Relacja z Festiwalu Muzyki Filmowej
Kraków/ 25-8.09.2014

Wielkie dźwięki.

Z muzyką filmową mam troszeczkę kłopot. Jej funkcją jest towarzyszenie filmowi – prowadzenie widza gładko przez kadry, sterowanie jego emocjami w subtelny sposób. To oczywiście uproszczenie, bo istnieje wiele produkcji, które te funkcje podważają, odwracają, zmieniają… Dla mnie najciekawsza w filmach pozostaje muzyka popularna, czyli kompozycje w większości stworzone nie z myślą o srebrnym ekranie. A z tych tworzonych na potrzeby kina – ścieżki dźwiękowe w rodzaju skrzypcowych fantazji Paula Mercera do surrealistycznych filmów z lat 20. czy tej autorstwa Neila Younga do “Truposza” Jima Jarmuscha, gdy muzyka jest tak silnie zespolona z ruchomymi obrazami, tak idealnie zespolona z tym, co dzieje się na ekranie, że oddzielona od tego szokująco blednie. A nie takie są koncerty na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Tu mamy raczej monumentalne, klasyczne kompozycje, właśnie te przewodniki emocjonalne dla widzów, gdzie westchnienie skrzypiec zmusza do uronienia łzy, a niskie tony zapowiadają nieszczęście. Ale mimo wszystko bardzo przyjemnie słucha się tego na żywo.

Dzień pierwszy: wyprawa

Wprawdzie Festiwal Muzyki Filmowej to nie tylko monumentalne koncerty, ale niestety program pomyślany jest tak, że tylko z samochodem i sporą dawką szczęścia udałoby się obejrzeć wszystkie koncerty. Dlatego zabraknie w tej relacji takich ciekawych propozycji jak muzyka z gier czy Trzaska grający Smarzowskiego.

W czwartek uroczyście rozpoczęliśmy od “Wyprawy Kon-Tiki” ze ścieżką dźwiękową autorstwa Johana Söderqvista. To muzyka głównie ilustracyjna – wiodąca widza po trasie oczekiwanych od niego emocji. Sam film opowiada historię wyprawy, którą Thor Heyerdahl udowodnił, że Polinezja mogła zostać osiedlona przez mieszkańców Peru. Historia jest opowiedziana porządnie, acz sztampowo – od pierwszego ujęcia, w którym widzimy bohatera jako dziecko, już naznaczone miłością ryzyka i szaleńczą odwagą. Dosyć przyjemnie się to ogląda, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość czasu widzimy na ekranie przystojnych półnagich Skandynawów. O muzyce zapomina się bardzo łatwo, tak ściśle dopasowana jest do tych widoków; ale działa jak powinna: boimy się rekinów dzięki ponurym tonom, czujemy oceaniczny klimat dzięki nawiązaniom do tamtejszej muzyki, głównie polegającym na użyciu muszli concha pośród innych instrumentów. Grał na niej Peter Berndalen, a tło zapewniała Sinfonietta Cracovia pod batutą Christiana Schumanna. Dodatkowo klimatu dodawała przestrzeń Ocynowni, choć tu pora na uwagę organizacyjną – kiedy byłam w tej sali podczas Sacrum Profanum na większości koncertów mieliśmy na widowni trybuny, dzięki którym widzowie z najdalszych nawet rzędów dobrze widzieli, co się dzieje na scenie. Ba, dodatkowo były też telebimy dla nich. Na FMF miejsca siedzące były wszystkie na tym samym poziomie – fatalny pomysł, czytanie napisów zamieniało się czasami w ćwiczenia mięśni szyi.

Dość trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że muzyka na żywo jest tu swego rodzaju rozpustnym naddatkiem – mimo że film arcydziełem zdecydowanie nie był, fabuła angażowała, także przy pomocy muzyki przecież, więc na wykonawców pod ekranem bardzo trudno było zwracać uwagę (czego takie, a nie inne ustawienie widowni nie ułatwiało). Dowodem na to, jak bardzo film zniwelował ścieżkę do roli dyskretnego elementu byli ludzie, którzy prawie natychmiast po pojawieniu się napisów końcowych zerwali się z miejsc i ruszyli do wyjścia. Halo, koncert jeszcze trwa! Ale przecież film już się skończył…

Bez wstrząsów i bez zmieszania

Prawdziwą gratką był dla mnie koncert z piosenkami z serii o Jamesie Bondzie. Jestem fanką 007 od wieku lat sześciu, a ścieżka dźwiękowa tych filmów to majstersztyk (z paroma potknięciami…). Na FMF piosenki wybrane przez słuchaczy RMF Classic mieli zaśpiewać polscy i hiszpańscy artyści. Wiadomo, że nie dostaniemy drugiej Tiny Turner, Sheryl Crow czy Toma Jonesa, więc w takim przypadku lepiej od razu wyzbyć się nadmiernych oczekiwań. Wykonawcy w większości poradzili sobie z tym materiałem świetnie. Orkiestra Filharmonii Krakowskiej pod batutą Diego Navarro znakomicie zagrała warstwę instrumentalną – zresztą, prawdziwemu fanowi charakterystyczny motyw przewodni wystarczy do uruchomienia lawiny wzruszeń. Jeśli chodzi o wokale – było różnie, ale godnie Bonda: kobiety zachwycały, mężczyźni pozostawali tłem dla głównego bohatera.

Najlepiej zaśpiewała zdecydowanie Esther Ovejero – hiszpańska wokalistka pozwoliła sobie na szczyptę własnej inwencji, wkładając swoje serce i osobowość w “Diamonds Are Forever” i “Goldfingera”. Nie dość, że ma piękny głos, nie jest w nudny sposób odtwórcza i tym mnie absolutnie urzekła.

W totalnym kontraście do tych fantastycznych wykonań było “From Russia With Love” zaśpiewane przez Zbigniewa Wodeckiego. Nie tylko akcent wokalisty raził, ale całość była zupełnie bez polotu, niedbale odtworzona; weteran sceny przegrał z młodymi. Niech lepiej zostanie przy żartobliwych Mitchach i polskim repertuarze. Spośród panów najlepiej wypadł Damian Ukeje, który zresztą dostał najwięcej piosenek do wykonania. Nie jest może zachwycający jak Esther, ale wszystkie jego wersje były udane, dysponuje dosyć miłym dla ucha głosem.

Gorzej od współkrajanki wypadła Lorena Garcia, która zaśpiewała “For Your Eyes Only”. Nieco piskliwemu głosowi towarzyszyła dodatkowo nieco groteskowa ekspresja – wokalistka strasznie przeżywała historię miłosną z piosenki… aż zaczęłam się o nią troszkę bać. Bardzo fajnie wypadła Justyna Steczkowska z “Goldeneye”, też naginając piosenkę do swoich preferencji, aczkolwiek bardziej niż śpiew w tym przypadku przykuwała uwagę fantastyczna sukienka wokalistki… Mniej spektakularnie, ale również bardzo ładnie ubrana była Natalia Nykiel, która pięknie zaśpiewała “All Time High” – wspaniale wychodziły jej wysokie nuty, ma silny, mocny głos. Chociaż jej “Tomorrow Never Dies” nie robiło już takiego dobrego wrażenia, ale to pewnie dlatego, że to jedna z moich najulubieńszych bondowskich piosenek. Podobnie “We Have All the Time in the World” przez co trudno mi było zdecydować, czy cieszę się, że znalazła się wśród utworów wykonywanych tego wieczoru, czy jednak wolałabym nie słyszeć, jak masakruję ją Skubas.

Hiszpańskie wokalistki pomogły Adze Zaryan robiąc chórki do “License to Kill”, bardzo dobrze brzmiały też bondowskie przeboje w wykonaniu Moniki Borzym, która zaśpiewała między innymi “Skyfall”, może nieco zbyt blisko Adele, ale prawie równie świetnie. W finale wszyscy wokaliści wspólnie zaśpiewali “Another Way to Die”. Kraków Arena czasami drażniła pogłosem – szczególnie w momentach, kiedy wyraźne było słychać wokal, a muzyka kryła się bardziej w tle – ale ogólnie jest to wnętrze imponujące i całkiem nienajgorsze na symfoniczne koncerty. Do tego świetne wizualizacje – i fan Bonda może odlatywać.

Spotkamy się znów…

Ścieżka dźwiękowa z filmu “Gladiator”, choć też klasyczna i prowadząca widza za rękę, jest jedną z silniej zapadających w pamięć. Głównie za sprawą przepięknego motywu przewodniego. Z Hansem Zimmerem nie było Lisy Gerrard, ale była Kaitlyn Lusk, mezzosopranistka, którą festiwalowa publiczność poznała już na jednej z poprzednich edycji, kiedy grano muzykę z “Władcy pierścieni”. Oprócz niej dyrygent ze Szwajcarii, Ludwig Wicki, dyrygował także Sinfoniettą Cracovia i Chórem Pro Musica Mundi.

Nie mogło być inaczej – w wielkiej hali, z takimi muzykami, z tym filmem, całość wypadła majestatycznie i imponująco. Muzyka Zimmera do “Gladiatora” też jest ilustracyjna i potrafi spajać się z filmem tak, że zapominamy o wszystkich osobach na scenie na rzecz emocjonujących wydarzeń z ekranu, ale przypomina o sobie niezmiennie urzekającym motywem przewodnim. “Now We Are Free”, czyli pieśń finałowa, to moment, do którego prowadzą nas wdzięcznie wszystkie wątki ścieżki. I który jest wart wszystkich zamordowanych po drodze postaci.

Z ASCAP przez sto lat

Finał festiwalu odbył się w Hali Ocynowni. Koncert dla uczczenia setnej rocznicy powstania Amerykańskiego Stowarzyszenia Kompozytorów, Autorów i Wydawców. Przy okazji posypały się nagrody – jedne przyznano, inne ustanowiono, obecni byli prezydenci, jury do przyznawania nagród składało się z samych sław, i w ogóle pełno było uroczystych uniesień. Całość trollowała przepięknie – nie wiem, czy świadomie… – dyrektor TVP Kultura, Katarzyna Janowska. Przydarzała jej się wpadka za wpadką, jedna niefrasobliwa kwestia za drugą, a wszystkie były tak spontaniczne, naturalne i zabawne w swej prostocie, że żadnej nie przytoczę, trzeba było odbierać całokształt. Ale to tylko ciekawostka przyrodnicza, bo przecież najbardziej interesuje nas to, co pomiędzy ogłoszeniami o kolejnych planach na przyznawane nagród, czyli muzyka.

Zaczęliśmy od zwycięzcy konkursu na ścieżkę dźwiękową do trailera gry “BioShock Infinite”. Wygrał Jan Sanejko, który stworzył kompozycję w stu procentach przewidywalną, jakby pisaną dokładnie wedle prawideł tworzenia muzyki filmowej w jej najbardziej typowym wydaniu. Ciekawym doświadczeniem byłoby porównanie kilku prac, szkoda, że takiej możliwości na gali finałowej nie było.

Sara Andon z fletem poprzecznym wchodziła na scenę parę razy by zagrać coś z lat 50. i 60. – temat miłosny ze “Spartakusa”, “Moon River” ze “Śniadania u Tiffany’ego” czy muzykę z “Zabić drozda”. Dźwięk tego instrumentu jako przewodnika we wszystkich tych kompozycjach był sentymentalny, liryczny i wyraźnie odróżniał je od utworów współczesnych. A spośród nich usłyszeliśmy suitę do “Anny Kareniny” z 2012 roku autorstwa Joego Wrighta, w której było mnóstwo pasji, delikatności przeplatanej brutalnością, zabawy motywami akordeonowymi i skojarzeniami z Rosją i walca. Leszek Możdżer zagrał przepiękną suitę Philipa Glassa stworzoną do filmu “Godziny”, w której przeplatające się, powtarzające motywy porywały jak bieg rzeki, a klawisze migotały pod palcami pianisty niczym wartki nurt. Genialny muzyk włożył w to wykonanie zdecydowanie więcej serca niż sam kompozytor w swoje “Etiudy” tydzień wcześniej w Teatrze Łaźnia Nowa, dołożył też własne improwizacje, doskonale igrając z dźwiękami wybranymi przez Glassa.

Orkiestra z impetem zagrała motywy z “Harry’ego Pottera i Czary Ognia”, “Thora” i “Frankensteina’ Patricka Doyle’a. Szczególnie ta ostatnia zwracała uwagę monumentalnymi partiami smyczków. Delikatną stronę ścieżek dźwiękowych zaprezentowano na przykładzie muzyki do “Tajemnicy Brockeback Mountain” autorstwa Gustavo Santaolalli, w której liryczne nastroje wprowadzała gitara.

Pod koniec usłyszeliśmy premierowe (w Polsce) wykonanie “Grand Gothic Suite” Elliota Goldenthala przywołującą tematy z filmów o Batmanie. Do tej szalonej, pełnej mrocznej energii muzyki, w którą wplatały się elementy jazzu, dobrano imponujące efekty świetlne. Choć w swym przepychu kompozycja była wręcz groteskowa – a może właśnie dlatego – słuchało jej się świetnie.

Na tym tle dość blado wypadł finał – muzyka z “Incepcji” Hansa Zimmera. Zabrakło szczęśliwie buczącego motywu z trailera, z którego śmiało się pół internetu, pozostała muzyka meandrująca w rejony progresywy i miziająca się trochę z post-rockiem, również poprzez obecność gitary elektrycznej (grał Aleksander Milwiw-Baron z Afromental). Za fortepianem zasiadł sam Zimmer. Za wokal odpowiadała Czarina Russel, na elektrycznej wiolonczeli grał Tristan Schulze.

Cały festiwal jest nieco pompatyczny, odrobinkę napuszony – mówi to bywalec koncertów muzyki popularnej, który z orkiestrą symfoniczną ma do czynienia przy okazji szalonej klasyki współczesnej lub innych nieokiełznanych eksperymentów, a nie częsty gość filharmonii – galowy i dostojny. W tym wszystkim zbacza trochę w groteskę, trochę zahacza o sentymentalizm, ale jako całość jest nie tylko zjadliwy, ale przepyszny w swym przepychu. Wielka muzyka w wielkich salach. Niewygodna na co dzień, ale jako coroczne święto – jak najbardziej.

Katarzyna Borowiec

fot. Wojciech Wandzel (materiały prasowe)




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.