02tco2.jpg Sensacyjna siódma edycja Sacrum Profanum

Tegoroczny, siódmy już festiwal Sacrum Profanum był rewelacyjny! I to nie tylko ze względu na udział gwiazd, o których mówiło się najwięcej i najgłośniej (czyli The Cinematic Orchestra, Chris Cunningham oraz Aphex Twin), ale w dużej mierze także dzięki koncertom cyklu Modern Classic.

Otwierający festiwal występ The Cinematic Orchestra utwierdził mnie tylko w przekonaniu o niegasnącym wśród polskiej publiczności zamiłowaniu do postromantycznych, sentymentalnych melodii, w aranżacjach na orkiestrę (w tej roli Sinfonietta Cracovia). Niewątpliwie miękkie brzmienie smyczków wraz z delikatnymi arpeggiami harfy mogły doprowadzić słuchaczy do stanu błogości (a niektórych może nawet do katartyczych doznań?).

Mnie również początkowo udzielił się euforyczny nastrój, poczułam ten przyjemny dreszczyk, pojawiający się zawsze z chwilą inauguracji – oto widzę przed sobą efektowne świetlne iluminacje oraz zespół wyśmienitych muzyków, jednocześnie docierają do mnie przyjemne, leniwe dźwięki “All That You Give”… Wspaniałe uczucie! Które jednak z każdym kolejnym numerem, ustępowało coraz bardziej znużeniu, do tego stopnia, że przy drugim bisie dałam za wygraną i udałam się w kierunku wyjścia.

Koncert The Cinematic Orchestra stanowił dla mnie miłe i subtelne preludium do kolejnych wydarzeń tego festiwalu. Opuszczałam jednak halę ocynowni chemicznej bez żalu, wiedziałam bowiem, że przez kolejnych kilka dni czeka mnie prawdziwa uczta dla ucha, czyli koncerty z repertuarem najlepszych angielskich kompozytorów muzyki współczesnej w wykonaniu zespołów instrumentalnych prezentujących światowy poziom.

04anderson.jpg Cykl Modern Classic rozpoczął koncert monograficzny Juliana Andresona, kompozytora mało znanego do tej pory w Polsce. Po prezentacji jego twórczości, jestem przekonana, że ta sytuacja zmieni się diametralnie, ponieważ było to naprawdę mocne i zapadające w pamięci półtorej godziny muzyki. Ciężko w kilku zdaniach ująć tak bogaty w nawiązania do różnych epok, kultur i technik kompozytorskich koncert. Z jednej strony dało się zauważyć m.in. wpływy spektralistów, zastosowanie elektroniki, z drugiej czerpanie z folkloru czy inspiracje architekturą i średniowiecznymi manuskryptami, a więc mieszanie tradycji ze współczesnym językiem dźwiękowym. Te rozmaite pomysły, kompozytor kreatywnie rozplanował na przestrzeni wszystkich prezentowanych utworów i bynajmniej nie sprawiały one wrażenia zamieszczonych metodą “chybił trafił”. Wręcz przeciwnie, zdawało się, że każdy z nich znajdował się w odpowiednim miejscu i czasie, a płynne przeistaczanie tych pomysłów w zupełnie nowe koncepty, nie pozbawiało ciągłości narracji.

Frapująca była zwłaszcza ostatnia kompozycja, “Book of Hours”. Wychodząc z prostego, niepozornego motywu początkowego, opartego na następstwie kilku dźwięków, Anderson doszedł do coraz bardziej skomplikowanych struktur dźwiękowo-rytmicznych, co jakiś czas wprowadzając między nie momenty odpoczynku – rozmyte i mniej konkretne rytmicznie, za to skoncentrowane na dynamice i natężeniu dźwięku fragmenty, których obecność nie pozwalała stracić czujności podczas słuchania. Koncert ten postawił wysoko poprzeczkę kolejnym kompozytorom.

05harvey.jpg Tego wieczoru jednak miało się odbyć jeszcze jedno wydarzenie, na które czekałam równie mocno, tym bardziej, że miał przybyć na nie sam kompozytor, a mianowicie Jonathan Harvey. Jest to postać wielce wszechstronna, jednak prezentująca nieco odmienne nastawienie do muzyki niż Anderson. Mimo tego, że w utworach Harveya również można doszukać się koneksji z francuskimi wpływami oraz nawiązań do korzeni, to zauważalne są one w innym zakresie. Istotny dla tego twórcy jest przede wszystkim wymiar duchowy kompozycji, jej rytualność (fascynacja Dalekim Wschodem), odnajdowanie w niej natchnienia, szukanie filozofii. Jednocześnie pierwszoplanową rolę odgrywa w kompozycjach Harvey’a dźwięk. To jego jakość, natężenie, wysokość i czas trwania kreują kształt utworu. Pisząc to, ciągle mam w pamięci finalny utwór wieczoru, skłaniający ku refleksji, poprzez liczne zawieszenia i pauzy “Bhakti”. Podczas słuchania potrafi on  przenieść do “innego wymiaru”.

Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie kompozycja pt. “Soleil Noir/Chitra”, którą usłyszałam w Teatrze Łaźnia Nowa po raz pierwszy. Oparta jest ona na dwóch kontrastowych pomysłach, mających obrazować zestawienie dwóch kultur: zafascynowaną mrokiem Europę oraz kolorowe Indie. Osiągane jest to poprzez przeciwstawienie sobie ponurych, głębokich glissand w niskich rejestrach instrumentów dętych blaszanych oraz beztroskich i trzpiotowatych partii fletu, smyczków oraz perkusjonaliów.

Żadne słowa nie oddadzą jednak atmosfery panującej podczas tego koncertu. Duża zasługa należy się tu dyrygentowi, Hannu Lintu, fenomenalnie kierującego zespołem Ensemble Intercontemporation. Obserwując jego stanowczą trzymającą twardy pion postawę oraz zamaszyste, a zarazem łagodne i płynne ruchy, przywodził mi na myśl mistrza ceremonii, odprawiającego jakiś mistyczny rytuał. To był niezwykły koncert.

Kolejne dwa dni wywołały u mnie już trochę mniej emocji. Nie można powiedzieć, że koncerty prezentujące twórczość Petera Maxwella Daviesa, Olivera Knussena, Harrisona Birtwistle’a czy George’a Benjamina były słabe, jednak nie zdołały przebić tych z dnia pierwszego. Sir Peter Maxwell Davies otwarcie nawiązuje do tradycyjnej muzyki dworskiej, używa cytatów, które potem komentuje w bardziej współczesnym języku muzycznym (“Dunstable: Veni Sancte – Veni Creator Spiritus”). Sprawia to wrażenie pewnej prowokacji, powiedziałabym nawet pastiszu. Nie jest to jednak rodzaj podejścia do kompozycji, który do mnie przemawia. Niemniej jednak podobał mi się bardzo ostatni utwór, “Eight Songs for a Mad King”, a zwłaszcza świetna i wymagająca partia barytonu – Martina Lindsay’a. Może trochę dałam się nabrać na efektowną kreację aktorską (wszystkie pozostałe koncerty były bardziej statyczne), ale umiejętności operowania głosem panu Martinowi nie odmówi nikt.

08birtwistle.jpg Najmniej wyrazisty i przykuwający uwagę repertuar zaprezentowała podczas festiwalu London Sinfonietta. Utwory Olivera Knussena czy Harrisona Birtwistle’a, na tle pozostałych kompozytorów nie pozostały w mej pamięci na dłużej. Może coś mi umknęło, może dopiero po kilkakrotnym przesłuchaniu tych kompozycji potrafiłabym dostrzec w nich więcej, na tę jednak chwilę wrażenia moje co do nich są mieszane, zwłaszcza biorąc pod uwagę dwa utwory Sir Birtwistle’a, które brzmiały niczym zinstrumentowane na inny skład renesansowe madrygały.

Dużo lepiej wspominam koncert George’a Benjamina. Duet altówkowy “Viola Viola”, napisany na dwa instrumenty brzmiał tak, jakby był grany przez kilka, prezentując przy okazji całą paletę różnych sposobów wydobywania dźwięku. Świetnie zabrzmiał także orkiestrowy “At First Light”, napisany przez Benjamina w wieku zaledwie 22 lat. Szybkie przejścia między rejestrem wysokim i niskim nadawały nieustannie utworowi dynamizmu, a zmieniające się co chwilę grupy instrumentów tworzyły coraz to nowe plany dźwiękowe o zróżnicowanej barwie. Jest to kolejny angielski kompozytor, któremu francuskie wpływy nie są obce, w tym przypadku słyszalne są zwłaszcza na tle harmonicznym oraz kolorystycznym (Messiaen, Debussy, Ravel).

Ostatni dzień cyklu Modern Classic należał do Briana Ferneyhough’a i Marka-Anthony’ego Turnage’a. Wysublimowany, indywidualny styl komponowania Ferneyhough’a wprawia w nie mniejsze osłupienie niż jego dokładne, świadczące o rozległej erudycji, wypowiedzi. Poziom skomplikowania jego utworów, wraz z nieustannymi próbami przekraczania granic naturalnych możliwości instrumentalisty (“Cassandra’s Dream Song” na flet solo notowany na trzech systemach!) budzi tym większy podziw dla muzyków podejmujących się ich wykonania. Z tego zadania wywiązali się w Krakowie wspaniale członkowie Klangforum Vien wraz z dyrygentem Emilio Pomarico i flecistką Verą Fischer.

11turnage.jpg Na “Blood On The Floor” Marka-Anthony’ego Turnage’a przybyła najliczniejsza widownia spośród wszystkich ośmiu koncertów poświęconych współczesnej muzyce brytyjskiej. Ci, którzy wybrali się tego wieczoru do Teatru Łaźnia Nowa, z pewnością nie żałowali decyzji. Na sam koniec cyklu Modern Classic przygotowano prawdziwą bombę! Diametralnie różny od wszystkiego co do tej pory usłyszeliśmy na Sacrum Profanum, obszerny, bo trwający ponad godzinę, utwór na orkiestrę i zespół jazzowych muzyków. Tego typu zestawienie już na samą myśl intryguje – w jaki sposób kompozytor zdołał dopasować dwa tak różne światy jak jazz i muzyka nowa? Okazuje się, że zintegrował je w jedność. Partie perkusji, saksofonu czy gitary elektrycznej, podbudował brzmieniem orkiestry. Przypomina ono momentami symfoniczne dzieła Gershwina, jest jednak dużo ostrzejsze i agresywniejsze. Nie brakuje też momentów refleksyjnych, ponieważ utwór poświęcony jest pamięci zmarłego z powodu przedawkowania narkotyków brata kompozytora. Mimo przygnębiającego kontekstu, wykonanie “Blood On The Floor” wywołało entuzjastyczną reakcję publiczności, która gromkimi brawami nagrodziła ten wspaniały koncert.

Na tym wydarzeniu moja przygoda z Sacrum Profanum 2009 zakończyła się. Nie dane było mi usłyszeć Aphex Twina wraz z Florianem Heckerem, nie widziałam też pokazów Chrisa Cunninghama. Śmiało jednak mogę powiedzieć, że festiwal ten to jedno z najciekawszych wydarzeń muzycznych w Polsce. Prezentowany jest na nim różnorodny repertuar (muzyka nowa, ambitny pop, eksperymentalna elektronika). Należy jednak podkreślić, iż nie jest to z pewnością wydarzenie dla przypadkowego słuchacza, a dla grupy osób o konkretnych gustach. Wrażenie robi także dobrze przemyślana, profesjonalna oprawa audiowizualna oraz sprawna organizacja. Specyficzną atmosferę nadają miejsca koncertów. Industrialne pomieszczenia, wraz z odpowiednią wizualizacją w tle, tworzą nową jakościowo przestrzeń, w którą muzyka współczesna wyśmienicie się wpasowuje. Szkoda tylko, zSpecyficzną atmosferę nadają miejsca koncertów. Industrialne pomieszczenia, wraz z odpowiednią wizualizacją w tle, tworzą nową jakościowo przestrzeń, w którą muzyka współczesna wyśmienicie się wpasowuje. Szkoda tylko, że termin Sacrum Profanum przypada na ten sam miesiąc, w którym odbywa się festiwal Warszawska Jesień. Nie wszyscy melomani mogą sobie pozwolić na podwójny maraton koncertowy.

Anna Lenarcik

Zdjęcia z festiwalu autorstwa Anny Lenarcik:

06davies.jpg

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.