20.11.2008 20:28

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Razorlight – “Slipway Fires”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


razorlight-slipway-fires.jpg Razorlight – “Slipway Fires”

Czas na wyznanie, które pewnie kosztowałoby mnie utratę życia, gdyby zostało wypowiedziane w obecności stałych czytelników Pitchforka. Mianowicie – bardzo lubię dobry pop. W związku z tym z przyjemnością wrzuciłem na swojego przysłowiowego iPoda nową płytę Razorlight.

Razorlight to zespół, który dwa lata temu odniósł wielki sukces wydając swój drugi, przebojowy krążek nazwany po prostu “Razorlight”. Nie spodziewałem się od nich jakichkolwiek zmian. Ich działką nie jest śpiewanie 20-minutowych kompozycji z  wplecionymi partiami chóru wiedeńskiego i porywającym solo zagranym na sztućcach. Chwytliwa, przyjemna i ładnie zaaranżowana – taka winna być muzyka tego typu zespołów. Bo nie każdy dzień trzeba zaczynać od składania ofiary na ołtarzu wzniesionym dla Radiohead lub The Mars Volta.

Albumu “Slipway Fires” rozpoczyna singlowe “Wire To Wire”. Na pierwszy plan wysuwa się fortepianowa melodia, której towarzyszy charakterystyczny śpiew Johnny’ego Borrella – ot, po prostu dobrze napisana ballada, która szybko wspięła się na szczyty radiowych notowań. Po niej mamy do czynienia z typową dla Razorlight kompozycją, czyli z akustycznym “Hostage Of Love”. Ogólnie mówiąc, pierwsza połowa płyty jest słabsza niż reszta materiału. Na przykład, czwarty na liście utworów “Tabloid Lover” posiada potencjał na naprawdę fajny kawałek, a tymczasem jego refren rozczarowuje banalnością.

Co innego druga część płyty, zaczynając od delikatnej gitary w “60 Thompson”, przez chwytliwe pianino w “Burberry Blue Eyes”, a kończąc na patetycznym refrenie “Stinger”. Moim ulubieńcem jest “Blood For Wild Blood”, ze względu na świetny rytm perkusji napędzający całą piosenkę. Szkoda, że nie wszystkie 11 utworów zostało napisanych z taką urzekającą lekkością.

“Slipway Fires” to przyjemny, prawie 40-minutowy kawałek muzyki. Razorlight bardzo sprawnie flirtuje z popem, łącząc go z indie rockiem i post punkiem. W efekcie dostajemy płytę, którą jest miłą alternatywą dla bardziej ambitnych dźwięków i która przypomina, że pop wcale nie musi być zawsze tandetnym produktem MTV.

Krzysztof Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (13 głosów, średnio: 6,85 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.