07.06.2010 23:08

Autor: marcin

Primavera Sound 2010 – relacja z trzeciego dnia festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


sdre_prima2.jpg Primavera Sound 2010 – relacja z trzeciego dnia festiwalu

Ostatni dzień festiwalu zaskoczył przede wszystkim znakomitym koncertem reaktywowanej grupy Sunny Day Real Estate. Świetnie poradzili sobie również Grizzly Bear, Atlas Sound oraz The Charlatans wykonujący w całości swój debiutancki album “Some Friendly”.

Dzień 3

Real Estate (18.00 – Pitchfork)

Podobnie jak w przypadku Surfer Blood, Real Estate, to młoda grupa, która debiutując w ubiegłym roku, została szybko dostrzeżona przez portal Pitchfork. Ich muzyka po części wpisuje się w popularny ostatnim czasie nurt nawiązujący do słonecznego surf rocka oraz popu, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do Girls czy Smith Westerns, stawiają większy nacisk na nastrojowość swoich kompozycji niż oryginalność melodii. Być może dlatego ich występ na scenie Pitchforka nie wypadł, aż tak przekonująco. Co innego działo się dzień później, kiedy to grupa, już po zakończeniu festiwalu, dała koncert w jednym z parków w Barcelonie.

Organizatorzy festiwalu pomyśleli o uczestnikach, którzy niekoniecznie szybko chcieli rozstawać się z Primaverą i dzień po zakończeniu imprezy zorganizowali kilka kameralnych koncertów w parku Joan Miro. Tam zespół pozbawiony sceny oraz barierek, w otoczeniu fanów (wśród których można było spotkać m.in. Bradforda Coxa), wykonał ten sam repertuar, który tym razem zabrzmiał dużo lepiej. Rozmarzone leniwe kompozycje, w słonecznej parkowej scenerii nabrały nowej energii. Zespół wykonał w całości materiał ze swojego debiutu, po czym dołożył jedną premierową piosenkę. Potrzeba im więcej chwytliwych utworów, jak “Beach Comber” czy “Fake Blues” (plus utwór premierowy) i o chłopakach z pewnością zrobi się głośniej.

Atlas Sound (19.15 – Pitchfork)

Kreatywność Bradforda Coxa, jak widać nie może pomieścić się w ramach działalności jednej formacji. Muzyk zdecydował się na działalność solową, efektem której są dwa znakomite solowe albumy. Jako Atlas Sound rozwija w swoich utworach, to co w muzyce Deerhunter najbardziej interesujące – psychodeliczną przestrzenność, która nie rezygnuje z wykorzystywania melodii. Muzyk pojawił się na scenie wyłącznie z gitarą akustyczną. Aż dziwne, że korzystając wyłącznie z gitary, swojego głosu oraz licznych efektów, był w stanie stworzyć tak rozlegle brzmiące ściany dźwięku.

W trakcie swojego 45-minutowego występu muzyk skupił się na wykonaniu materiału głównie z ostatniej płyty. Niektórzy skrycie liczyli na wspólne wykonanie “Walkabout” z Panda Bear, który grał na festiwalu dzień wcześniej – niestety nie doszło do tego. Bradford w trakcie grania wydaje się zamykać w swoim własnym świecie, z kolei kiedy pomiędzy utworami rozpoczynał w dialog z publiką wychodził z niego mały chłopiec, który jest w stanie cieszyć się wszystkim dookoła.

florence_prima.jpg Florence + The Machine (20.50 – San Miguel)

Prawdopodobnie mało kto nie załapał się jeszcze na singlowego killera w postaci “Dog Days Are Over” autorstwa Florence i jej mechanicznych przyjaciół. Jeśli ktoś jeszcze nie odrobił tej lekcji, to tutaj może nadrobić zaległości. Często podobne utwory mogą stanowić przekleństwo dla zespołu – zwłaszcza, gdy brak mu w repertuarze towaru zastępczego o podobnej jakości. Jednak co do Florence można być spokojnym – “Lungs” zawiera wiele dobrych, chwytliwych momentów. Poza tym, o czym można było się przekonać podczas koncertu, zespół ma w zanadrzu jeszcze kilka niespodzianek na przyszłość.

Florence pojawiła się na scenie w otoczeniu tajemniczej scenografii. Cały koncert spędziła pomiędzy jednym końcem sceny a drugim, non-stop w ruchu, a jednocześnie wydawała się być bardzo zdystansowana od reszty zespołu. Początkowa część koncertu rozkręcała się bardzo powoli. Nie da się ukryć, że studyjne wersje utworów mają znacznie więcej energii, niż ich koncertowe wersje. Żywiej robiło się przy utworach singlowych – “Rabbit Hart”, “You’ve Got The Love” oraz wspomnianym “Dog Days Are Over”.

Florence to artystka o sporych ambicjach, która świetnie czuje się w roli frontmanki. Jednak, by Florence + The Machine mogli stać się koncertowymi pewniakami potrzeba im więcej utworów, które będą w stanie poderwać publikę. Na szczęście grupa zaprezentowała jeden nowy utwór “Strangeness and Charm”, który jest bardzo dobrym znakiem na przyszłość (refren!).

grizzlybear_prima.jpg Grizzly Bear (21.55 – Ray-Ban)

Niestety ominęło nas ubiegłoroczne wydarzenie koncertowe roku, czyli koncert St. Vincent oraz Grizzly Bear w katowickiej Hipnozie. Grupy odwołały swój listopadowy występ z powodu problemów technicznych związanych z autobusem, którym grupy podróżowały po Europie. Koncert wstępnie został przeniesiony na marzec, ale jak wiadomo nic z tego nie wyszło. Czy rzeczywiście tak wiele straciliśmy? Po tym co zobaczyłem podczas koncertu Grizzly Bear trzeba przyznać, że całkiem sporo.

Grizzly Bear na scenie, to cztery muzyczne indywidualności. Każdy z muzyków operując głosem oraz szeregiem zarezerwowanych dla siebie instrumentów, w równym stopniu współtworzy ostateczny kształt wykonywanych utworów. Najzwyczajniej w świecie, samo oglądanie zespołu na scenie budzi respekt. Czy to basisto-multiinstrumentalista Chris Taylor, który w trakcie koncertu poza gitarą basową, korzysta z klarnetu, saksofonu a nawet tranzystorowego radia, czy Ed Droste, który poza obsługą klawiszy i gitary, zagadywał publikę – każdy z muzyków wkładał w wykonanie utworów całego siebie.

Grupa rozpoczęła koncert od “Sounthern Point”, w którym mocno przesterowany bas dodał piosence dynamizmu. Później zabrzmiała połowa albumu “Vecatimest” – m.in. świetne “Cheerleader” i “Ready, Able”. Poza tym pojawiło się kilka starszych utworów – m.in.”Lullaby” oraz “Knife” (miny Taylora bezcenne). Koncert wypadł świetnie, pozostaje mieć nadzieję, że ujrzymy kiedyś grupę w Polsce.

charlatans_prima.jpg The Charlatans (23.00 – San Miguel)

Trudno było wybrać pomiędzy grającymi w tym samym czasie Built To Spill, ale ostatecznie sentyment do “pure brit-pop” zwyciężył. Zresztą koncert The Charlatans był wyjątkowy – grupa wykonała w całości swój debiut z 1990 roku “Some Friendly”. O ile ostatnie dokonania zespołu nie powalają, tak ich pierwsza płyta wręcz przeciwnie – to album pełen świetnych melodii i młodzieńczej werwy. Kolorowe światła, pulsujący bas, szalone klawisze – główna festiwalowa scena zamieniła się na moment w Manchester początku lat 90.

Chociaż Tim Burgess aktualnie bardziej przypomina swoim wyglądem nastolatka wielbiącego gitarowe zespoły rodem z MTV, niż gwiazdę sceny brit-popowej, nie przeszkodziło mu to w odświeżeniu swoich starych przebojów. Świetnie było usłyszeć na żywo takie perełki jak “Then”, “Believe You Me?” czy psychodeliczne “Opportunity”. Szkoda, że ten sposób grania, wprowadzony przez The Stone Roses a później przejęty przez Oasis i Blur, całkowicie zanikł. Na sam koniec grupa zaserwowała świetne “Sproston Green” oraz “The Only One I Know”, którego niestety musiałem wysłuchać spod sceny Ray Ban, gdzie właśnie montowała się niekwestionowana gwiazda wieczoru.

sdre_prima.jpg Sunny Day Real Estate (00.05 Ray-Ban)

Od czasu drugiego rozpadu zespołu w 2001 roku, długo upierali się przy tym, że o powrocie na scenę nie ma mowy. Jednak jak się okazało w ubiegłym roku, grupa zdecydowała się powrócić do grania koncertów w oryginalnym składzie. Z początku wydawało się, że grupa da kilka pojedynczych występów, promujących reedycję albumu “Diary”, jednak szybko okazało się, że zespół ma w planach nie tylko dalsze koncerty, ale i nagranie nowej płyty. Koncert, który grupa dała tego wieczoru w Barcelonie, był pierwszym europejskim koncertem SDRE od 2001 roku. Dwa dni później grupa odwiedziła jeszcze Londyn. Pełna trasa podobno na jesień.

Ciężko opisać atmosferę, która panowała przed tym koncertem. Emocje, które wywołuje muzyka SDRE, są zupełnie inne od tych, które towarzyszą Pavement czy Pixies, stąd też zupełnie inny odbiór tego koncertu. Występ SDRE był bardziej kameralny, ich muzyka docierała bardziej bezpośrednio.

Cały set był okrojony do 10 utworów. Po wejściu na scenę rozbrzmiało “Friday”, później mocna reprezentacja “Diary” – “In Circles”, “Seven” oraz “Song About an Angel”. Nie zabrakło też utworów z płyt późniejszych – pojawiło się “Guitar and Video Games” oraz “The Ocean”. Zespół był w świetnej formie, widać było, że powrót do starych utworów sprawia im sporo radości. Najbardziej wymowny pod względem był gitarzysta Dan Hoerner, który pod koniec koncertu stwierdził “It looks like our dreams come true”. Koncert SDRE był jedynym koncertem na festiwalu, po którym zespół był długo wywoływany. Niestety organizatorzy byli nieugięci. No cóż, pozostaje czekać do jesieni.

Na zakończenie wybrałem się jeszcze pod oddaloną scenę Vice, na której odbyły się koncerty The Almighty Defenders oraz Health. O pierwszym występie wystarczy powiedzieć tyle, że grupą ośmiu muzyków dowodził wokalista z pióropuszem na głowie i gumowym wężem w dłoni. Zespół robiąc na scenie niezły kabaret, mieszał w swojej muzyce tradycyjnego rock’n'rolla z muzyką gospel. Koncert zaczął się z 20-minutowym opóźnieniem i o mało nie został przerwany przez bójkę gitarzysty z technicznym. Z powodu napięcia, które wywołały te akcje, grupa Health, która występowała o 3 nad radem, nie miała łatwego zadania. Muzycy ustawiali się na scenie praktycznie sami. Początek koncertu całkowicie poległ pod względem dźwięku wydobywającego się ze sceny, co w przypadku takiego zespoły jak Health miało spore znaczenie. Muzycy robili co mogli, jednak sam koncert wypadł słabo.

Podsumowując, tegoroczna edycja festiwalu Primavera, bez wątpienia była w stanie zaspokoić muzyczny apetyt, każdego, kto z nostalgią spogląda w muzyczną scenę lat 90. Nie zabrakło też rzeczy nowych i świeżych, które zebrane w jednym miejscu, mogły w pewnym sensie ze sobą rywalizować. Z pewnością takie ambitne projekty jak Grizzly Bear, Beach House czy XX pokazały, że najważniejsze w muzyce to nie technika, a pomysł i jego realizacja. No i co tu ukrywać – festiwal zdominowały zespoły ze Stanów Zjednoczonych, trochę szkoda, że tegoroczna edycja była tak skąpa w reprezentację ze Starego Kontynentu.

Miejmy nadzieję, że nasz OFF, za 5 lat, również będzie mógł pochwalić się podobnym zjawiskowym składem.

Marcin Bieniek

zdjęcia: Florence+The Machine – Eric Pamies; Grizzly Bear, The Charlatans – Inma Verandela; Sunny Day Real Estate – Chus Sanches;





Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.