Relacja z pierwszego dnia Soundrive Fest
Gdańsk/04.09.2014

Festiwalowy warm-up.

2. DZIEŃ
3. DZIEŃ

W czwartek w gdańskim klubie B90 miało miejsce rozpoczęcie tegorocznej edycji festiwalu Soundrive Fest. Na okres trzech dni Stocznia Gdańska przeszła w ręce twórców muzyki alternatywnej oraz ich fanów, złaknionych niestandardowych melodii i nowych muzycznych odkryć. Wybór lokalizacji – co potwierdza również doświadczenie z poprzedniej edycji – okazał się być strzałem w dziesiątkę. Industrialne, surowe wnętrze, świetna akustyka oraz idealnie współgrające z muzyką oświetlenie w rewelacyjny sposób podkreśliły unikalny charakter wydarzenia. Mimo, iż tegoroczny line-up nie obfitował w znaczącą ilość gwiazd większego formatu, pierwszy dzień festiwalu dowiódł, iż organizatorzy ze szczególną precyzją postarali się o dobór zróżnicowanego pod względem gatunkowym repertuaru. W związku z niesatysfakcjonującą akustyką zrezygnowano ze sceny SEN, a mających wystąpić na niej artystów rozmieszczono na pozostałych scenach, a co za tym idzie – zmianie uległy godziny koncertów. Pomimo pewnego początkowego chaosu wywołanego późną zmianą w planie wydarzenia, na plus należy zaliczyć organizatorom harmonogram występów, umożliwiający sprawny przepływ miedzy poszczególnymi scenami i gwarantujący skrócony czas oczekiwania.

Pierwszego dnia festiwalu stoczniową halę wypełniło po brzegi multum fascynujących dźwięków, w kwestii publiczności było już niestety gorzej. A szkoda, bowiem w związku ze zmianą rozkładu jazdy już o 17:00 na główną scenę zawitał niesamowity holenderski zespół The Afterveins. Trójka młodzieńców, mimo niewielkiej publiki (pod sceną stało raptem kilka osób) wykrzesała z siebie dużo pozytywnej energii. W typowo gitarowym graniu dało się słyszeć echa twórczości zespołów grunge’owych i post-punkowych.

Po dwudziestu minutach robię szybki skok do małej sali, gdzie swój występ kończy właśnie Cisza Nocna – gdyński zespół tworzący w duchu zimnej fali, rocka i post-punku. Wokal i towarzyszące mu tło instrumentalne zdają się iść każde swoim torem, a padające ze sceny sporadyczne wulgaryzmy i dołujące teksty o niezapłaconych kredytach skłaniają mnie do powrotu na dużą scenę – wokalistę “pozabijała proza życia codziennego”, a mnie przerażająca monotematyczność występu. Decyzja okazała się być niezwykle trafna, gdyż na głównej scenie chłopacy swoją energią zdążyli już zapewne naruszyć poważnie strukturę budynku.

Po The Afterveins i Ciszy Nocnej przyszedł czas na francuski Gang of Peafowl. Ten indie-popowy zespół, czerpiący inspiracje z takich zespołów jak The Brian Jonestown Massacre czy The Beatles, mimo pozytywnej energii zaprezentowanej na scenie i niewątpliwych chęci okazał się być dla mnie lekkim rozczarowaniem – prezentowana przez grupę muzyka szybko zlała mi się w całość, a z występu w pamięć wryła mi się tylko miotającą się po scenie tamburynistka o ekscentrycznie zielonych włosach. W międzyczasie na małej scenie publiczność próbował rozgrzać gdyński zespół The Esthetics. Grupa zaprezentowała typowe gitarowe granie – jak na garage rocka przystało, było brudno, szorstko i dziko.

O 18:30 na głównej scenie pojawił się pierwszy tego wieczoru stuprocentowo ekscentryczny zespół. Pochodząca z Estonii grupa Ziggy Wild była dla mnie sporym zaskoczeniem, stanowiła bowiem całkowite przeciwieństwo skandynawskich zespołów, które niezależnie od rodzaju granej muzyki zawsze okraszają ją tak dobrze znaną nam szczyptą nostalgii. Ziggy Wild – nazwa zobowiązuje – sprezentowali (w dalszym ciągu nielicznym) słuchaczom prawdziwą energetyczną bombę. Muzyka wydobywająca się ze sceny była dzika, nieposkromiona i zakręcona niczym włosy samej wokalistki. Nie tylko ogromne afro sprawiło, że Laura Prits mogła ubiegać się o tytuł najbardziej zapadającej w pamięć gwiazdy wieczoru – artystka zadbała o wielkie show, paradując po scenie w kostiumie kąpielowym (widoczne aspiracje do bycia następczynią Grace Jones) i wyczyniając rzeczy niemożliwe swoim androgenicznym głosem.

Po tak ekscentrycznym koncercie liczyłam na chwilę wytchnienia, jednakże organizatorzy w myśl zasady “jak szaleć to szaleć” mieli dla publiczności przygotowany zupełnie inny scenariusz, uwzględniający występy trzech warszawskich grup: Bobby the Unicorn, The Saturday Tea oraz The Freuders. Pierwszy z nich to solowy projekt Darka Dąbrowskiego, prezentujący ciekawą mieszankę elektroniki i rocka, która idealnie nadawałaby się na ścieżkę dźwiękową do filmów kanadyjskiego reżysera, Xaviera Dolana. Muzyka skoczna i pozytywna, od czasu do czasu przeplatana shoegaze’owymi akcentami i ciekawą modulacją głosu. Dość interesująco pod względem wokalnym wypadł również występ The Saturday Tea, podczas którego zdarty, chropowaty głos wokalisty komplementował się z brudnym, garage’owym graniem. Lukrem na torcie okazał się być utrzymany w wyjątkowo mrocznym klimacie koncert The Freuders. Występ, obfitujący w długie, instrumentalne intra oraz post-rockowe, przypominające twórczość Tool, brzmienia. Zespół zahipnotyzował publiczność i okazał się być jednym z mocniejszych do tej pory punktów programu.

Około 20:30 przyszedł czas na upragniony oddech w postaci koncertu Daniela Spaleniaka, młodego singer-songwritera z Łodzi. Artysta wraz z zespołem szybko zdążył oczarować widzów energicznym szarpaniem gitarowych strun, nagłymi zmianami intensywności dźwięków oraz magicznym głosem rozpływającym się po stoczniowej hali. Pomimo tego, iż artysta starał się zagadywać swoich słuchaczy, subiektywną nagrodę najlepszego kontaktu z publicznością przyznałabym poznańskiemu zespołowi Szezlong, czyli grupie trzech wyjątkowo pociesznych, pozytywnie zakręconych panów. Na scenie, oprócz zaskakująco różnorodnej, aczkolwiek nie do końca powalającej na kolana muzyki, nie zabrakło elementów żartobliwych: konfetti, sylwestrowych gadżetów czy też kompozycji o “surferze, który złamał nogę, patrzy na kolegów i jest mu smutno”. Po zakończeniu występu udaję się pod dużą scenę, gdzie właśnie rozkręca się lokalny zespół The Sunlit Earth. Podczas koncertu zespół zagrał zarówno materiał ze swojego debiutanckiego albumu, jak i najnowszy kawałek z nie wydanej jeszcze płyty. Grupa zaprezentowała się całkiem nieźle, kontrastując energiczne, gitarowe granie z interesującym głosem wokalisty. Niestety, pomimo tanecznych rytmów wydobywających się ze sceny publiczność okazała się być nieco statyczna. Okazję wykorzystali chłopcy z łódzkiego indie-rockowego Young Stadium Club, którzy zaprezentowali pierwszy tego wieczoru koncert sowicie nasycony elementami elektroniki. Głębokie basy i mocne, transowe bębny (szczególne wyrazy uznania dla perkusisty, który grał i śpiewał jednocześnie) – właśnie takiego rozkręcenia potrzebowała publika.

Kolejny występujący zespół, Trupa Trupa, wywołał u mnie sprzeczne emocje. Muzyka grana przez członków grupy zdecydowanie nie należała do najłatwiejszych w odbiorze (momentami sprawiała wrażenie nawet dość nużącej), jednakże dało się w niej wyraźnie wyczuć pewien skrywany potencjał, bliżej nieokreślone “coś” wyróżniające grupę na tle innych wykonawców. W szczególności zapadły mi w pamięć charakterystyczne krzyki przeplatające się z co bardziej stonowanymi motywami, jak również całkiem udana kompozycja “Wasteland”, obfitująca w interesujące przejścia i nieoczekiwane pauzy.

O 23:00 na małą scenę zawitał warszawski duet Wild Books, który wypełnił salę energiczną, pozytywną wariacją na temat muzyki garage’owej i punku, przypominającą momentami twórczość The Smashing Pumpkins. Żywiołowe bębny oraz gitarowa wirtuozeria zademonstrowana na 12-strunowej gitarze podkręciły koncertową atmosferę. Publiczność nie miała jednak szansy zaznać odpoczynku, bowiem już na głównej sali padły pierwsze dzikie dźwięki w wykonaniu Straight Jack Cat, czyli przedstawiciela krakowskiej sceny alternatywnej. Na tle występujących pierwszego dnia festiwalu zespołów tworzących w nurcie muzyki typowo gitarowej SJC wypadł niezwykle korzystnie. Grupa zaprezentowała konglomerat różnorodnych środków artystycznych, od zastosowania pogłosów, tamburynów po klawiszowe wstawki. Rarytasem dla fanów grupy niewątpliwie był kawałek “Even” z nadchodzącej EP-ki.

Ogromnym rozczarowaniem okazał się być dla mnie występ warszawskiej grupy Gonzo and the Prezidents. Pomimo tego, że muzyka grupy prezentowała pewien poziom artystyczny, a jej członkom nie można było odmówić technicznego przygotowania (m.in. interesujące solówki), prezentacja sceniczna i nawoływania wokalisty w stronę publiczności graniczyły z niepotrzebną prowokacją. Powszechnie wiadomo, iż zespół znany jest z dość kontrowersyjnych koncertów, jednakże doświadczenie tego na żywo było dla mnie pewnym szokiem.

Niesmak po minionym koncercie zrekompensował mi występ Miss God, która przeniosła publiczność (niestety, z racji późnej godziny i dnia tygodnia – już nieliczną) w czarujący świat etno i elektroniki. Głębokie dźwięki generowane z laptopa, cyfrowe pianino i charakterystyczny elektroniczny bęben stanowiły idealne tło dla eterycznego głosu wokalistki. Artystka, która na scenie oprócz starych kawałków zaprezentowała także utwory z najnowszej płyty “Woda”, zadbała również o oprawę wizualną swojego występu: wyświetlanym fragmentom teledysków i geometrycznym kształtom towarzyszyły kostiumy inspirowane orientem oraz barwne nakrycia głowy.

Pomimo tego, iż frekwencja publiczności pozostawiała wiele do życzenia, a dobór zespołów tworzących w nurcie muzyki typowo gitarowej mógłby być nieco bardziej zróżnicowany, pierwszy dzień festiwalu należy zaliczyć do udanych.

2. DZIEŃ
3. DZIEŃ

Dorota Szubska
fot. Daga Och / Konkubinat Kultury




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.