimacie eksperymentów Diamandy Galas, czyli nieco dalej od śpiewu, a bliżej przeróżnych dźwięków, jakie jest w stanie wydać z siebie człowiek. Czasem Maja zahaczała lekko o śpiew gardłowy, czasem piszczała niczym instrument smyczkowy, raz dźwięki były delikatne, raz brutalne i buczące.

W końcu przyszła pora na Pierre’a Bouleza – trzy harfy, trzy fortepiany, dwa wibrafony, marimba, cymbały, dzwony, perkusja z metalowych beczek – na takim zestawie zagrana została komopzycja “Sur incises”. Utwór o atmosferze sennej wędrówki, pełen niespodziewanych wybuchów, zabawy partiami poszczególnych instrumentów, natężeń i wyciszeń, gry wspólnej, w której instrumenty perkusyjne wieńczyły partie fortepianu. Całość trwała czterdzieści minut.

Hałas być musi

Wtorkowy wieczór został zatytułowany “Bruit” – zagrane zostały utwory Witolda Szalonka, Reinholda Friedla, Zbigniewa KarkowskiegoKaspra T. Toeplitza. Wykonał je zespół zeitkratzer. I tutaj na początek będzie coś, co możecie śmiało ominąć, niemniej jednak poczuwam się do udzielenia Wam wyjaśnienia, dlaczego dwa pierwsze utwory tego koncertu zostaną w tej relacji pominięte.

Otóż idę sobie jak od paru dni na koncert, mam blisko, to tak trochę biegnę na ostatnią chwilę. Wparowałam na korytarz, rozglądam się, coś tu bardzo dzisiaj elegancko… A ja tak akurat bez sensu, rajstopy żółte, na głowie niedźwiedź, bo akurat zimno się zrobiło, no nic, szkoda, że nie wiedziałam, że z jakiejś przyczyny ten dzisiejszy wieczór taki elegancki, pędźmy do sali. Po drodze widzę wino, przekąski, ok, dobra; panie miło się uśmiechają, nikt nie patrzy na zawieszkę, nikomu bilety nie są sprawdzane, ale to jakimś cudem jeszcze nie wzbudziło moich podejrzeń. Wchodzę do sali, w powietrzu unosi się zapach drogich perfum, jakoś mało alternatywne to towarzystwo, a na scenie… samochód. Na ekranie film z samochodem – w tym roku Sacrum zorganizowane taniej, to może koncert sponsorowany?… Aż do tego by doszło? Szczęściem wi-fi jest, więc googlam. Tymczasem na scenę wychodzi… Magda Miśka. Coś się nie zgadza, mówi o piętnastoleciu, a to przecież za rok dopiero… że najpierw część oficjalna potem artystyczna… No i mam to: dziś koncert w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Aha. A ja jestem… w Centrum Kongresowym. Na obchodach piętnastolecia Volvo Wadowscy.

Tak więc, zamiast kilku słów na temat dwóch pierwszych kompozycji macie życiowo przydatną informację o tym, jak łatwo jest wejść na obchody rocznicowe firmy motoryzacyjnej, nawet w czapce-misiu.

Taka pomyłka nie zdarzyła mi się od lat i oprócz blamażu smutnym jej następstwem było przegapienie wykonania “Monochromy” Zbigniewa Karkowskiego, którego byłam bardzo ciekawa. Weszłam do MOS-u, gdy kończył się utwór Reinholda Friedla, “Xenakis Alive I”.  I tegoż kompozytora, Xenakisa, słychać było w utworze świetnie. Charakterystyczne brzęczenia i zawodzenia instrumentów splatały się w narastającym natężeniu, aż do wyjącego finału.

W drugiej części koncertu na scenę wkroczył Kasper T. Toeplitz i poprowadził zeitkratzera w najciemniejsze zakamarki hałaśliwego chaosu. “Agitation & Stagnation” to monumentalny utwór dręczący uszy publiczności na wszelkie możliwe sposoby, od łomotów, przez dramatycznie drastyczne piski, bo hurgoty i buczenia. Dźwiękowy bałagan to rósł, to cichnął, autor prawie że zrobił przegląd możliwych hałasotwórczych technik, oczywiście przy uwzględnieniu akustycznego (choć wzmacnianego) nastawienia zespołu zeitkratzer. Nie wiem, ile osób zostałoby na sali, gdyby to była część artystyczna piętnastolecia Volvo.

John Zorn i opera o słupach elektrycznych

W środę, 5 października, przyszedł czas na jedno z dwóch nazwisk reklamujących festiwal – na Johna Zorna, czyli tego nieobecnego. O decyzjach programowych później, najpierw słów kilka o kameralnych kompozycjach muzyka, które usłyszeliśmy tego wieczoru. Pierwsze wykonał Arditti Quartet. Zabrzmiało rzewne ”Kol Nidre”, szalony, cwałujący na smyczkach “Necronomicon”, “Pandoras Box”, w której do kwartetu dołączyła Barbara Kinga Majewska, do nerwowych drgań instrumentów dołączając wokalną galopadę. Na końcu za fortepianem zasiadł Stephen Dury, który odegrał kompozycje “Carny” i “fay çe que vouldras” nie poprzestając na naciskaniu klawiszy – szarpał też struny wewnątrz pudła fortepianu.

Czwartkowy wieczór widzom Sacrum Profanum umiliła opera. Była to bowiem bardzo milutka opera, przystępna, pełna delikatnego śpiewu, pieszcząca uszy eksperymentalnym brzmień. “Folie a deux” czyli szaleństwo, które udziela się drugiej osobie, było przedmiotem minispektaklu autorstaw Emily Hall, działającej w znanej już uczestnikom festiwalu grupy Bedroom Community. Tekst, odnoszący się do natrętnego buczenia słupów napięcia elektrycznego, napisał Sjon. Aby najlepiej dopasować muzykę do tej idei, artyści zaprojektowali harfę elektromagnetyczną – umieszczając na strunach magnesy – która miała odzwierciedlać owo buczenie, i co udało jej się całkiem elegancko. Jako tytułowa para wystąplili Sofia JenbergAndrew Dickinson. Wisienką na tym przesłodkim, nabuzowanym elektrycznie tortem była subtelna elektronika Miry Calix. Całość miała formę kameralnego przedstawienia, uzupełnionego o delikatne wizualizacje przygotowywane na żywo i mocne światła. Całość była bardzo miłą piosenką o szaleństwie – nawet mimo sceny “ataku” w której bohater osuwał się w szaleństwo do cna. Nie sposób myśleć o tym przedstawieniu inaczej, kiedy się widziało siedem lat wcześniej na tym samym festiwalu Martina Lindsaya wydzierającego z siebie duszę w “Eight Songs for a Mad King” Petera Maxwella Daviesa. Siedzący za mną pan gniewnie mruczał coś o kiczu nad kicze, ja bym nie była tak surowa w ocenie, bo “Folie a deux” słuchało mi się bardzo miło, tylko po prostu to nie do końca są te emocje, których się spodziewam po operze dotyczącej szaleństwa.

Mike Patton i przyjaciele

“Sono Genera” – tak nazywało się piątkowe otwarcie, czyli występ Anny Zaradny, Roberta PiotrowiczaJerome Noetingera w malutkiej salce w ICE (miejsca zbrakło i sporo ludzi siedziało na podłodze). Zbite masy elektronicznego buczenia, szumu i inwazyjnych glitchy okraszone grą na saksofonie, który miejscami odbijał echem Colina Stetsona (acz bardzo daleko). Podobno w tym dźwiękowym bloku były też nagrania terenowe, ale ciężko było je wygrzebać z elektronicznego sosu. Całości słuchało się jak przemielonej przez zepsute radio opowieści, czyli wybornie.

Później na scenie w znacznie większej sali pojawiła się gwiazda wieczoru – Mike Patton w roli wokalisty w utworze “Virginal Co-Ordinates” (czy też, albumie, zależy, czy przyjmiemy optykę klasyczną, czy formę wydania; przy tym warto dodać, że festiwalowa wersja została przez autora wzbogacona o sześć dodatkowych utworów). Orkiestrą dyrygował Eyvind Kang, kompozytor, grający także na smyczkach, przy czym warto wspomnieć, że grał palcami. Znany ze współpracy m.in. z Animal Collective twórca do swej partytury napchał całe mnóstwo jasnych, świetlistych, radosnych dźwięków. Dziewicze hasanie jednorożca na łące szybko zmieniło intro grane na tamburach (Anna Mamińska, Hubert Połoniewicz) z lekko orientalnego klimatu w rozmarzoną, snującą się lekko i zgrabnie narrację. Całość była przy tym przepysznie zróżnicowana, skacząc od wszystkich kolorów sielanki w nieco bardziej niepokojące nastroje. W końcu jednak Sinfonietta Cracovia zaśpiewała razem z Pattonem finalne la la la, a gdy na wypasające na łąkach sny napadł wreszcie dybiący zza lasu hałas, było już po koncercie.

W ostatni dzień, sobotę, 8 października, znowuż dostaliśmy operę, która wcale nie była operą. Nie, żebym się upierała w sprawie oper, bo dźwiękowo-filmowy eksperyment zatytułowany “Opera o Polsce” był całkiem ciekawy. Muzyka Artura Zagajewskiego ze słowami Piotrów – Stasika i Gruszczyńskiego całkiem interesująco współbrzmiały z fragmentami filmowymi. Do tego na scenie jeden aktor wykrzykiwał kwestie przy pomocy megafonu, a drugi wkroczył do sali w przebraniu ministranta, ze skrzydłami husarza i kościelnym kadzidłem, którym wkrótce zapachniało w całej sali. Czy to był obraz Polski? Jakiegoś jej fragmentu na pewno. W czymś, co sili się na podsumowanie, człowiek spodziewa się cytatów politycznych, a tu mieliśmy raczej portret intymny, choć to intymność wydarta z internetu i audycji radiowych. Miałam jednak wrażenie, że mimo buńczucznego tytułu była to kompozycja bardzo osobista – zwłaszcza po dłuższym fragmencie sennych obrazków z chłopięcego dzieciństwa. Autor namalował przejmujący portret swojej małej, biednej, samotnej i dziwnej Polski, jaką pamiętał z małych miejscowości, z dawnych lat, choćby te dawne lata miały być w 2010. Tak to odebrałam.

W finale Sacrum Profanum znów połączono w dziwny sposób dwóch kompozytorów – na jednym koncercie, zatytułowanym “Labirynt” mieliśmy miniatury Karlheinza Stockhausena “Fur kommende Zeiten” i “Laborintus II” Luciano Berio oraz Edoarda Sanguineti. Z obydwoma dziełami świetnie poradzili sobie Ictus Ensemble. Na początek w składzie puzon, flet boczny, wiolonczelę, instrumenty perkusyjne i elektronikę (Jerome Noettinger). Stockhausenowska muzyka intuicyjna brzmiała w ich wykonaniu wspaniale – skwierczała od szalonych dźwięków, przeplatających się w ciągle zaskakujący sposób. Nie gorzej zabrzmiał “Laborintus” utwór zupełnie inny, niż szalone miniatury na nadchodzące czasy. To prawdziwy kolos, i to z piekła rodem, co nieustannie podkreślały krwistoczerwone światła. Szkoda, że organizatorzy nie postarali się o napisy na małych ekranikach, na których widniały oszczędne wizualizacje (moim zdaniem ciężko byłoby zaburzyć tę koncepcję artystyczną) – cały niemal utwór był bowiem po włosku. Nie sądzę, aby wielu mówiło po włosku, może zresztą były gdzieś ulotki z librettem? Widziałam takie podczas “Folie a deux” w rękach osób z publiczności, choć nie dopytałam, skąd je wytrzasnęli (pewnie warto było przychodzić nieco wcześniej, niż na 5 minut przed koncertem). Jedyne, co wyłapałam, to “Musica e tutta relativa? – dosyć wymowne zdanko, bardzo dobitnie podkreślone pewnym i czystym głosem Mike’a Pattona. I muzyka była tego wieczoru taka – pogięta w fantazyjne sploty do osobistej interpretacji podle woli i gustu. Od jazzu przez operę po gładkie, klasyczne frazy, z wybuchami chaosu i zaczepnymi strzępkami melodii. Monumentalny, piekielnie olśniewający pejzaż dźwiękowy.

Nie oszczędzajmy na kulturze

Nie powiem, że tegoroczny festiwal się nie udał, że nie było na nim ciekawych występów, nie wyszłam zniesmaczona z żadnego z nich, choć początkowa ekscytacja szybko uległa stonowaniu. A to dlatego, że tegoroczny program okazał się po prostu rozczarowujący. Nie dlatego, że był w jakikolwiek sposób zły. Był “tylko” widoczniej mniejszy – piszę mniejszy, choć wiadomo, że tańszy, ale to nie pieniądze rzucają się w uszy, a brak zachwytów, do jakich przyzwyczaił nas (a przynajmniej mnie) ten festiwal. Każdą zeszłoroczną edycję wspominam z ciarkami na plecach, i to niekoniecznie na wspomnienie koncertów z działu bardziej “Profanum” – zresztą festiwal wspaniale zamazywał tę granicę. To tutaj poznałam takich twórców jak Peter Maxwell Davis czy George Benjamin, ale też imprezowałam z Jonsim i śmiałam się z żartów Olafura Arnaldsa. Zmieniła się klasa festiwalu – z megawydarzenia, które wymiata z butów, w ot, przyjemną ciekawostkę. Podobny profil ma wrocławski Avant Art, i nie chcę tu Avant Artu obrażać, bo też go uwielbiam, i coś na kształt tego programu mogłabym tam chętnie zobaczyć, zresztą w 2014 roku grał tam zeitkratzer. W porównaniu do polskich kompozytorów na warsztacie tuz elektroniki, muzycznie rozpustnych urodzin Steve’a Reicha (jeden z najlepszych koncertów w moim życiu), święta wytwórni Warp czy zeszłorocznego pakietu These New Puritans, Richard Reed Parry, Olafur Arnalds, Johann Johannsson, Tribute to Cage – tegoroczna edycja wygląda po prostu… ubogo. To nie jest “efektywniej wydane”, to jest tanie. To jest pięć kroków w tył na drabinie splendoru i prestiżu.

Miałabym takie życzenie, żeby nie wygrywały propozycje tańsze, ale jednak te, które potem przez lata będę z drżeniem wspominać. Ale w końcu nawet nie płacę za karnety, to co tam warte takie życzenia. Mimo wszystko tego festiwalowi Sacrum Profanum szczerze życzę.

fot. Tomasz Wiech (materiały organizatora)
Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.