13.09.2010 19:24

Autor: marcwandas

Radio i niezal, czyli po co nam eter

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY


by-ian-hayhurst.jpg Radio i niezal, czyli po co nam eter

Radio’s killed by internet hype? Ci, którzy kiedyś przesiadywali przy odbiornikach słuchając listy Trójki, dziś zarzynają autorskie audycje w lokalnych rozgłośniach, porzuciwszy dużo wcześniej muzyczne gazety. Czy rzeczywiście? Jeśli tak, to dlaczego? Co z tego wynika? I czy da się z tym coś zrobić?

Siedzę przed komputerem z moimi przyjaciółmi. Z długiej rozmowy przy przygaszonym świetle wychodzi pomysł: puśćmy z Groovesharka kawałki, które kiedyś ukształtowały nas muzycznie. Lecą głównie alternatywne hity lat 2002 , 2003 i 2004. Blur z “Think Tank”, White Stripes z “Elephant”, Placebo ze “Sleeping With Ghosts”, Radiohead z “Hail to the Thief”. Do tego z rozrzewnieniem, choć już mniejszym podnieceniem słuchamy starych kawałków Dido i Eminema. Siedzimy wspominając, jak to było, jak to wszystko się poznawało. No właśnie, jak? Bo w tamtych czasach posiadanie komputera z szybkim łączem (jakimkolwiek łączem) internetowym nie było oczywiste. A wszystkich wyżej wymienionych poznaliśmy przez audycje Trójki czy Biski.

Myślę sobie: cholera, jestem już taki stary. Potem pytam się samego siebie: kiedy ostatni raz z zaangażowaniem słuchałem radia? Kiedy ostatnio zahaczyłem o audycję Manna, kiedy z wypiekami na twarzy czekałem na “Listę Trójki”, kiedy zarwałem noc, by posłuchać Stelki lub ekstremalnego metalu puszczanego w absurdalnie późnych (bądź wczesnych) porach? Dwa lata temu, cztery lata, pięć lat? Sam już nie wiem. Trzecia myśl: to wobec tego, czy radio nadal mi potrzebne?

spotify_social_whats-new.png W 2004 roku dostałem komputer i od biedy działający internet. Spodobało mi się. Najpierw była Pandora (czy ktoś jeszcze pamięta tego przeraźliwie wolnego potworka?), czyli “radio” działające identycznie, jak tagowe stacje last.fm. Potem w meandrach internetu trafiłem na wspomniany wyżej serwis Lasta. Podniecenie tym większe, że inni mogą spojrzeć, co mi się podoba. Plus dziesięć do lansu w środowisku alternatywnym, plus sto do oryginalności poza nim (szczególnie w małym mieście). Zassało mnie na chwilę, potem przeszedłem przez fazę deezerówimeemów. Aż tu nagle pojawiło się Spotify. I nic nie było już takie samo. Słuchanie całych płyt, ciurkiem, dzięki proxy bez nachalnych reklam, z pełną dowolnością wyboru. Bajka. Radio idzie w kąt jako zapomniane, skostniałe i nietrafiające do mnie medium?

Na pozór tak. Bo – po pierwsze – nie gra się tam TYLKO mojej, niezalowej, nieskażonej radiowością z pierwszych miejsc playlist muzyki. Dalej, bo trudno czasem złapać częstotliwość moich ulubionych stacji. A ich stream często pada. Po trzecie – gdzie bym nie pojechał mam dostęp do internetu. Niemożliwe jeszcze przed paroma laty, gdy wifi było raczej w powijakach, no i kto by taszczył te wielkie pudła stacjonarek kilkaset kilometrów. Wtedy sytuację ratowało właśnie radio. Teraz sytuacji w ogóle nie ma. Po czwarte – bo mi będzie ktoś mówił co jest dobre, a co nie, co mi ktoś będzie podstawiał pod nos jedynie słuszne sety? Mam internet, uszy i mózg, potrafię sam wyszukać, posłuchać, ocenić. No i zostałem dzieckiem last.fm. Jak miliony wychowanych na trójkowej playliście poszedłem w internetowy róg obfitości, zalew lakonicznych rekomendacji na laście, podobieństwo gustów liczone w procentach. Rzuciłem kiszonkę “Teraz Rocka”, coraz rzadziej przebijałem się przez nawał recenzji w “Machinie”, zapomniałem o często smakowitych tekstach doskonałych pismaków magazynu “Muza” (tak właściwie, ktoś jeszcze pamięta to pismo?).

last-icon.png I dalej – niemal przestałem rozmawiać o muzyce. Bo kiedyś dyskutowałem o niej przy włączonym radiu, pijąc z siostrą herbatę. Teraz siostra ma lasta, gdzie może łatwo wysłać wiadomość. “Użytkownik szajtowa poleca Patrick Wolf”. Jakie to proste. Czyli w moim przypadku odejście od radia, a właściwie od mediów muzycznych w ogóle, było końcem rozmowy o muzyce. Końcem dyskusji o odmiennych poglądach, bo w końcu mój niezalowy znajomy nie posłucha Guns’n'Roses, Comy czy Pidżamy. Poza tym zniknęło już pytanie “czego słuchasz?”. Zostało dawno zastąpione przez prośbę “a daj mi swojego lasta”. Nie było już naśmiewania się z debilnie płytkich wywodów o wspaniałości kolejnych płyt Dream Theater czy Mars Volty autorstwa ludzi, którym wszystko kojarzy się z Radiohead. Bo po prostu nie miałem okazji ich przeczytać. Jeśli słuchasz radia długo pamiętasz, że Moderata polecała Szydłowska, że ci się spodobało lub nie. Dzięki temu nie tylko kształtujesz sobie opinię o muzyce, ale zyskujesz impuls do podjęcia dyskusji. No bo jakiś redaktorzyna coś tam powiedział. A ty jeszcze mu wtórujesz. Niedorzeczne!

Można powiedzieć, że o gustach się nie dyskutuje, jednak według mnie to zupełnie martwa zasada, do tego odmawiająca nam przyjemności, z którą wiąże się długa dyskusja i poznawanie cudzych opinii. Jednak okazuje się, że odmawiamy sobie tego sami, bo sugerujemy się tym, co podpowiada nam bezosobowy last, którego zdania podważyć się nie da, i ludzie z internetu, którzy w większości zupełnie nas nie obchodzą, i których zdania podważyć nam się nie chce. Zapominamy o zespołach, które po zagłębieniu się w to, co mówi druga osoba, może by nam się spodobały, zamykamy się w klitce własnych upodobań, nie ewoluujemy. A przynajmniej jest nam trudniej. Aż tu nagle przyszło wybawienie: moda na blogi muzyczne czy półamatorskie serwisy prowadzone przez zapaleńców. W internecie wyszli do nas ludzie. Do tego, podobnie jak w radiu, dając nam muzykę do posłuchania. Jednak i tutaj okazało się, że tę ideę zmasakrowały kombajny typu hypemachine, jeszcze bardziej bezduszne od lasta, a za pisanie blogów zabrali się ludzie w większości nieumiejący sklecić zdania w jakimkolwiek języku.

Dobra dobra, gdzie w tym wszystkim jest teraz radio? Odpowiedź jest dość prosta. Radio to medium, które pozostaje w opozycji do bezpłciowych i bezdusznych wynalazków ponowoczesności. Radio wychodzi do ludzi, którzy szukają znajomego głosu opowiadającego o muzyce, którzy chcą, by KTOŚ zarekomendował im świeżą muzykę. Ok – nie przesadzajmy ze świeżością, w końcu wszystko już wyciekło, wszystkiego zdążyliśmy przesłuchać, wszystko żeśmy zeskroblowali. To jest nie do przeskoczenia, jednak osobowość radiowa, osoba, która potrafi umieścić muzykę w kontekście, opowiedzieć o producencie, pokazać nam coś, czego nie da nam lakoniczne “lubię to” znajomego na facebooku czy kompletnie bezosobowa rekomendacja lasta potrafi to znakomicie zrekompensować.

machina.jpg Ok – powie ktoś – a gazety? Też o nich wspominałem. Przecież to niemal to samo. Rzeczywiście, różnica z pozoru niewielka, jednak niesamowicie zmieniająca odbiór medium. Niektórzy mówią, że pisać o muzyce to jak biegać o pływaniu. Jak by tego nie rozumieć, zdanie to oddaje opinię wielu o bezsensie uprawiania pismactwa dla melomanów. Do tego żadne słowa nie oddadzą piękna (względnie brzydoty) muzyki. Radio daje natomiast możliwość łatwej jej prezentacji bez dołączania płyt czy odsyłania do linków (niektórzy tak robili, nawet nadal robią, ale komu z Was chce się przepisywać adresy?). Do tego rzadko kiedy pamięta się autorów artykułów. Ciężko rozpoznać i przywiązać się do danego stylu pisania, do tego większość artykułów o muzyce i obrzeżach (szczególnie dotyczy to recenzji) jest napisana w niemal identyczny sposób, a eksperymentować niezwykle trudno. A głos, intonację zapamiętasz zawsze. A zatem, jeśli idzie o media tradycyjne, typowo muzyczne gazety niedługo umrą, jeśli już nie umarły. Inne, np. tygodniki opinii, najczęściej skazują i będą skazywały muzykę na ostatnie strony, drobne czcionki lub stabloidyzowaną papkę bez wnikania w treść (to z kolei temat na osobny wywód). Opierające się na muzyce i dające nam zajmujące się tylko muzyką audycje radio przeżyje, również dlatego, że oprócz niej dostarcza informacji, często jako pierwsze medium.

Inną sprawą jest kondycja radia w Polsce. Istnieje ledwie kilka słuchalnych stacji ogólnopolskich. Ratują sytuację te akademickie, często stawiające na rock za dnia i różnorodność po godzinach. Jednak i tutaj ciężko jest wygrać z wszędobylską Eską Rock, sztucznym, chłamowatym w treści i do bólu komercyjnym muzycznie tworem (do tego często wykupującym częstotliwości akademikom) czy niestety obniżającym poziom Antyradiem. Radio akademickie jest dziś interesem o znikomych szansach powodzenia komercyjnego. O ile jeszcze trzyma się lubelskie Centrum (przekroczone 4% słuchalności w skali miasta), grając dość bezpieczną mieszankę indie i muzyki o wyraźniejszym zabarwieniu komercyjnym, to radykalne jego odpowiedniki dryfują w nieznane na granicy błędu statystycznego. Znakomita muzycznie krakowska Radiofonia (zresztą w Krakowie ideę radia akademickiego dopiero co wskrzeszono), warszawski Kampus, łódzki Żak nie mogą konkurować nawet z Radiem Maryja. Również dlatego, że my: target rozgłośni, idziemy masowo w kierunku internetu. A spytani, czemu nie słuchamy radia, bez wcześniejszego zorientowania się w playlistach odbierających u nas rozgłośni odpowiadamy: “Bo nie ma czego”.

W ten sposób hamujemy rozwój radia, które mogłoby po przekroczeniu progu paru procent spokojnie zrezygnować z dużej ilości muzyki, która obok alternatywy nie leżała. Więc jest czego słuchać, a może byłoby jeszcze więcej. Trudno być niepoprawnym optymistą. Trudno pewnie wepchać Ci, drogi czytelniku, że radio to magiczne miejsce, teatr kombinacji słowa i muzyki. Wiem, że niewielu złapie się na pobrzmiewający patosem i pretensją argument, że nikt nie da ci tej dramaturgii, nikt nie opowie ci muzyką historii, nikt poza radiem, bo samemu ci się już nie chce, bo połykasz kolejne dźwięki klikając lastowe serduszka. Jednak stoję tu i będę tu stał (inaczej, jako radiowiec, nie mogę?). Już widać modę na winyle czy kasety. Widać, że niektórzy ludzie chcą czegoś więcej niż klikania “like it”. Ci ludzie często zostają z radiem. A nowych być może przyciągnie moda na radio. Po cichu liczę na to, że się pojawi. Mnie już wciąga.

Słuchaj sobie więc, drogi czytelniku, rekomendacji lasta. Ale od czasu do czasu puść Trójkę, zainteresuj się desperatami próbującymi robić (najczęściej za półdarmo) alternatywne radio w twoim mieście. Często okazuje się, że warto.

Marcel Wandas
photo by Ian Hayhurst




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.