12.12.2009 11:04

Autor: marcin

Princeton – “Cocoon of Love”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


cs370005-01a-big.jpg Princeton – “Cocoon of Love”
Kanine Records/2009

Princeton to zespół, który w swoich utworach stara się połączyć nastrojowość z przebojowością. Ich debiut, poza wyraźnymi odniesieniami do kilku innych grup, przynosi parę miłych zaskoczeń.

Historia Princeton to opowieść o czterech kumplach (w tym dwóch braciach), którzy poza imprezami znajdowali czas na wspólną grę, a nawet czytanie książek. Wszyscy dorastali wspólnie przy Princeton Street w Santa Monica w Kalifornii. Co ciekawe, do założenia zespołu doszło w Londynie, gdzie młodzi muzycy przebywali na studiach. Być może dlatego, tchnięci tęsknotą, zdecydowali się nazwać zespół po prostu Princeton. Był rok 2005. W kilka miesięcy później, pomimo ograniczeń sprzętowych, muzycy nagrali pierwszą EP “A Case of the Emperor’s Clothes”. Materiał był w dużej mierze inspirowany kontaktem z brytyjską kulturą, a zwłaszcza literaturą. Inspiracje te, w  bardziej przemyślanej formie, znajdą swoje ujście na kolejnej EP “Bloomsbury”. Nazwę zaczerpnięto od kontrowersyjnej grupy literackiej z początków XX wieku, w skład której wchodzili m.in. Virginia i Leonard Woolf, John Maynard Keynes, a także szereg innych krytyków i pisarzy. Materiał powstał w 2007 roku, tuż po powrocie muzyków do Los Angeles. Zarejestrowany bez żadnych ograniczeń szybko został doceniony przez “Spin” oraz “Stereogum”. W zwiększeniu popularności zespołu pomogły koncerty zagrane u boku Vampire Weekend, Ra Ra Riot, My Brightest Diamond oraz kilku innych grup. Tym sposobem zespół zdołał przygotować sobie solidny grunt pod debiutancki album. Brak pośpiechu w tym wypadku wyszedł grupie na dobre.

Ostatnio w muzyce pojawiającej się za oceanem można zauważyć dwa wyraźne rozwijające się kierunki grania. Z jednej strony zespoły grające muzykę z pogranicza szalonego hałasu i melodii, z większym naciskiem na to pierwsze (Wavves, Times New Viking, Eat Skull). Z drugiej – zespoły eksplorujące szeroko rozumiany rytm oraz melodykę (Grizzly Bear, Yeasayer, Animal Collective). I chociaż większość tych grup działa już kilka lat, to aktualnie za sprawą psychopopowej maniery tych pierwszych, ta dysproporcja stała się bardziej widoczna. Princeton, chociaż dużo bardziej nieśmiali i oszczędni w środkach, ustawiają się rzędem za graniem w pełni melodyjnym. Sporo tutaj podobieństw zwłaszcza ze wspomnianymi Grizzly Bear (maniera wokalisty) oraz Vampire Weekend. Byłoby jednak niesprawiedliwie, gdyby poprzestać wyłącznie na ocenianiu grupy przez pryzmat innych formacji. Debiutancki materiał “Cocoon of Love” to spójny i przemyślany kawałek muzyki, który urzeka od pierwszego kontaktu z okładką po ostatni dźwięk. Niestety płycie nie brak kilku niedociągnięć.

Otwierający album “Sadie and Andy”, nagrany wspólnie z udzielającą się wokalnie Meredith Metcalf, w miły dla ucha sposób łączy tradycyjne granie z barokowo stylizowanymi aranżacjami smyków oraz instrumentów dętych. Princeton dają od razu do zrozumienia, że nie stawiają na innowacyjność, a pomysłowość w aranżacjach. Podany temat kontynuuje następny utwór “Show Some Love, When Your Man Gets Home”, który w połowie, po wyciągniętej na pierwszy plan grze instrumentów dętych, załamuje się i przyśpiesza. Trochę innego charakteru nabiera “Korean War Memorial”. Główną rolę grają tutaj delikatnie wprowadzone syntezatory. Wszystko wypada spójnie i ładnie -  momentami aż zbyt ładnie. Wygładzone do granic możliwości brzmienie i dopracowanie krążka w każdym calu sprawia, że po pewnym czasie całość rozpływa się i przestaje przyciągać. Ostatnim wyraźnym elementem krążka jest umieszczony na singlu taneczny “Shout It Out”. Później do końca płyty trwa lekki kryzys, w którym brakuje punktu zaczepienia. Ostatnia część została wyraźnie zaniedbana. Czysta gitara, syntezatory i jednostajny głos wokalisty nie potrafią trzymać tego poziomu, który zespół osiągnął na początku płyty. Na pocieszenie zostaje kończący album, akustyczny “The Wild”, który pokazuje zespół z trochę innej strony.

Princeton nagrał debiut, który chociaż nie dobije do miana płyty roku, to pomimo niedociągnięć, stanowi jedną z ciekawszych pozycji, jaka pojawiła się w ostatnich miesiącach. Gdyby muzycy trochę bardziej urozmaicili drugą połowę krążka, wyszedłby z tego materiał równy debiutowi Vampire Weekend. A tak warto ten album po prostu przesłuchać i mieć na uwadze, w razie gdyby któryś z koncertowych organizatorów dziwnym trafem zaprosiłby ich do nas. Na żywo są podobno nieźli.

Marcin Bieniek

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (6 głosów, średnio: 6,83 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.