rockenseine3.jpg Rock en Seine 2010 – Three Nights In Paris

Jeśli jakość festiwali mierzyć ilością wzruszeń, ciarek przechodzących po ciele i uśmiechów, to tegoroczna edycja Rock en Seine była dla mnie najlepszą imprezą w całym dotychczasowym życiu.

W niedzielę, 29 sierpnia, usiadłem po koncercie Arcade Fire na mokrej od deszczu trawie, spojrzałem głęboko Panu Bogu w oczy i powiedziałem: “nie chcę wracać”. Prośba nie została wysłuchana. Po upłynięciu 24 godzin wysiadałem z pociągu na częstochowskim dworcu i jedna myśl kłębiła mi się w głowie – jeśli któraś z religii roztoczyłaby przede mną wizję nieba, w którym co kilka dni (ewentualnie tygodni) mógłbym oglądać TAKIE koncerty jak te w Paryżu, stałbym się pewnie jednym z jej najzagorzalszych wyznawców. Czekam na propozycję.

Wróćmy na ziemię. Jest wiele elementów, które sprawiają, że jeszcze wiele lat musi minąć, by nasze rodzime festiwale wyglądały tak jak te europejskie. W doborze artystycznym świat już dogoniliśmy (Off), ale pod względem organizacyjnym jesteśmy, niestety, daleko w tyle. Przykłady? Zacznijmy od początku. Kiedy zmierzałem na teren festiwalu, uderzył mnie widok tłumów ludzi idących w tym samym kierunku. Staropolskim zwyczajem zakupiliśmy wraz z towarzyszami i towarzyszkami  kilka napojów niskoprocentowych świadomi faktu, że w kolejce będziemy stać co najmniej godzinę. Tak było np. na Open’erze. W Paryżu wystarczyło zaledwie kilka łyków, by stanąć przed obliczem uśmiechniętego pana sprawdzającego karnety. Następnym etapem była ochrona. Zostałem uprzejmym i nieco łamanym angielskim zapytany, czy w torbie przenoszę aparat fotograficzny. Stałem na obcej ziemi, nie znałem konsekwencji kłamstwa, więc powiedziałem “yes”. Pan zerknął na urządzenie i pozwolił iść dalej. W Gdyni zabrano mi długopis, oglądano z każdej strony paczkę papierosów, zwracano się do mnie chamskim tonem. W Paryżu natomiast nie zostałem potraktowany jak intruz, który w bucie wnosi bombę, a w kieszeniach trzy noże.

rockenseine1.jpg Co następne? Piękno! Śliczne sceny, śliczna alejka z plakatami wszystkich wykonawców grających na festiwalu i, przede wszystkim, śliczni ludzie. Jestem mężczyzną heteroseksualnym, który ma słabość jedynie do Morrisseya, ale docenienie urody płci męskiej było na Rock en Seine niemal obowiązkiem. I tylko smutno, że “moja twarz była w tym wszystkim najstraszniejsza“. Przynajmniej takie miałem wrażenie.

Po rozeznaniu się w terenie i wybadaniu lokalizacji scen, postanowiliśmy sprawdzić smak sprzedawanego piwa. Heineken i Desperados w opcji 0.3 i 0.5. Poprosiłem o to pierwsze w mniejszym rozmiarze i usłyszałem, że muszę dołożyć 1 euro. Po co? Dostałem kubeczek, który przy okazji każdego kolejnego zakupu był wymieniany za darmo. Konsekwencją tego był fakt, że nie stąpałem potem przez kilkadziesiąt godzin po morzu plastikowych, zgniecionych pojemników (patrz: Open’er). Z napojem w ręku mogłem również swobodnie poruszać się między scenami i nie czuć się jak jakiś pijaczek zamknięty w getcie spragnionych (patrz: Off). Kiedy poczułem głód, jako praktykujący wegetarianin nie byłem skazany na gofry i podejrzane frytki…

Przykładów plusów organizacyjnych można by mnożyć i choć wydawać by się mogło, że to nie do końca istotne kwestie, sprawiły one jednak, że uśmiech częściej gościł na twarzy, a nerwy i narzekania zostawiłem na lotnisku Okęcie (poniżej pozwolę sobie trochę ponarzekać, bo w końcu już w Polsce jestem :) ).

Przejdźmy jednak do sprawy najważniejszej – muzyki.

Festiwal zaczął się dla mnie nieco niefortunnie. Band Of Horses nudziło strasznie. Nie jestem fanem zespołu, ale chciałem dać im szansę. Sądząc po reakcjach publiki, moje obserwacje nie były odosobnione. Z zupełnie odmiennym odbiorem miał do czynienia Kele. Płytę męczyłem kilkanaście razy i nie potrafię się przekonać do nowego oblicza wokalisty Bloc Party. Koncert rządził się jednak zupełnie innymi prawami. Z najcieplejszym przyjęciem (również moim) spotkały się utwory macierzystego zespołu – “Flux”, “The Prayer” czy genialne “One More Chance”. Znaczące również, że z solowej płyty najlepiej wypadło “Everything You Wanted”, które spokojnie mogłoby się znaleźć w repertuarze Bloc Party. Jeden z towarzyszów wyprawy jednak narzekał: “Jeśli tak ma wyglądać rock a.d. 2010, to ja dziękuję bardzo“. Nazwa “Rock en Seine” do czegoś zobowiązuje. Następny przystanek był już jednym z trzech cudów festiwalu.

Foals. Wiele się nasłuchałem, że koncertowo panowie są kiepscy i sprawiają wrażenie, jakby występy na żywo nie sprawiały im radości albo za nagrywanie płyt odpowiadały zupełnie inne osoby. Nic z tego! Yannis Philippakis faktycznie nie otwierał zbyt szeroko ust i jego wokal był jeszcze bardziej zbliżony do dokonań Roberta Smitha, ale w niczym nie umniejsza to faktu, że Foals zagrali genialnie. 9 utworów, w tym tylko cztery z “Total Life Forever”, ale co poradzić, kiedy dysponuje się tyloma świetnymi piosenkami. “Spanish Sahara” w towarzystwie ulewnie padającego deszczu to przeżycie wręcz mistyczne, a kończący set “Two Steps, Twice” pozostawił jedynie niedosyt, że na festiwalach na więcej nie można liczyć.

Skunk Anansie obejrzałem z daleka, ale utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że to nie moja bajka. Nie do końca jest nią również twórczość The Kooks, ale dałem się namówić na podejście pod samą scenę. Jednym wielkim pozytywem jest to, że znów poczułem się jak nastolatek i nawet nie drażniło mnie powtarzane w każdej piosence po kilkadziesiąt razy słowo “love”. Koncert zdecydowanie lepszy od tego na Open’erze z 2009 roku. Miło było patrzeć na uśmiechnięte twarze zgromadzonych wokoło młodych dziewcząt i chłopców. Jeszcze kilka lat i nie będę patrzył na The Kooks jak na rockową reinkarnację Backstreet Boys. Zwrócił moją uwagę premierowy utwór, który może spowodować, że koło nowej płyty nie przejdę zupełnie obojętnie.

Były plusy, ale oczywiście muszą także pojawić się minusy i tak się składa, że z największymi miałem do czynienia pierwszego dnia. Koncertu Black Rebel Motorcycle Club nie zrozumiałem. Bez energii, bez entuzjazmu, nuda. Natomiast o godzinie 22 rozpoczął się show, na który niemal wszyscy czekali. Przechadzając się wcześniej po terenie festiwalu co chwilę można było spotkać osobników w koszulkach… Blink 182. Jak było? Takiego beznadziejnego koncertu nie widziałem od dawna. Panowie dobrze zdają sobie sprawę, że ich największa gwiazda i najbardziej utalentowany członek siedzi za perkusją. Eksponowanie jego zdolności (około 10-minutowe solo, w czasie którego pałker grał, a podest kręcił się we wszystkie strony) miało jednak chyba więcej wspólnego z cyrkiem, a nie koncertem. Tłum miał radochę, więc niech im będzie… Próbowałem uciekać, ale na Deadmau5 wytrzymałem tylko 10 minut.

rockenseine2.jpg Drugi dzień rozpoczął się dla mnie od występu Plan B. Najpierw na scenie pojawił się człowiek, który za pomocą jamy gębowej wyczyniał nieprawdopodobne rzeczy. Zwycięstwo w “Mam Talent” miałby murowane, ale nie na takiego “cudaka” czekałem. Plan B to był miły początek dnia, choć dobrze wiadomo, że większość czekała na ten jeden utwór – “She Said” zabrzmiało jeszcze lepiej niż w oryginale. Oczekiwania nie były jednak stratą czasu, a i nóżka z radością wybijała rytmy. Miło, że Ben Drew nie zrezygnował ostatecznie z hiphopowych wpływów i nagrań z poprzednich płyt.

Koncert Two Door Cinema Club wywołał najwięcej kontrowersji wśród towarzyszy wyprawy. Kiedy ja stałem i patrzyłem na wyczyny młodych Irlandczyków, znajomi ułożyli się na ziemi i zasnęli (!?). Problem kapeli polega na tym, że ich materiał jest strasznie nierówny. “Undercover Martyn” i “Something Good Can Work” to utwory, które wywoływały żywszą reakcję organizmu, w innych momentach chciało się, by jak najszybciej skończyli. Wydaje się jednak, że Two Door Cinema Club ma spory potencjał i jeszcze nie raz o nich usłyszymy.

Występ Jonsiego trudno zaliczyć do pozytywów Rock en Seine. Wina nie leży jednak po jego stronie, ale taka muzyka nie sprawdza się po prostu na festiwalach. Zwłaszcza, kiedy nie jest jeszcze ciemno, ludzie rozmawiają i prowadzą nieustającą wędrówkę. Największym problemem były jednak dźwięki muzyki techno, wydobywające się z jednego z mniejszych namiotów, które w pewnych momentach  dobiegały do uszu i skutecznie odwracały uwagę. Może dlatego na następny dzień niewiele z koncertu już pamiętałem.

Na Queens of The Stone Age wytrzymałem tylko dwa utwory. Rozumiem fascynację tą kapelą, ale jej nie podzielam. Zdecydowałem się udać pod inną scenę, by zająć miejsce przed koncertem, który najbardziej mnie drugiego dnia interesował. Mam nadzieję, że oświadczenia o zakończeniu działalności LCD Soundsystem nie znajdą potwierdzenia w rzeczywistości. Występ był świetny. Bardzo rzadko zdarza mi się otwierać usta i śpiewać na koncertach, ale tym razem stało się to mimowolnie. Nie mogłem się zahamować i krzyczałem z tłumem: “Drunk Girls” czy “I Can Change”. James Murphy w znakomitej formie i kolejny pozytyw – tak dobrze nagłośnionego koncertu nie słyszałem dawno.

Potem obudził się we mnie punkowiec i zrezygnowałem z oglądania Massive Attack na rzecz Jello Biafra And The Guantanamo School Of Medicine. Zażenowanie mieszało się z entuzjazmem. 52-letni Biafra skakał po scenie, krzyczał, tańczył, śpiewał. Wszystkie utwory brzmiały jednak jak odrzuty z sesji Dead Kennedys. Nie ta energia, nie te czasy. Patrzyłem na legendę, która próbuje ciągle być żywa i nie do końca źle jej to wychodzi.

Trzeciego dnia zwiedzanie Paryża nieco nam się przedłużyło i na teren festiwalu dotarliśmy dopiero na 18 (przegapiając Eels :( ). Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to będzie jeden z najpiękniejszych dni w życiu.

rockenseine4.jpg Wstępem do magii były dwa koncerty. Najpierw Beirut. Zach Condon wyraźnie przytył, ale chyba wyszło mu to na dobre. Razem z kilogramami pojawiło się w jego głowie dużo pomysłów i pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie wpadnie znów w depresję. Zaczęło się od “Nantes” i ze wzruszenia mnie zatkało. Potem było już nieco gorzej i duży wpływ miał na to wiatr, który powodował, że dźwięk nie dopływał do uszu tak jak powinien. Pozytywnie zaskoczony byłem koncertem The Ting Tings, na który miałem wpaść tylko na chwilę, a zostałem do końca. Trudno było oczekiwać po nich cudów, ale przebojowość i energia urzekła. Sam zdziwiłem się, że jeszcze podobać mi się mogą katowane do upadłego “That’s Not My Name” czy “Shut Up And Let Me Go”, choć zdecydowanie na plus, że starali się wyciągnąć z tych utworów nieco więcej niż na płycie. Szkoda, że zaprezentowali na festiwalu tylko jeden nowy utwór “Hands”, bo w tej chwili trudno wyrokować, czy przypadkiem nie mieliśmy do czynienia z zespołem jednego albumu.

Czas przejść do tego, co najpiękniejsze i o czym nawet nie śniłem w najcudowniejszych snach. Ktoś gdzieś napisał, że Roxy Music przydałaby się muzyczna viagra. Bzdura! Widziałem łzy wzruszenia, widziałem tłum ludzi, który stał zahipnotyzowany. Dla takich chwil się żyje. Około dwunastu osób na scenie, głos i zachowanie Ferry’ego, genialne aranżacje, żywiołowość. Naprawdę brakuje słów, by opisać to zdarzenie. Może wypada zazdrościć rodzicom, że w ich młodości na imprezach leciały takie dźwięki?  Po upływie 45 minut myślałem: “tylko niech to się nie kończy”. Skończyło się i w nieprawdopodobnie miłej kondycji psychicznej powędrowałem zobaczyć Arcade Fire. Nie myślałem, że uda się im dorównać Roxy Music. Zaczęli od “Ready To Start”, potem “Keep The Car Running” i ponownie trafił we mnie piorun ekstazy i radości. Utwory z nowej płyty brzmią genialnie, zwłaszcza niedoceniane wcześniej przeze mnie “Rococo”. Chyba cały tłum zgromadzony pod sceną śpiewał “No Cars Go”.  W czasie “Intervention” nawet niebo nie wytrzymało takiej dawki emocji i spuściło na ziemię litry deszczu. Niestety, organizatorzy nie byli na to przygotowani. Po 11 utworach obsługa i sam zespół zapakowali instrumenty w folie, czekając aż natura się zlituje. Tak się jednak nie stało. Arcade Fire w nieco akustycznej wersji zagrali jeszcze śliczną wersję “Wake Up” i sen się skończył…

Nie ma i nigdy nie będzie festiwalu idealnego, ale Rock en Seine w 2010 roku zbliżył się do wzorca, do którego będę się odwoływał do ostatniego tchnienia. Trzeba będzie zrobić wszystko, by wrócić tam za rok…

Michał Stępniak




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.