18.10.2010 15:47

Autor: Gosia

Rewelacyjna 6. odsłona FreeFormFestival!

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | |


goldfrapp-0005.jpg Rewelacyjna 6. odsłona FreeFormFestival!

Pierwszy dzień festiwalu zakończył się pełnym sukcesem. Dwie panie – mowa o Robyn i Alison Goldfrapp – oczarowały warszawską publiczność!

Na zewnątrz zimno, ale w pomieszczeniach fabryki wódek Koneser w piątkowy wieczór panowała naprawdę gorąca atmosfera. Organizatorzy zadbali o niezapomniane muzyczne wrażenia dla uczestników festiwalu i chyba nikt kto zdecydował się wybrać tego wieczoru na FreeForm Festival nie czuł się zawiedziony.

Skoro jesteśmy przy organizacji, to wypadałoby powiedzieć jeszcze parę słów na ten temat. Bardzo dobrym posunięciem, w porównaniu z rokiem poprzednim, była zmiana usytuowania scen oraz rozstawienie długiego namiotu z miejscami do siedzenia, prowadzącego wprost na Grolsh Stage. Jeśli kogoś np. rozbolały nogi lub poczuł pragnienie, mogł udać się tam i popijając chłodne piwko oglądać koncerty na rozmieszczonych wzdłuż namiotu ekranach. Niestety nie obyło się też bez małej wpadki – występy na Second Stage miały około półgodzinny poślizg, co było powodem niewygodnego zazębiania się koncertów. My jednak okupowałyśmy przede wszystkim scenę główną, więc wyszło to nawet na dobre – mogłyśmy spokojnie zostać do końca koncertu Robyn, a i tak zdążyłyśmy na trzy pierwsze piosenki żeby pstryknąć fotki The Whip.

Ale po kolei. Pierwsze kroki skierowałyśmy w stronę strefy mediów, by dopytać się o szczegóły i okazało się, że trafiłyśmy akurat na spotkanie z Robyn. Udało nam się chwilę z nią porozmawiać i dowiedzieć kilka anegdotek. Wiemy np. że ceni sobie występy Grace Jones i twórczość Mary J Blige. Nie przepada natomiast za porównaniami do Lady Gagi, którą notabene miała okazję poznać na gali WMA, a nawet przytulić się do jej słynnej mięsnej kreacji! Zapewniła też nas, że ma tego wieczoru mnóstwo energii i na koncercie da z siebie wszystko.

kamp-2.jpg Zanim jednak Robyn zaczęła swój koncert, na scenie Grolsch zagrał zespół Kamp!.Panowie wśród entuzjastów muzyki elektronicznej mają już wyrobioną świetną opinię. Obserwując frekwencję na ich koncertach, można powiedzieć, że zapewnili ją też o tak wczesnej porze festiwalowi (w tamtym roku na miejscu Kamp! grali Pony Pony Run Run i na ich koncert przyszła może 1/10 tegorocznej kampowskiej publiczności). Dlatego podpowiadamy organizatorom koncertów – Kamp! jako support przed zagranicznymi gwiazdami! Kilkakrotnie już miałyśmy okazję widzieć ich na żywo, więc wiedziałyśmy czego się spodziewać. Panowie nie zawiedli – bez problemu rozkręcili publiczność pozostawiając po swoim występie mnóstwo pozytywnej energii. Śmiemy twierdzić, że jeśli dalej będą wydawać takie przebojowe single i grać tak fantastyczne koncerty, w niedługim czasie powinni przebić popularnością za granicą Behemotha i stać się naszym muzycznym produktem eksportowym nr 1.

robyn13.jpg Gdy dotarłyśmy na Second Stage nic się tam jeszcze nie działo, postanowiłyśmy więc usiąść w namiocie i poczekać na występ Robyn. W końcu doczekałyśmy się. To co działo się na scenie ciężko jest nawet opisać. Ta drobna, wyglądająca jak porcelanowa laleczka, prywatnie bardzo spokojna i opanowana osoba, z chwilą wejścia na scenę staje się wybuchową petardą! Każda jej piosenka zabrzmiała rewelacyjnie, dużo lepiej na żywo niż w wersji studyjnej. Usłyszeliśmy głównie hity z najnowszych płyt artystki (“Robyn”, “Body Talk Pt. 1 & 2″), a także znany z twórczości Teddybears przebój “Cobrastyle”, oraz wynik kolaboracji z Röyksopp – “The Girl and the Robot”. Od strony wokalnej Robyn zaprezentowała się znakomicie. Na nagraniach studyjnych brzmi delikatnie i miękko, na żywo jednak śpiewa silnym i dobrze postawionym głosem. Nie było też żadnych fałszów, co przy tak energetycznym występie jest niezwykle trudne do osiągnięcia.

Robyn zgromadziła spośród wszystkich koncertów tego dnia najliczniejszą publiczność (większą nawet niż Goldfrapp!). Wydostanie się z fosy oraz dojście do końca hali było dla nas naprawdę ciężką przeprawą. Ludzie bawili się przy jej piosenkach fantastycznie! Mamy więc nadzieję, że wokalistka doceni polską publiczność i odwiedzi w przyszłym roku nasz kraj przy okazji trasy promującej wydanie ostatniej części “Body Talk” (o czym z resztą wspomniała podczas spotkania z fanami).

Kolejny przystanek to Second Stage, gdzie w prawie grobowych ciemnościach produkowali się The Whip. Ta sympatyczna trójka może nie zgromadziła tak licznej widowni jak Robyn czy Goldfrapp, ale łatwo dało się zauważyć, że wśród Polaków posiadają oni dość liczną grupę fanów. Zresztą nic dziwnego – w rewelacyjny sposób przypomnieli nam, że za pomocą gitar i perkusji, z niewielkim jedynie wsparciem efektów można tworzyć tak porywającą muzykę taneczną. Występ Brytyjczyków zobaczyłyśmy jednak tylko we fragmencie, ponieważ nie chciałyśmy się spóźnić na Goldfrapp. Cóż to by była za strata nie zobaczyć tego show od początku do samego końca!

goldfrapp-04.jpg Zanim jednak przejdziemy do gwiazdy wieczoru musimy nadmienić, że 1/2 duetu relacjonującego jest na zabój zakochana w Pani Goldfrapp. Nie jest w tym chyba odosobniona, bowiem tej nocy powietrze nad Grolsch Stage było aż gęste od gorącego uczucia jakim polska publika darzy Alison. Trudno się dziwić – cudowny wokal, powabne ruchy i magnetyczne spojrzenie! Obie miałyśmy ciarki kiedy Alison patrzyła w naszą stronę. Kiedy widzi się coś takiego, można wybaczyć banalność i kiczowatość ostatniej płyty duetu. (Gosia: ja już dawno pogodziłam się, że Goldfrapp z czasów “Felt Mountain” czy “Black Cherry” już nie wróci…) Tym bardziej cieszyły tego wieczoru utwory z drugiego krążka, bo niestety na jakikolwiek akcent z debiutu nie mogłyśmy liczyć. Setlista w dużej części składała się oczywiście z utworów pochodzących z “Head First”, które w wersji live zyskują trochę uroku. Najlepszym przykładem niech będzie piosenka “Rocket”, rażąca wręcz swoją tandetnością. Na żywo jednak stała się znakomitym zakończeniem koncertu (po niej pojwiło się już tylko fenomnalnie wykonane “Strict Machine”). Prawie cała publika śpiewała z Alison “Oo-ooh I got a rocket/Oo-ooh you’re going on it/Oo-ooh you’re never coming back“, choć wiadomo przecież, że nikt nie chciał aby zespół zniknął ze sceny! Wszyscy okazywali im to zresztą gromkimi owacjami za każdym razem kiedy kolejne utwory dobiegały końca. I tutaj trzeba oddać honor reszcie muzyków, bo oprócz Alison na scenie pojawiła się też czwórka barwnych i charyzmatycznych instrumentalistów. Grzechem byłoby gdybyśmy nie wspomniały zwłaszcza o męskiej części składu, która przykuła naszą uwagę. Basista, Charlie Jones, przez cały występ wpatrywał się przenikliwym wzrokiem w publikę z miną a la “poker face”. Z kolei Davide Rossi aka “Davide sexy chest” uwiódł nas grą na skrzypcach i klawiszach w takim samym stopniu jak swoją odkrytą klatką piersiową.

Podczas gdy Goldfrapp było jeszcze na scenie, na Second Stage występ rozpoczynał DJ Krush, którego set był ostatnim punktem w muzycznym rozkładzie i zarazem godnym zakończeniem pierwszego dnia festiwalu.

W sobotę w fabryce Konesera pojawili się m.in Speech Debelle, Chew Lips i Autokratz, którzy ponoć dali niezapomniany show. Ponoć, bo niestety nie było nam dane zostać na drugim dniu 6. edycji FFF. I jeśli doznania z tylko jednego dnia tego festiwalu pozostawiają nas z uczuciem, że był to co najmniej dobry event, nie chcemy nawet podejrzewać jaka euforia ogarnia osoby, które doświadczyły całości. FreeForm A.D. 2010 nie zawiódł i z roku na rok udowadnia, że jest ważnym wydarzeniem na mapie polskich festiwali. Oby tak dalej!

Anna Lenarcik i Gosia Lewandowska

Zdjęcia autorstwa Anny Lenarcik i Gosi Lewandowskiej




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.