15.01.2017 11:00

Autor: Zuzanna

Przy herbacie z Oly. i Milky Wishlake

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy: |


Przy herbacie z Oly. i Milky Wishlake (cz. 1)

Zawsze fascynował mnie świat muzyków – od ich początków po proces twórczy, inspiracje, miejsca i ulubione playlisty. W aktualnej trasie koncertowej Oly. i Milky Wishlake – dwójka młodych i utalentowanych podopiecznych wytwórni Nextpop często pojawia się razem na scenie. Przy okazji ich wrocławskiego koncertu udało mi się spotkać z Olą i Kamilem i przy herbacie porozmawiać o ich muzycznych światach.

Część 1: O muzycznych początkach, ważnych miejscach i ulubionych płytach.

Daliście wspaniały występ w Centrum Historii Zajezdnia w ramach Sofar Sounds Wrocław, wcześniej każde z was grało również na Sofar Warsaw, a ty Kamil grałeś jeszcze na krakowskim Sofarze, prawda?

Milky Wishlake: Tak, objeździłem je wszystkie (śmiech).

Jak myślicie, skąd bierze się fenomen Sofar Sounds i co sprawia, że tego typu kameralne koncerty zyskują na popularności?

Oly.: Moim zdaniem ludzie po prostu szukają nowych miejsc, gdzie można posłuchać muzyki, gdzie klimat jest inny niż na koncertach klubowych, pośród tłumu. Na Sofarze wszystko jest na wyciągnięcie ręki, łatwiej o interakcję między słuchaczem a muzykami. Często atmosfera jest bardzo domowa, ciepła. Dzisiejszy odbiorca szuka nie tylko nowych zespołów, ale także nowych form obcowania z muzyką.

A czy waszym zdaniem Sofar Sounds zmienia oblicze muzyki na żywo? To nowy atrakcyjny format, sekretne występy. Nie wiesz wcześniej, gdzie koncert się odbędzie, ani kogo zobaczysz na tej domowej scenie.

Milky Wishlake: Tak, ten element niespodzianki jest bardzo korzystny dla uwagi słuchacza. Wydaje mi się, że skupiasz się łatwiej na muzyce, której się nie spodziewasz. I to właśnie Sofar zapewnia, za każdym razem. Działa to podobnie na nas, muzyków, bo my też nigdy nie wiemy, kto jeszcze oprócz nas gra do momentu aż nie pojawimy się na miejscu.

Zanim porozmawiamy o waszych aktualnych projektach, jestem ciekawa jak zaczęła się wasza muzyczna droga? Kiedy uzmysłowiliście sobie, że chcecie być muzykami? Czy najpierw było pianino, potem śpiew? Czy gitara, a później ukulele?

Oly.: U mnie zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej, od starej gitary taty, która po prostu stała sobie w kącie. Z podręcznika do muzyki nauczyłam się kilku podstawowych chwytów i tak się zaczęło, wreszcie mogłam utrwalać pomysły na własne piosenki, których stopniowo było więcej i więcej. Kilka lat później natknęłam się na ukulele i zakochałam w brzmieniu tego instrumentu.

Chodziłaś do szkoły muzycznej?

Oly.: Tak, ale zrezygnowałam po miesiącu. Miałam 14 lat, byłam strasznym kujonem z masą zajęć dodatkowych i nie radziłam sobie ze wszystkimi obowiązkami, które szczerze mówiąc sama sobie narzucałam. Poza tym, stwierdziłam, że kariera muzyczna to tylko marzenie, które może kiedyś się spełni, ale póki co będę tylko zbierać szkice do szuflady. Marzenia spełniły się jednak szybciej niż myślałam i zastały mnie muzycznym samoukiem.

Twoje kompozycje wyróżnia brzmienie małych instrumentów jak ukulele i kalimba. Jak na nie trafiłaś?

Oly.: Niestety/stety należę do pokolenia internetowych szperaczy. Potrafiłam spędzać długie godziny nocą słuchając muzyki z krańców YouTube’a, np. dziwnych utworów mających po 300 lub mniej odtworzeń. Kiedyś w taki właśnie sposób trafiłam na kalimbę. Zabawkową, zrobioną z kokosa, ktoś grał na niej hipnotyzującą melodię przez kilka minut. Bardzo zachwyciłam się brzmieniem instrumentu i pokazałam filmik Robertowi Amirianowi (producentowi płyty “Home”), który pewnego dnia podarował mi kalimbę w prezencie. Na ukulele z kolei “wpadłam” kiedyś w jednym z lubelskich sklepów muzycznych. Straciłam poczucie czasu grając na tym instrumencie i sklep opuściłam już z własnym, zielonym ukulele.

Kamil, a jak wyglądały twoje muzyczne początki?

Milky Wishlake: Zacząłem grać na pianinie w bardzo wczesnym wieku, ale na bycie muzykiem zdecydowałem się dopiero w klasie maturalnej. Chodziłem do normalnej szkoły i po odwiecznym wykradaniu się z lekcji, żeby sobie pograć w kaplicy – zdecydowałem: “Dobra, zajmijmy się tym pianinem”. I tak grałem sobie, ćwiczyłem, a potem dostałem się do konserwatorium, na wydział jazzowy. Na uczelni znowu miałem rozdwojenie jaźni. I pomyślałem, mam parę pomysłów na piosenki to może założymy zespół popowy. I prowadziłem zespół popowy równolegle do moich studiów. Z tego zespołu narodził się Milky, zaraz po moim powrocie ze studiów, trzy lata temu. To była dla mnie taka forma samorealizacji, tworzenia piosenek, głównie dla siebie, takich jak chciałem. Ale ostatecznie życie to zweryfikowało i z tego pisania do szuflady powstał “żyjący” projekt.

Samo pisanie piosenek przyszło właściwie znikąd. Zainspirował mnie zwyczajnie instrument. Kiedyś, gdy byłem młodszy za własnoręcznie zarobione pieniądze, kupiłem sobie swoje pierwsze, porządne, drewniane pianino. I brzmienie tegoż pianina sprawiło, że sama otworzyła mi się gęba (śmiech) i zacząłem sobie coś nucić. To niesamowite jak na grającego inaczej działa instrument akustyczny, w porównaniu do elektrycznych. No i zacząłem pisać piosenki. Moją kwalifikację na studia w Rotterdamie też zawdzięczam temu właśnie instrumentowi. “Drewno” dało mi siły przerobowe.

Studiowałeś w konserwatorium w Rotterdamie. Nie planowałeś zostać tam po studiach i np. związać się z jakąś holenderską wytwórnią?

Milky Wishlake: A z tym wiążę się pewna niesamowita historia, ponieważ taki był plan. Po swoim dyplomie licencjackim pojechałem na wakacje do Gdańska, by nagrać płytę z moim zespołem jazzowym Quantum Trio, z którym, swoją drogą w marcu 2017 roku wydajemy drugi, podwójny album. W Gdańsku po tygodniu stwierdziłem, że nie ma mowy, żebym wracał do Holandii. Zakochałem się w Polsce na nowo. W muzyce, w ludziach, w jedzeniu, w pogodzie – przeżyłem swoisty szok kulturowy i przeżyłem go całym ciałem. To była ostateczna decyzja – nie wracam. No i w Holandii zostawiłem z 70% moich rzeczy, u kolegi na strychu. Ostatnio dowiedziałem się, że część już chyba wyrzucili. Zostały tam nawet moje zbiory nutowe, choć teraz nie gram z nut za wiele, więc i tak by się nie przydały.

Bardzo ciekawa historia. To może skupmy się przez chwilę na miejscach. Ty Olu pochodzisz z Nałęczowa, prawda? Kiedy pierwszy raz przesłuchałam twoją płytę “Home” muzyka wydała mi się taka kojąca i magiczna. Pomyślałam sobie to jakaś czarodziejka z Nałęczowa. To przecież słynne uzdrowisko, które odwiedzali np. znani literaci. Czy rodzinne miasto i jego klimat mocno wpłynęło na twoją twórczość?

Oly.: Zdecydowanie tak. Zawsze bardzo intensywnie doświadczam tego, co znajduje się wokół mnie. Długo nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo inspirująca jest dla mnie przestrzeń, w której funkcjonowałam tyle lat. Dopiero po przeprowadzce do Warszawy doceniłam piękno miejsca, z którego pochodzę. Moja rodzinna wioska, Nałęczów, Lublin, gdzie chodziłam do liceum. To są prawdziwie magiczne dla mnie miejsca. Poza tym, Lubelszczyzna nasycona jest wielokulturowością, która zdecydowanie wnika w wyobraźnię,wrażliwość, postrzeganie świata. I inspiruje.

Kamil, a twoim rodzinnym regionem jest Śląsk. W ostatnich 10 latach stał się prawdziwym zagłębiem polskiej muzyki alternatywnej.

Milky Wishlake: Tutaj bym uważał, zagłębie to bardzo niebezpieczne słowo (śmiech).

Ups, już się reflektuję i do rzeczy. Czy miejsce dzieciństwa, lat nastoletnich i jego klimat wpłynął na ciebie i na twoją muzykę?

Milky Wishlake: Prawdziwego śląskiego wpływu doświadczałem w czasach gimnazjum, a potem dalej w liceum, kiedy to poznałem moich przyjaciół na śmierć i życie; kiedy ten wywiad się ukaże, pewnie gimnazjów już nie będzie (śmiech) – ale kiedyś – pamiętajcie dzieci – mieliśmy gimnazja (śmiech). Te osoby wpłynęły na moją tzw. śląskość. W mowie potocznej używało się śląskich słów, ale charakterystyczny dla tego dialektu akcent słyszałem rzadziej. Żaden z moich członków rodziny nie pracował na kopalni, u mnie jest bardziej policyjnie. Nigdy nie odczuwałem też jakoś specjalnie tych regionalnych aspektów, które dziś są wyodrębniane. Teraz się to czuje, nasz folklor jest mocno akcentowany, mamy fajne sklepy z pamiątkami, koszulkami, a po kopalniach można się przechadzać z przewodnikiem. Generalnie, czuję się Ślązakiem, choć to miejsce nie wpłynęło na moją muzykę, inspiracje przyszły z innych źródeł.

W temacie tych innych źródeł właśnie chciałam zapytać o wasze inspiracje. Kamil w kilku wywiadach wśród swoich inspiracji wymieniałeś m.in. Queen i Bjork. Ja w niektórych utworach na twojej płycie np. w “Dancer” słyszałam też wyraźnie nostalgiczne echa muzyki lat 80. i 90. Synth pop z lat 80. był muzyką twojego dzieciństwa?

Milky Wishlake: To są bardzo ogólne inspiracje, bo wiadomo, z każdym dniem się to zmienia, aktualizuje. Bjork jest zamkniętym okresem, inspirowała mnie zawsze mocno sposobem śpiewania, ale też tym, że w aranżacji mocno wybiegała w przyszłość. Bliskie mi są też płyty Talk Talk “The Colour of Spring” i “Spirit of Eden”; fascynuje mnie to ich “niewidzialne” przejście z radiowego popu do budowania podwalin post-rocka. Sposób, w jaki nadali inny kierunek swojej karierze był tak subtelny i nieoczekiwany. Poza tym, cała dyskografia Queen jest dla mnie nieustającym studium. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, jak pod względem harmonicznym zbudowane są ich utwory. No i od tej nostalgii za dzieciństwem, to chyba nie da się uciec. Praktycznie, zawsze gdy piszę, gdzieś chce się przelać cząstkę tego uczucia w utworze.

A jakie są twoje ulubione ważne płyty, Ola?

Oly.: Od dzieciństwa towarzyszyła mi fascynacja kobiecymi wokalami. Począwszy od kołysanek babci i mamy, poprzez popowe wokalistki z czasów podstawówki aż do momentu, w którym sama zaczęłam pisać piosenki i poszukiwać muzycznych “bratnich dusz”, artystek, które inspirowały i wydawały się mieć podobną wrażliwość w melodyce i tekstach. Kate Nash, Emiliana Torini, Tori Amos czy Regina Spektor. Potem Florence Welch, Agnes Obel, Lykke Li itd.  Pewnego dnia pojawiła się jednak pani Joni Mitchell z “Night Ride Home”. Ta płyta jest ogromnie bliska mojemu sercu. Prowadzenie melodii, a także kunszt literacki Joni sprawiają, że jest ona dla mnie niedoścignionym ideałem. Teksty Joni są niezwykle plastyczne, poetyckie, a jednocześnie proste, bliskie, zupełnie niewymuszone, nie są pustymi konstrukcjami ze słów.

To jeszcze nie koniec. Druga część już wkrótce, a w niej o podróżach w czasie, pisaniu piosenek i odkryciach 2016 roku.

Zuza Zaręba
zdjęcia: materiały prasowe Nextpop




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.