27.02.2016 08:06

Autor: Michał Stępniak

Rihanna – “ANTI”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Rihanna – “ANTI”
Roc Nation/Westbury Road/2016

Rihanna odważna i interesująca.

O ósmym albumie Rihanny mówiono wiele na długo przed premierą. Wokalistka do tej pory nigdy nie kazała na siebie tak długo czekać, nigdy też wydanie kolejnej płyty nie wiązało się z tyloma sporami dotyczącymi technicznych i marketingowych kwestii (m.in. promowanie marki Tidal, dziwne zagrywki Samsunga windujące sprzedaż i zmiana wydawcy fizycznej wersji płyty). Nigdy też rezultat nie wywołał takiego zamieszania wśród fanów, a pozostali odbiorcy od razu po premierze podzielili się na tych, którzy nie rozumieją nowego oblicza Rihanny oraz tych, którzy uznali, że ma ona wreszcie coś więcej do zaproponowania poza ładną buzią. Barbadoska zaryzykowała, spróbowała czegoś nowego i to ryzyko jej się opłaciło. Jeśli bowiem jej marzeniem jest wejście na wyższy poziom artystyczny, to wypuszczając “ANTI” poczyniła ważny krok na drodze do tego celu.

Pierwsze zaskoczenie pojawia się w momencie, gdy spojrzymy na listę utworów. Można było być pewnym, że Rihanna zamieści na “ANTI” dwa przeboje z ubiegłego roku, czyli “Bitch Better Have My Money” czy nagrany wspólnie z Paulem McCartney’em i Kanye Westem “FourFiveSeconds”. Nic jednak z tego, one tu raczej nie pasują. Kolejnego szoku można doznać, gdy dotrze do słuchacza, iż album Barbadoski pozbawiony jest w zasadzie jakiegokolwiek (tradycyjnie rozumianego) przeboju, który mogłyby katować do upadłego komercyjne stacje radiowe, a dyskoteki puszczać co godzinę, ku zadowoleniu większości zgromadzonych osób. Kiedy dodamy do tego fakt, iż Rihanna zamieściła na “ANTI” cover Tame Impala, to można się spytać, czy ktoś tutaj przypadkiem się pod nią nie podszywa.

I got to do things my own way, darling/Will you ever let me?/Will you ever respect me? – takie słowa padają w otwierającym album “Consideration” i należałoby je uznać za pewnego rodzaju myśl przewodnią. Rihanna sprawia wrażenie jakby była już w mniejszym stopniu produktem, nad którego wizerunkiem pracują tłumy. “ANTI” to w rezultacie zdecydowanie najbardziej spójny album w jej dyskografii. Prawdopodobnie też najbardziej osobisty. Koniec więc ze strategią trzech czy czterech świetnych utworów, do których dodawane są łatwo dające się zapomnieć “wypełniacze”. Do uszu nie dobiegają już nasączone mocną elektroniką piosenki, zachęcające do podskoków i machania rękami. Koniec również z doświadczeniami szeregu producentów, którzy chcieli z piosenkarki zrobić coś, co do niej zupełnie nie pasowało. Rihanna i jej współpracownicy mieli zupełnie inny pomysł na “ANTI”. Robert Sankowski z “Gazety Wyborczej” nazwał to “hipsterskim r’n'b” i jest to sformułowanie dość celne.

Rihanna na “ANTI” miesza retro z bardziej nowoczesnym spojrzeniem na muzykę pop, ale z głównym naciskiem na to pierwsze rozwiązanie. Usłyszeć tu można coś ze Stevie Wondera czy innych gwiazd wytwórni Motown. Rihanna w pewnych fragmentach przypomina nawet Amy Winehouse, zwłaszcza, gdy wznosi się na wyżyny swoich zdolności wokalnych. To, co przykładowo wyprawia z głosem na najlepszym na płycie “Love on the Brain” zasługuje na spore uznanie. Z pozoru skromna balladka z męskimi chórkami w stylu lat 60. aż prosi o kilkakrotne przesłuchanie i jest w stanie wryć się głęboko do głowy. Udanych utworów jest tutaj o wiele więcej i nawet krótkie i z pozoru niezaskakujące “Consideration” kipi od ciekawych pomysłów. Można wprawdzie psioczyć, że cover Tame Impala (zamiast “New Person, Same Old Mistakes” zatytułowany “Same Ol’ Mistakes”) przywodzi na myśl wykonania rodem z karaoke czy popularnych programów telewizyjnych. Cóż jednak z tego skoro utwór idealnie wpasowuje się w mroczny klimat płyty. Intrygują “Work” z gościnnym udziałem Drake’a czy akustyczna ballada “Never Ending”, hipnotyzuje “Woo”, cieszy “Kiss It Better”. Przecieranie nowych szlaków tym samym okazało się owocne, zadowalające i obiecujące.

“ANTI” to niewątpliwie pozytywne zaskoczenie i dowód na to, że warto było czekać. Istnieją pewne przesłanki pozwalające stwierdzić, że to początek czegoś naprawdę interesującego. Niech Rihanna się jednak nie spieszy z kolejnym albumem, jeśli efekt ma być podobny czy jeszcze lepszy, to warto trochę potęsknić.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (13 głosów, średnio: 6,38 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.