14.03.2011 20:00

Autor: Zylka

Radiohead – “The King of Limbs”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


radiohead-the-king-of-limbs1.jpg Radiohead – “The King of Limbs”
Wyd. własne / 2011

Dwugłos w sprawie najgorętszego tegorocznego wydawnictwa. Sprawdź co myślimy o nowym krążku Brytyjczyków.

“Ukradli mi magię i zabrali melodię.”

Zamieszania i kontrowersji był ogrom. Nie mniej niż przy wydanym cztery lata temu “In Rainbows”. Znowu przez internet, znowu przy ominięciu całej branżowo-wydawniczej machiny. Jedynie krótka adnotacja – 19 lutego będziecie mogli ściągnąć “King Of Limbs” za 7 euro. Informacja wywołała trzęsienie ziemi, zaspamowała wszystkie serwisy muzyczne, wpędziła fanów w nerwicę. Album ostatecznie ukazał się dzień wcześniej, kontynuując zabawę w “nic nie widziałem, nic nie słyszałem” zespołu z fanami. I? I jest już po trzęsieniu ziemi, zanim sama muzyka zdołała spowodować wstrząsy wtórne.

“King Of Limbs” jest najkrótszym albumem w dorobku Radiohead. To jedynie 8 utworów zmieszczonych w 37 minut. (dla porównania, 30 minut na skuteczne działanie potrzebują moje tabletki nasenne). Czekałem na ten album jak każdy fan Radiogłowych i nie odczuwam najmniejszej satysfakcji pisząc, że album ten najzwyczajniej mnie zawiódł.

Nie można pisząc o “King Of Limbs” uwolnić się od odniesień do “In Rainbows”, płyty która była dla mnie i wielu innych fanów tą wymarzoną, wymodloną tego zespołu – płytą absolutem. Tam niemalże każdy utwór powodował dreszcze i wypieki. “King” na tym polu porównań wypada blado, niepokojąco blado. Przed zabraniem się za bary z tą recenzją przesłuchałem ten materiał nie tylko kilkanaście razy w pojedynkę, ale słuchałem go też w towarzystwie moich znajomych, ludzi wyznających Radiohead w stopniu większym lub mniejszym ode mnie. Zachwytów w badaniu empirycznym nie odnotowałem. Ale usłyszałem pewną celną diagnozę “On nie jest zakochany, to dlatego”. Na “In Rainbows?” każdy utwór był napisany dla niej, przez nią. Tutaj nie ma tej jej. Zbyt proste, żeby było prawdziwe? Przeprowadziłem badanie jakościowe. Na “King Of Limbs” jedynie raz wymienione jest słowo “love”. Jest za to “there is empty space in my heart” czy “I’m heart in cold ground”. Można dać temu wiarę.

A muzyka? Pełna dźwięków tła, odbić, niepokojących przestrzeni. Bardzo filmowa i chłodna. Przypomina melancholijne melodie z “Kid A”. Tak wygląda pierwsza połowa albumu, otwierający niemalże operowy “Bloom” przypominający muzykę Björk z “Tańcząc w ciemnościach”. Potem następuje zajmujący dwa utwory nieefektywny pokaz zdolności gry na bębnach Philipa Selawy. Jakby bez pomysłu, bez dalszego rozwinięcia. Zachwyt przychodzi późno, bo dopiero na piątym “Lotus Flower”. Z budzącą ciekawość harmonią wokalu i muzyki. Odbierają słuchaczowi mowę języka i ciała. “Lotus Flower” rozbudza apetyt, który w pełni zaspokaja kolejny “Codex”. Niewiarygodnie prosta, jednak uderzająca w sam splot słoneczny ballada na fortepianie. Te dwa utwory sięgają szczytowego poziomu kompozycji z “In Rainbows”. Niestety chyba jedynie te.

Na koniec mamy jeszcze bardzo przyjemny utwór “Give Up The Ghost”. Podobnie jak “Codex” – nieprzekombinowany. Zbudowany na autorskim, galanteryjnym szablonie Radiohead. Ponad średni, arytmetyczny poziom “King Of Limbs” wybija się także kończący album “Seperator”. I to by było na tyle. Chyba odrobinę za mało jak na ósmy zbiór utworów tego zespołu. Zdecydowanie za mało.

Radiohead uwolniło się od zobowiązań nakładanych przez rynek, wytwórnie i chwała im za to. Zapomnieli jednak, że wymagania stawiają także odbiorcy a ci nie zawsze są gotowi na nowe eksperymenty i sztuczki. Nie twierdzę, iż “King Of Limbs” jest albumem, który nie podoba się samym autorom. Brakło jednak w nim czegoś, co porwałoby słuchaczy. A może to Yorke’owi brakło muzy?

Krzysiek Żyła

————————————————————————————————————————————————————————-

Uzależnieni od rewolucji?

Brytyjczycy przerzucili się z muzycznych rewolucji na wydawnicze; forma zdobywa większą atencję aniżeli treść. Trudno więc pokusić się o kompletną ocenę, jeżeli do fanów nie dotarły jeszcze fizyczne egzemplarze. Gazetowy format być może znamionuje teleologiczną zmianę strategii redystrybucji. Podział na wyrafinowanych (bogatych) kolekcjonerów oraz zwyczajnych fanów muzyki. Ta druga grupa zadowoli się plikami mp3/wav, natomiast pierwsza dostanie dodatkowo coś namacalnego. W maju osoby należące do bardziej elitarnego środowiska otrzymają specjalnie zapakowane: dwie płyty winylowe, mnóstwo elementów tworzących okładkę, płytę CD, a także specjalne biodegradowalne plastikowe opakowanie. Opis brzmi dziwnie i powinien, w końcu tym teraz panowie chcą zaskakiwać.

Strona liryczna jest bardzo skąpa. I nie mam na myśli ilości utworów (osiem, w tym jeden instrumentalny). W poszczególnych piosenkach Yorke często stosuje repetycje; granica pomiędzy zwrotkami, a refrenem zaciera się – wszędzie są powtórzenia. Motywy natury, codziennych lęków i winy nie są dla słuchaczy zaznajomionych z dotychczasową twórczością Radiohead niczym nowym. Niewyraźny śpiew i upodobanie do mruczenia, to elementy których również tradycyjnie nie brakuje.

“The King of Limbs” pod względem muzycznym nie jest przełomowy. Całości słucha się przyjemnie, czas szybko upływa… ale wątpliwe, by przyszłe pokolenia uznały ten album za jeden z trzech najlepszych w dorobku zespołu. Niektórzy fani przedstawiają quasi-dowody na to, iż to nie wszystko co przygotowali Brytyjczycy. W końcu kolekcjonerzy otrzymają dwa winyle, a nie jeden. Pliki do ściągnięcia łączył TKOL1, ergo TKOL2 także musi istnieć i z pewnością jest to drugi album. Nazwa ósmego utworu to “Separator”, co mógłby on dzielić? Czyżby pierwszy zestaw piosenek od drugiego? Ile w tych hipotezach prawdy, a ile w tym wishful thinking, dowiemy się najprawdopodobniej dopiero kilka tygodni po digitalnej premierze.

Wśród zarzutów względem następcy “In Rainbows” ten dotyczący braku gitar pojawia się z wysoką częstotliwością. Należy jednak pamiętać, iż granie czysto gitarowe panowie porzucili jeszcze w latach 90. Jednocześnie płyta z 2007 roku miała więcej ostrzejszych fragmentów (przede wszystkim “Bodysnatchers”, “Bangers & Mash”) aniżeli omawiane wydawnictwo. Szybka agogika połączona z pierwszoplanowym przesterem to zjawisko tutaj niespotykane. Zasadne wydają się porównania  do solowego krążka wokalisty; dominacja elektroniki, ascetyczne struktury utworów. Część fanów i krytyków poszła o krok dalej nazywając ósmy studyjny album Radiohead, drugim solowym albumem frontmana. Nadużycie, lecz na pewno zastanawiać może, co na koncertach porabiać będzie np. Ed O’Brien. Będzie zaabsorbowany grą na grzechotce albo tamburynie?

Kluczową sprawą w odbiorze muzyki są oczekiwania. Jeżeli rezultat zanadto od nich odbiega – odczuwamy rozczarowanie. Jeśli efekt pokrywa się w dużym stopniu z założeniami to jesteśmy uradowani. Bardzo trywialne, ale i prawdziwe. Problem w recepcji danego działa, nie musi leżeć w nim samym, lecz także w nas – aktywnych interpretatorach. Metodą, która generuje najwięcej przyjemności jest dystansowanie się od artystów, brak sprecyzowanych oczekiwań. Kwintet sam podsuwa takie rozwiązanie, drugi raz z rzędu, unikając informowania o postępach w pracy nad muzyką i podając datę premiery kilka dni przed jej nadejściem. Nie eliminuje to jednak krytykujących całkowicie. Partykularnie fanów tylko wybranych kompozycji trudno przekonać, wszak na poczynania zespołu nie patrzą bezkrytycznie, preferują określoną stylistykę. Persony dla których Radiohead jest alergenem stanowią najbardziej konsystentne środowisko oceniające. Nie pojmują fenomenu radiogłowych czy to ze względu na przykre doświadczenia życiowe, czy pseudo-nonkonformistyczną ignorancję. Z kolei osoby indyferentne, czyli niezdecydowane, bądź mające neutralny stosunek wobec formacji, zwyczajnie nie zwracają uwagi na jej kolejne propozycje.

Dość jednak zagadnień związanych z otoczką, tudzież rytuałem odbioru. Mimo wszystko warto wspomnieć o przynajmniej kilku kompozycjach. Początek płyty to dwie miłe piosenki z wyrazistym elektronicznym odciskiem. Utwór “Little by Little” z powodzeniem mógłby znaleźć się na przynajmniej dwóch poprzednich albumach. Urocze wokalne mruczenie i wyjątkowo organiczne instrumentarium, przynoszące nawet skojarzenia z pierwszymi dokonaniami grupy (włącznie z b-side’ami). “Feral” to najbardziej eksperymentalne i najmniej przystępne oblicze, co nie oznacza, iż jest to najgorszy człon spośród ośmiu – kwestia przyzwyczajenia. Słychać wpływ twórczości Stevena Ellisona (Flying Lotus). Następny utwór na płycie (“Lotus Flower”) niektórzy nawet mylnie tagowali jako imię i nazwisko tego amerykańskiego producenta. Sama piosenka nieprzypadkowo została wybrana na pierwszą promującą “The King of Limbs”; chwytliwy refren i niepospolity teledysk z komicznym tańcem Thoma wzbudzają zainteresowanie. Również “Codex” szybko zdobywa uznanie słuchaczy. Wyczuwalny jest podskórny patos. Partia dęciaków wchodzi nieoczekiwanie, czym może powodować dreszcze. Komparacje do “Pyramid Song” są jak najbardziej adekwatne. Kończący “Separator” to sympatyczny akcent, utwór z optymistycznym wydźwiękiem – zjawisko rzadko spotykane u tych panów.

Jeżeli ktoś każdego dnia poszukiwał informacji odnośnie następcy “In Rainbows” to po premierze mógł być zawiedziony. Szczyt kreatywności wielu muzyków osiąga właśnie w okolicach piątej dekady życia. Można mieć wątpiliwości, czy tak jest w przypadku Radiohead, choć na pewno ich kreatywność jest od jakiegoś czasu bardziej ekstensywna – obejmuje więcej obszarów. Brytyjczycy dbają o ekologiczny charakter swoich koncertów, aktywnie debatują nad formatem swoich wydawnictw i angażują się w poboczne projekty (vide muzyka filmowa Greenwooda, solowy album perkusisty, czy trasa koncertowa Yorke’a z nowym zespołem Atoms for Peace). Pod szyldem macierzystej formacji nie nagrywają już doniosłych dzieł, choć warto zauważyć, iż nie schodzą poniżej przyzwoitego poziomu.

Łukasz Stasiełowicz

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (37 głosów, średnio: 7,62 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.