09.05.2009 20:57

Autor: Gosia

Relacja z Polsslag Festival 2009 w Hasselt, Belgia

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | | | | | | | |


Fischerspooner4.jpg Relacja z Polsslag Festival 2009 w Hasselt, Belgia

Organizatorzy jednego z większych i chyba najciekawszego z belgijskich festiwali (Pukkelpop) postanowili umilić oczekiwanie na sierpień i poczęstowali nas nie lada kąskiem w postaci POLSSLAG FESTIVAL. 2 maja do Hasselt jechałam z uśmiechem na twarzy, 3 maja wracałam, pomimo zmęczenia, w stanie iście euforycznym. Dlaczego? O tym postaram się opowiedzieć w 4 aktach.

Akt 1 – organizacja
Zacznę nie muzycznie, ale obok tak ważnej sprawy jak organizacja w przypadku dużych festiwali muzycznych przejść obojętnie się nie da. Zwłaszcza gdy na takim festiwalu znajduje się około 10 tysięcy ludzi. W tym miejscu (choć wiem, że tego nie przeczytają, a tym bardziej nie zrozumieją) chciałbym pogratulować organizatorom. Kolejki do barów? Do toalet? Do wejść? Opóźnienia? Niestety, jeśli ktoś na to liczył, to srogo się zawiódł. No dobrze, może nie było aż tak idealnie, bo opóźnienie jedno było, ale po pierwsze nie wyniknęło ono z winy organizatorów, a po drugie spowodowało, że koncerty przestały się pokrywać (ale o tym później). I jeszcze hołd w kierunku pomysłu z wymianą kubeczków, butelek i puszek na gadżety. Dzięki temu opuszczając halę nad ranem nie widziałam pobojowiska, a tylko parę kubków porozrzucanych to tu, to tam.
Bardzo na puls!

Akt 2 – dobre koncerty
I tych muszę przyznać było bardzo dużo, bo z niewielkimi wyjątkami cały festiwal koncertowo był udany. Ale nadmienić trzeba parę, bo w końcu o muzyce miało być. Na dobry początek: Delphic. Zespołu wcześniej nie znałam. Do hali, w której odbywał się festiwal dotarłam niedługo po jego rozpoczęciu i po krótkim obchodzie terenu dotarłam pod scenę Marquee. I muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona tym, co tam zobaczyłam i usłyszałam. Delphic to młody zespół z Manchesteru wpisujący się w nurt muzyki indie-elektronicznej. Niby nic nadzwyczajnego, ale bardzo przyjemne. Myślę, że był to bardzo dobry początek. Co prawda zobaczyłam tylko połowę całego koncertu, ale i tak dało mi to na tyle dobry obraz grupy, żeby sięgnąć po ich twórczość.

Chwilę po zakończeniu koncertu, podążając trochę za tłumem, udałam się na jedną z dwóch największych hal tj. do Dance Hall. Już z daleka na telebimach ujrzałam małego Belga w szarej kamizelce energicznie poruszającego się przy swoim zestawie syntezatorów i innych elektronicznych cud. Sprawdziłam szybko na rozpisce – Stijn. W książeczce napisali o nim, że to chodzący alfabet i było w tym dużo prawdy, bo eklektyzm muzyczny, jak i zachowanie sceniczne złożyło się na niesamowicie charyzmatyczny, wyśmienity występ. Szkoda tylko, że z jego wypowiedzi wyłapywałam pojedyncze słówka, bo to co mówił powodowało uśmiechy na twarzach wszystkich zgromadzonych.

noisettes2.jpg Na następny dobry koncert nie przyszło mi długo czekać. Noisettes widziałam już raz, w 2006 roku, kiedy to otwierali koncert Muse w berlińskiej Treptow Arena. Z całego koncertu zapamiętałam dwa elementy – zarzucanie nogi na gitarę oraz zdejmowanie części garderoby przez wokalistkę. Oba elementy pojawiły się i teraz. Pierwsze części ubioru, a konkretnie bransoletki poleciały na podłogę już w pierwszej minucie koncertu. Później wokalistka pozbyła się butów i kurtki. Na tym, ku niezadowoleniu męskiej części publiki, poprzestała. Ale muszę przyznać, że tak jak wtedy nie zrobili na mnie żadnego wrażenia, tak tym razem Noisettes dali wyśmienity show. Shingai swoją energią mogłaby obdzielić dziesięć innych frontmenek. Koncert na mocną 8.

Ale jak się okazało tego wieczoru scena należała głównie do wokalistek. Tak też było podczas występu Yeah Yeah Yeahs. Występu, który udało mi się zobaczyć dzięki wspomnianemu wcześniej opóźnieniu, a raczej zmianie w line-upie. Początkowo zespół miał występować równolegle z Fischerspoonerem, jednak z powodu nie przybycia na czas artysty zwanego Petem Dohertym nastąpiła mała szarada. I tak oto znalazłam się na YYYs i choć sama nie wierzę, że to piszę, był to jeden z lepszych koncertów tego wieczoru. Zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że jeden z porządniejszych występów, jakie udało mi się zobaczyć kiedykolwiek. Spodziewałam się naburmuszonej i zmanierowanej Karen O., a otrzymałam uroczą, energiczną i wręcz prześlicznie uśmiechającą się przez cały koncert wokalistkę. Poważnie, YYYs mnie kupili. Nowe, jak i stare utwory w wersji koncertowej brzmią rewelacyjnie, a oprawa wizualna koncertu tj. olbrzymie oko wiszące nad sceną, konfetti w kształcie literek Y oraz Karen O. wbiegająca na scenę w różowej masce okręconej różowym światłowodem były niesamowite. Od dziś mogę nazywać się fanką YYYs.

polsslag.jpg Akt 3 – koncerty słabe
Było ładnie i przyjemnie, to teraz już tak nie będzie. Nie mogło być tak, że cały dzień przejdzie bez choćby jednego słabego koncertu. Na tym festiwalu zobaczyłam ich aż 3. Na dobry początek The Rakes. Słyszałam wiele o tym zespole, nigdy nie słysząc tego zespołu. I może to był błąd, bo wtedy nie zawędrowałabym pod scenę Marquee. Muszę przyznać, że było to najbardziej męczące 30 minut całego festiwalu. Wokalista na początku koncertu stał na scenie jakby ktoś kazał mu to robić za karę. Odnoszę wrażenie, że w swojej skórzanej kurtce, czerwonych bawełnianych rękawiczkach, z obłędem w oczach i lekko dziwacznymi ruchami chce pozować na niesamowicie alternatywnego. Mi wydaje się komiczny. Jak na zespół, który stać na wielką płachtę z wypisaną własną nazwą i do tego srebrnymi literami, grają bardzo słabe konerty. Aż dziw, że ktoś im za to płaci. Wynudziłam się strasznie. I nadal nie rozumiem szału, który panował pod sceną.

Tak samo jak nie rozumiem szału na punkcie Pete’a Dohery’ego. Bo jak tu się zachwycać spoconym, pijanym Anglikiem stojącym na scenie i zarzynającym piosenki The Libertines przy użyciu gitary klasycznej. Litości, granie “Can’t Stand Me Now” w wersji akustycznej to zbrodnia. Równie dobrze Pete mógłby śpiewać o tym, że musi zostawić Kate na parę miesięcy, bo wypływa w długi rejs, a na morzu wszystko zdarzyć się może, więc nie wie czy wróci. Jedynym ciekawym fragmentem całego koncertu była wzruszająca opowieść jak to z powodu alarmu przeciwbombowego i późniejszego utknięcia w drzwiach ruchomych na pół godziny spóźnił się na lot do Brukseli. Ach, zapomniałabym jeszcze o dwóch “tancerkach” które wbiegły na scenę w pewnym momencie ubrane w Union Jack i niczym mazowszanki, podparte pod boczki potańczyły 2 minuty i ze sceny zniknęły, hej! Z sali wychodziłam z lekkim uczuciem zażenowania. Nie polecam.

Jako ostatni słaby “koncert” uznałam set djski Tigi. Za słaby, bo był on dużo poniżej moich oczekiwań. Słyszałam parę nagrań z występów tego zdolnego Kanadyjczyka, tak więc dwugodzinne umcy umcy przerwane tylko “Sunglasses At Night” i “You Gonna Want Me” było wręcz męczące i nudne. Ale na tym koniec. Przejdźmy do aktu najprzyjemniejszego – czwartego.

fever ray1.jpg Akt 4 – Gosia mdleje z wrażenia, czyli koncerty miazgi.
Ostatni, ale najważniejszy zarazem. Na festiwal jechałam wiedząc, że właśnie te koncerty pojawiać się będą zaraz po pytaniu: “A co najbardziej Ci się podobało na Polsslagu?”. Nie spodziewałam się jednak, że moją odpowiedź poprzedzać będzie długie westchnięcie i rozmarzony wzrok. Jako pierwsza Fever Ray. W to, że Karin jest kobietą genialną nie wątpiłam nigdy. Ale tego, że daje tak niesamowicie klimatyczne koncerty najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam. Wyobraźcie sobie scenę zastawioną instrumentami i starymi babcinymi lampami, wyobraźcie sobie dużo dymu, światło tylko z lamp (które gasły i zapalały się w tempie narzucanym przez utwór) przerywane co jakiś czas cudownymi laserami przedzierającymi się przez tumany dymu. I jeszcze muzycy. Każdy z nich z zakrytą twarzą. Moim faworytem był pan od elektroniki w stroju Janosika, z pomalowaną na biało twarzą i w wysokim kapeluszu wijący się za swoim laptopem. A sama Karin? Pojawiła się na scenie w olbrzymiej futrzanej czapie z porożem i długim płaszczu. Zaczęła od “If I Had A Heart”, po którym zdjęła okrycie oraz czapkę, nadal tak naprawdę nie pokazując się nam. Moim ulubionym momentem koncertu zdecydowanie było “Seven” oraz “Keep The Streets Empty For Me”. Koncert był magiczny, a nawet trochę mistyczny. Ruchy muzyków, oprawa “dymna” oraz niesamowicie przenikający wokal Karin spowodował, że czułam się jakbym siedziała w indiańskim wigwamie podczas seansu spirytystycznego. Absolutnie genialne!
Fischerspooner3.jpg Jako ostatni został mi koncert, na który czekałam dobre 5 lat. Koncert zespołu, z którym mijałam się już dwa razy i nie mogłam nigdy dotrzeć. Stojąc w Dance Hall na pół godziny przed występem i obserwując Warrena Fischera biegającego po scenie w żółtej peruce i podłączającego kable uśmiechałam się sama do siebie. Sama myśl o tym koncercie napawała mnie taką radością. I stało się, zaczęli…. od “Amuse Bouche”. Jedynej piosenki, której tego wieczoru nie chciałam usłyszeć. Na szczęście zaraz po tym pojawiło się “Happy”. Casey Spooner w stroju znanym z okładki ich najnowszego albumu i 4 tancerzy. Chyba nie muszę pisać, że duet Fischerspooner znany jest ze swoich dość teatralnych występów. No dobrze, teraz są one mniej teatralne niż jeszcze parę lat temu, ale i tak robią wrażenie. Kostiumy i choreografia zaprawione lekką nutą humoru i połączone z cudowną muzyką zespołu stawia ten koncert na szczycie mojej listy. Z nowej płyty zagrali “Best Revange”, “Money Can’t Dance”, “Supply & Demand”, “Danse en france” oraz “We Are Electric”. Trochę żałowałam braku “Door Train Home”, ale wynagrodzili mi to starszymi utworami. Bo koncert FS nie może odbyć się bez “Cloud”, “Kick In A Teeth” oraz “Emege”, które było prawdziwą eksplozją. Cała sala zaczęła wręcz szaleć. Mimo że był to jeden z dłuższych koncertów podczas tego festiwalu, dla mnie był zdecydowanie za krótki. Ja już liczę na moje następne spotkanie z duetem.
Wiem, że moje zdanie może wydać się dość subiektywne, ale 9/10 osób, z którymi rozmawiałam po festiwalu bez zastanowienia wymieniało Fever Ray i Fischerspoonera, dodając czasem jeszcze Yeah Yeah Yeahs.

Na koniec dodam tylko, że to nie wszystkie koncerty, jakie dane mi było zobaczyć tego dnia/wieczoru/nocy. Nie sposób opisać je wszystkie. Poprawny, aczkowiek niezachwycający koncert dali Red Light Company,  The Temper Trap oraz The Von Bondies kończąc swój występ piosenką, którą jako jedyną znała 4/5 publiczności, czyli “C’mon C’mon”. Dizzee Rascal choć widziany tylko przez chwilę pokazał, że jest jednym z czołowych wykonawców hiphopowych na angielskiej scenie muzycznej, a w dość przyjemny, elektroniczny klimat wprowadzili mnie The Juan Maclean oraz Birdy Nam Nam. I na tym koniec. Trzeba było zrolować zerwany ze ściany plakat, rzucić okiem jeszcze raz na salę, w której spełniło się jedno z moich koncertowych marzeń i sennym krokiem podążyć za tłumem na dworzec mając nadzieję, że i za rok będzie można wziąć udział w tym muzycznym maratonie.

Zdjęcia z festiwalu wykonane przez Tima Timmermansa:

  Stijn2.jpg

 




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.