25.04.2011 21:04

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Relacja z wiosennej edycji OFF Clubu

Kategorie: Czytelnia, OFF relacje, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | |


merzbow.jpg Głośno i ambitnie.

Od dłuższego czasu mówiło się, że OFF Festiwal oraz jego mniejsza odsłona, OFF Club, będą szły  w stronę muzyki trudnej i niszowej. I faktycznie, mimo, że na kolejnych edycjach tych imprez nie brakuje bardzo rozpoznawalnych gwiazd muzyki alternatywnej, jednocześnie zapraszani są wykonawcy, którzy raczej nie przychodzą do głowy na hasło “festiwal muzyczny”. Najlepszym dowodem na tę tendencję było zaproszenie w 2010 roku do Katowic nowojorskiego ZS, grającego eksperymentalne połączenie free jazzu i rocka. Kiedy ogłoszono skład wiosennego OFF Clubu, wszystko było jasne: 16 kwietnia swoje święto będą mieli miłośnicy muzyki głośnej, starającej się zawładnąć każdą komórką naszego mózgu.

Jako pierwsza wystąpiła rodzima reprezentacja, czyli Niwea. Trudno powiedzieć, czy Bąkowski i Szczęsny pozazdrościli Autechre egipskich ciemności, jakie charakteryzują ich występy, czy sami wpadli na ten pomysł. W każdym razie, jeśli duet chciał zdezorientować publiczność, to trzeba przyznać, że ten efekt osiągnęli, zwłaszcza jeśli chodzi o znajdujących się w rozpaczliwej sytuacji fotografów. Gdy zdecydowali się włączyć oświetlenie, była to zawieszona nad głową Bąkowskiego świetlówka, więc zasada minimalizmu charakteryzująca ich muzykę i koncerty została zachowana. Setlista była oparta głównie o materiał z drugiego albumu, “02″, a sami artyści jakby bardziej otworzyli się na scenie – zwłaszcza Bąkowski deklamował swoje teksty ze znacznie większym zaangażowaniem. Więc, jak na razie, Niwea nie traci świeżości i ma dużą szansę przeskoczyć poziom, jaki reprezentowali po wydaniu debiutu.

Dla wielu osób to właśnie eksperymentalne ZS było clue programu tegorocznej edycji OFF Clubu. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, jak rewelacyjną płytą było wydane w zeszłym rok “New Slaves”, a także, jak niesamowity występ grupa dała w sierpniu w Katowicach. Tym razem mogliśmy zobaczyć ZS w innym składzie, a mianowicie trio: gitara, saksofon i perkusja. W porównaniu do występu na OFF Festiwalu, kiedy to z zespołem był jeszcze jeden gitarzysta i inny perkusista, występ w katowickim Teatrze Gugalander był znacznie gwałtowniejszy. W kwartecie muzycy dawali sobie wzajemnie więcej oddechu i konstruowali utwory znacznie delikatniej i bardziej precyzyjnie, natomiast trio od początku grało mocno, skupiając się na fizycznej wręcz intensywności. Prym wiodły grające matematyczne rytmy perkusja i gitara, nie zaś powtarzane w nieskończoność pasaże saksofonu, potrafiącego grać jedną nutę przez kilka minut. Szkoda jedynie, że gdy już pod koniec muzycy porządnie się rozkręcili, na bis zagrali tylko jeden kilkuminutowy utwór, zamiast pociągnąć tę energię dalej.

Kid 606 niestety straszliwie rozczarował. Jego set brzmiał, jakby Wenezuelczyk zatrzymał się w 1993 roku na jakieś zapuszczonej polanie w okolicach Londynu, na której właśnie ma miejsce nielegalna impreza rave’owa. Epitety “inteligentny” i “pełen niuansów” to ostatnie określenia, jakiego użyłbym przy opisie jego występu – przez cały występ publika była atakowana walącymi po uszach prostymi beatami, za którymi nic się nie kryło, żadna frapująca zabawa ze stylistyką techno i breakcore’u. Ani trochę nie pomagał fakt, że Miguel Trost De Pedro próbował się wspomóc słabymi remiskami przebojów Missy Elliot czy The Verve.  A szkoda, bo w tak wyśmienitym towarzystwie, aż się prosiło, aby sięgnął on po tę część swojej twórczości, która zahacza o eksperymentalne okolice.

Japoński mistrz noise’u, Merzbow, zagrał razem z perkusistą Balazsem Pandi, znanym z gry w takich formacjach, jak Otto von Schirach, Venetian Snares czy The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble. Jeśli chodzi o intensywność koncertu, to przyznam, że czuję lekki niedosyt. Spodziewałem się, że duet od samego początku uderzy taką ścianą hałasu, że natychmiast sięgnę po zatyczki. Tymczasem w ogóle nie odczuwałem takiej potrzeby. Fale hałasu płynące ze sceny, układały się w konkretne struktury, momentami przypominające wręcz muzykę gitarową; Japończyk mniej skupił się na tworzeniu nieprzewidywalnego harmidru, a bardziej na czytelnym układaniu kolejnych fal jazgotu. Z pewnością duży wpływ na miał na to instrument, jakim posługiwał się artysta – wyobraźcie sobie metalowe banjo z obciętym gryfem. Jeśli dodamy do tego perkusistę, grającego głównie figury rytmiczne znane z cięższych odmian metalu, to dostaniemy występ całkiem przystępny. Ja w każdym razie nie czułem się zawiedziony.

Chylę czoło przed organizatorami tegorocznego OFF Clubu, bowiem trzeba było wykazać się dużą odwagą, by skompletować taki skład. Oby kolejne edycje konsekwentnie podążały tą drogą.

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.