Relacja z Off Sceny na festiwalu PKO OFF Camera
01-10.05.2015/Kraków

Dalej od centrum, bliżej muzyki.

Wrażenia ogólne

9 dni, kilkadziesiąt zespołów z Polski i zagranicy, setki filmów, spotkań z twórcami, aktorami, pokazy kinowe i plenerowe. Ciężko ogarnąć to wszystko w jednej relacji. Na szczęście filmami zajęła się redakcyjna koleżanka, Katarzyna, zostawiając mi wyłącznie muzykę. I całe szczęście, doby nie rozciągniemy. Na początek kilka refleksji natury organizacyjno-technicznej. Zmiana miejsca posłużyła imprezie. Lizard King wydaje się miejscem idealnym. Ciekawa przestrzeń, stosunkowo dużo miejsca, spora sala koncertowa, wreszcie fakt, że dzięki temu, że odległość od rynku, gdzie odbywa się większość projekcji jest dosyć spora, na Kleparz dotarli tylko ci, którzy naprawdę chcieli zobaczyć występy, nie było przypadkowej publiczności, która po prostu sobie przechodziła i już została, przeszkadzając słuchaczom głośnymi rozmowami. Sam program prezentował się okazale. Nie znalazła się w nim wprawdzie gwiazda takiego formatu jak zeszłoroczny Flunk, ale i tak na Sleep Party People sala była przepełniona, a duchota skłoniła personel do odsłonięcia folii z okolic dachu budynku, by wpuścić powietrze do przepełnionej sali. Jeszcze jedna uwaga, w tym wypadku dotycząca sekcji “Głośne obrazy” – było kilka takich filmów, które można było zobaczyć jedynie w porze działania Off Sceny. Tym samym zwykli widzowie i dziennikarze muzyczni, którzy chcieli wybrać się do Fortów nie mogli znaleźć się na seansach. Byłoby bardzo miło, gdyby przynajmniej jeden z zaplanowanych seansów nie odbywał się w porze wieczornej. Ot taki przyjemny gest.

Przechodząc do meritum – postanowiłem pominąć w tekście koncerty, które mi się zwyczajnie nie podobały. Szkoda na to waszego i mojego czasu . Jeżeli więc stwierdzicie brak jakiegoś wykonawcy, wiecie już czym to jest spowodowane. Nie zdarzało się to jednak często. Ze względu na inne obowiązki, nie mogłem uczestniczyć w środowych wydarzeniach. Słabych występów trafiły się tylko trzy, reszta trzymała poziom, a najlepiej poradzili sobie, zaczynając od najlepszych Bite the Buffalo, We Were Evergreen oraz Sleep Party People. Ale po kolei .

Relacja szczegółowa

Elektronicznie

Najpierw, pierwszego dnia działalności Off Sceny wystąpili elektronicy, Stefan WesołowskiHatti Vatti z gościnnym udziałem Misi Furtak w ostatniej części występu. Nie wiem wprawdzie, czym jest “czysta, nieskalana forma”, która to miała zagościć na scenie dzięki pierwszemu z wymienionym artystów. Wiem za to, co usłyszałem. Spokojny, wciągający, transowy (nie mylić z “trance’owym”),ale niejednostajny set podkreślony świetnymi światłami i wizualizacjami, które idealnie spełniały swoją rolę również podczas występu Piotra Kalińskiego, czyli właśnie Hatti Vatti, również członka (wierzcie mi, to słowo pasuje tu idealnie)punkowego zespołu Gówno, zaangażowanego w wiele projektów. Zgodnie z zapowiedzią z książeczki było bardziej dubowo i dużo żwawiej, a wokal Misi Furtak, która dołączyła do producenta na kilkanaście minut pod koniec koncertu dodał dźwiękom dodatkowej przestrzeni i dynamiki.

Coverowe odkrycia

Marcelinę kojarzyłem wyłącznie z delikatnie mówiąc nie najlepszym duetem z Piotrem Roguckim, “Karmelove” oraz trzema  przyjemnymi utworami z sesji zrealizowanymi dla naszego portalu, nastawiony więc byłem raczej sceptycznie. Niepotrzebnie. Koncert wypadł wyjątkowo dobrze, a sama Marcelina na żywo poraża specyficzną, dziewczęcą energią. Nie znaczy to jednak, że zespół jej towarzyszący był zupełnie z tyłu, widać było, że panowie są ze sobą nieźle zgrani i zwyczajnie lubią to, co robią. Najfajniejsze było samo zakończenie  ”Sleeping in my car” Roxette w wyjątkowo przyjemnej, gitarowej wersji. Tego typu niespodzianki lubię najbardziej.

Bite the Buffalo to zdecydowanie najlepszy koncert imprezy. Mniejsza o to, że zagrali kawałek przerobiony przez moją ulubioną Nirvanę na “MTV Unplugged in New York” – “Where Did You Sleep Last Night”. Bracia Goneos są po prostu fantastyczni. Zero nowatorstwa, wszystko to już słyszeliśmy, za to ile radości ze wspólnego grania i przeżywania muzyki! Koncert imprezy.

Inni

Magnificent Muttley ogrywają materiał z nowej, całkiem niezłej płyty, zatytułowanej “Rear Window”. Czegoś jednak studyjnym wydawnictwom Łodzian brakuje, o czym szczególnie dobrze przekonują koncerty. Ale na żywo jest super- koncertowi wymiatacze.  Bajzel to osobowość sceniczna, typ nieokiełznany i szalony, choć jeżeli ktoś raz widział na żywo Bajzla wie czego można się po nim spodziewać i raczej nie zostanie zaskoczony. Solowe wydanie twórczości Piaseckiego jest ociupinę mniej knajpiano juwenaliowe niż Babu Król, którego mieliśmy okazję zobaczyć na Off Scenie rok temu. Głupawe, ale nie głupie zapowiedzi pasowały, nie przekraczając jednocześnie granicy żenady, co niestety miało miejsce poprzednim razem.

Równie dobrze zaprezentowała się następnego dnia Zimowa, również z premierowym piosenkami, które do zeszłego tygodnia czekały na swoją premierę na debiutanckim krążku grupy. Materiał jest dosyć nierówny, ale zdecydowanie koncert można zaliczyć do udanych. Na pewno jeszcze o nich usłyszymy! Tak samo jak o czarującym  w poniedziałek wieczorem Atlas Like, duecie z Wrocławia, “świeżym powiewie świeżości na rynku muzycznym”, jak zapewniała festiwalowa broszura. I gdyby każdy powiew świeżości lansowany przez dziennikarzy i speców od PRu był takiej jakości jak Atlas Like, świat dźwięków byłby z pewnością lepszy. Uderzanie w tak patetyczne tony jest jednak w stu procentach uzasadnione. Gwiazda wieczoru, Tomek Makowiecki, zaprezentowała się tak, jak można było tego oczekiwać. Pełen profesjonalizm, choć muzyka raczej nie moja. Przy okazji dostrzegłem pewną nader sympatyczną ciekawostkę socjologiczną – przekrój społeczny obu płci wyglądał następująco – panie około 70 procent, panowie 30. I jak tu nie chodzić na koncerty?

Wtorek to Sjón oraz jedna z gwiazd zagranicznych, sympatyczni Duńczycy z When Saints Go Machine. I dobór przedskoczka, o ile występ ten można nazwać supportem, w końcu to gig festiwalowy, okazał się wyjątkowo trafny. Nie bez kozery pisze się o skandynawskich i wyspiarskich inspiracjach kwintetu – to wszystko naprawdę słychać i wcale to nie przeszkadza, bo mowa nie o wtórności i kalkach, a przepuszczaniu znanych dźwięków przez filtr własnej wrażliwości. Panowie wydali dopiero jedną EP-kę, druga w drodze, śledźcie ich poczynania, świeże utwory porywają. Jeżeli chodzi z kolei o When Saints Go Machine to jest to zespół, który na żywo radzi sobie wyjątkowo sprawnie. I może się to podobać  - o ile jesteście w stanie zaakceptować wokal Nikolaja Manuela Vonsilda, który jest na tyle specyficzny, że może nie każdemu przypaść do gustu. Albo kochasz albo nienawidzisz. Mi się podobało.

Siódmy dzień na Off Scenie to dwa koncerty. Najpierw: Jóga. Słowa kluczowe – emocje, wrażliwość, delikatność, ulotność, piękno. Zero kompleksów, taką muzyką spokojnie możemy się chwalić na całym świecie. Nie będzie obciachu.  Sleep Party People to kolejny kolektyw, który nie jest w stanie przenieść magii występów na krążki. Pomijając już znany wszystkim zajęczy image, sama muzyka na żywo porusza  i trafia do serca zdecydowanie bardziej niż na płytach. Tym samym takie kawałki jak moje ulubione “We Were Drifting on a Sad Song” czy “I’m Not Human at All” zapadną w pamięć na długo. Oni nie dają słabych koncertów!

Piątek to dla mnie wyłącznie We Were Evergreen. Co nie oznacza, że nie widziałem Bobby the Unicorn. Niestety, widziałem. Wieczór uratowało francuskie trio, które sprawiło wielką niespodziankę dając najbardziej pozytywny występ całego festiwalu. Przeciętne kompozycje na scenie zamieniły się w melodyjne, zapowiadające nadejście lata hity. A tym, co sprawiło, że było to takie fajne był prosty z pozoru zabieg stylistyczny – spore zmiany aranżacyjne. Bardziej organiczne brzmienie pomogło, gdzie nie sięgnąć okiem wszyscy albo tańczyli albo uśmiechali się zasłuchani. Mocny akcent na koniec.

Prawdziwym zamknięciem Off Sceny była sobota. Najlepiej zaprezentowali się Hubert, Krzysztof i Christop z Eric Shoves Them in His Pocket, którym udało się nawet, co raczej niespotykane przy przedskoczkach zabisować. Świetna atmosfera i wyczuwalna między muzykami chemia udzieliła się również publiczności, która przyjęła trio najlepiej z całego dnia. Wcześniej Trupa Trupa przetestowała wrażliwość słuchaczy na buczenie. Na szczęście po początkowych problemach z nagłośnieniem, z którymi udało się w miarę szybko uporać było mega. Naprawdę, miazga. I znowu, koncert – płyty 1:0.

Na koniec kilka słów podsumowania. Świetna organizacja, wiele dobrych i kilka znakomitych koncertów, wszystko na plus. Nowy rozdział w historii Off Sceny należy zapisać zdecydowanie na plus. To co, widzimy się za rok w Fortach?

Jakub Buszek




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.