03.06.2010 00:46

Autor: marcin

Primavera Sound 2010 – relacja z pierwszego dnia festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | |


pavement_01_dani_canto.jpg Primavera Sound 2010 – relacja z pierwszego dnia festiwalu

Główną gwiazdą pierwszego dnia był bez wątpienia zespół Pavement. Ich koncert, który odbył się grubo po północy, dał mocno do zrozumienia, że lata 90 nie dobiegły końca. Przyglądaliśmy się także m.in. występom Broken Social Scene, The xx, Superchunk oraz Titusa Andronicusa. A to dopiero początek.

Wstęp

Tegoroczną 10 edycję festiwalu, można podsumować jako nostalgiczną podróż w alternatywną muzykę gitarową lat 90. Oczywiście nie zabrakło także mocnej aktualnej reprezentacji zespołów z pogranicza elektroniki oraz popu. Wszystko perfekcyjnie dobrane i podane w najlepszej dźwiękowej formie.

Festiwalowi Primavera sprzyja praktycznie wszystko – od miejsca, za które służy ulokowany tuż nad brzegiem morza Parc del Forum, przez wspierające festiwal media, wśród których znaleźć można przede wszystkim portal Pitchfrok, po sponsorów, dzięki którym w 3 dni, w jednym miejscu, można było zmieścić niesamowitą czołówkę muzyki alternatywnej.

Dzień przed samym festiwalem, obserwując ulice Barcelony, niewiele wskazywało na to, że tak istotny festiwal odbywa się właśnie w tym mieście. Jedynymi śladami zapowiadającymi imprezę były pojedyncze plakaty porozwieszane na słupach ogłoszeniowych. Taki stan rzeczy można wytłumaczyć tym, że festiwalowe centrum przeniosło się na południowo-wchodnie obrzeża Barcelony, do ulokowanego nad samym brzegiem morza, wspomnianego Parc del Forum.

Parc del Forum służy jako teren festiwalu od 2005 roku. Jego betonowa, miejscami fantastyczna konstrukcja, powstała z myślą o masowych imprezach odbywających się w Barcelonie. Park miał przede wszystkim ożywić tą odległą część miasta, która z racji sporej odległości od centrum i swojego industrialnego charakteru, raczej odstraszała turystów niż przyciągała ich w te strony. Z informacji, które dotarły do nas już po zakończeniu imprezy wiadomo było, że festiwal przyciągnął w tym roku blisko 100 000 uczestników z całego świata. Od Australii przez Alaskę po Polskę.

Dzień 1

surfer_blood_06_inma_varandela.jpg Surfer Blood (19.15 – Pitchfork)

Młodzi surf-rockerzy z Florydy zostali w ubiegłym  roku wyłowieni przez portal Pitchfrok, który wysoko ocenił ich debiutancki album “Astro Coast”, wystawiając mu 8.2. W Barcelonie, na scenie Pitchforka, muzycy dali jeden z pierwszych festiwalowych koncertów. I chociaż młodzi członkowie zespołu wyglądali, jakby przed chwilą odstawili tornistry i ruszyli w trasę, to ich propozycja słonecznego rock’n'rolla, którą zaprezentowali na scenie wypadła znakomicie.

Muzyka Surfer Blood w zasadzie nie prezentuje niczego odkrywczego – urzeka za to klimatem oraz lekkością z jaką chłopaki płyną przez kolejne numery. Surferzy wykonali większość materiału ze swojego debiutu, dodając do repertuaru jeden nowy utwór. Na plus zaliczyłbym również ruchy wokalisty, które miały w sobie coś z młodzieńczego Morrissey’a (brakowały tylko kwiatów w kieszeniach).

Scena Pitchforka przez następne dni festiwalu stała się polem do popisu głównie dla młodych zespołów, które debiutowało w ostatnim czasie.

titus-andronicus_01_samuel_navarrete.jpg Titus Andronicus (20.30 – Pitchfork)

Nie ukrywam, że mam problem z jednoznaczną oceną tego co prezentuje sobą ten zespół. Ich materiał, zebrany na dwóch płytach i kilku pomniejszych wydawnictwach, prezentuje średnio odkrywcze połączenie punkowej energii z shoegaze’owym hałasem, a jednak zespół w ciągu dwóch lat zdołał sobie zaskarbić spore grono oddanych fanów, którzy są w stanie przekonywać każdego, że muzyka Andronicusa to naprawdę coś wyjątkowego (widać podobnie myślą sami organizatorzy, którzy w książeczce festiwalowej opisali zespół jako band that could connect Pixies to Bruce Springsteen and Aracade Fire). Nie da się ukryć, że zespół ma wyraźny pomysł na siebie, jednak czy jego realizacja wypada faktycznie, aż tak rewelacyjnie?

Muzycy zjawili się na scenie w 5-osobowym składzie. Przez pierwsze 3 utwory trochę ociężale rozkręcali się na scenie. Właściwy koncert rozpoczął się od 4 numeru, kiedy wokalista zdjął gitarę, chwycił za mikrofon i wskakując na głośniki razem z zespołem wykonał “Titusa Andronicusa”. Resztę utworu wykonał niesiony na rękach przez publiczność. W taki sposób powinni zacząć ten koncert, później było już tylko lepiej. Pod koniec rzeczywiście trzeba było przyznać, że punkowa dzikość, która dominuje w muzyce Titusa potrafi porwać, jednak do ideału Pixies nadal im daleko.

the_xx_01_inma_varandela.jpg The xx (21.15 – Ray-Ban)

Zespół wystąpił późnym wieczorem na scenie Ray Ban, która została ulokowana w amfiteatrze na tle Morza Śródziemnego. Trudno wymarzyć sobie lepsze miejsce dla tej muzyki – w ubiegłym roku w podobnej scenerii wystąpił m.in. Deerhunter. The XX to fenomen – zaledwie rok temu wydali swój debiutancki album, a już w tym roku przyszło im zagrać jeden z ważniejszych koncertów na festiwalu Primavera. By się o tym przekonać wystarczyło znaleźć się wśród tłumu czekającego na koncert.

Punktualnie o 21.15 zespół wyszedł na scenę i rozpoczął koncert od swojego intro, przechodząc następnie do “Crystalized”. Początek wypadł bardzo blado, sekcja rytmiczna brzmiała nierówno, przez co całość radykalnie odbiegała od obrazu, która zespół zaprezentował na płycie. Wydawało się już, że sprawdzą się wszystkie plotki o tym, że XX na scenie to słaba kopia swojej wersji studyjnej, jednak z utworu na utwór, muzyka  płynąca z głośników nabierała charakteru. Efekt potęgowała gra świateł, która po zachodzie słońca stała się jeszcze bardziej wyrazista. Ciekawie wypadło również zachowanie sceniczne Olivera Sima, który w specyficzny  sposób “tańczył” na scenie ze swoim basem.

Zespół wykonał prawie cały materiał ze swojego debiutu – nie zabrakło “Shelter”, “Islands”, “Heart Skipped a Beat” czy wykonanego na finał “Infinity”. Bardzo ciekawie wypadły instrumentalne wstawki, które zespół serwował między utworami. Nie da się ukryć, że cała historia XX kręci się w tak szybkim tempie, że muzycy prawdopodobnie sami nie ogarniają tego fenomenu. Widać to zwłaszcza w jeszcze dość niepewnym zachowaniu na scenie. Jednak bez wątpienia wyrastają na interesującą grupę, która w dalekiej przyszłości, bez cienia przesady, może zająć miejsce takich tuz jak Depeche Mode.

superchunk_01_dani_canto.jpg Superchunk (22.10 – San Miguel)

Superchunk to pierwsza z formacji występujących na festiwalu, która szczyty swojej aktywności twórczej zaliczyła w latach 90. Koncerty, które zespół odegrał na przestrzeni kilku ostatnich lat można policzyć na palcach obu rąk, jednak o ile wierzyć zapewnieniom, grupa za niedługo powróci z zupełnie nowym albumem. Pierwszym sygnałem mówiącym, że Superchunk kompozytorsko nadal ma coś wyrazistego do powiedzenia, była bardzo udana, wydana w ubiegłym roku EPka “Leaves In The Gutter”. Ich koncert na głównej scenie festiwalowej był dowodem na to, że grupa koncertowo w niczym nie ustępuje swoim towarzyszom z Pavement oraz Pixies.

Muzycy dali porządny i dynamiczny show, w trakcie którego Mac McCaughan, skacząc po scenie i nie oszczędzając gardła, wypadł jak rasowy frontman. W pewnym momencie niespodziewanie na scenę wskoczył Tim Harrington z Les Savy Fav, który zaśpiewał w jednym z utworów. Całość oczywiście wymknęła się spod kontroli i numer skończył się w momencie, gdy Tim złapał za telefon komórkowy i zaczął filmować Maca dającego obłąkańczą solówkę.

broken-social-scene_01_samuel_navarrete.jpg Broken Social Scene (23.15 – Ray-Ban)

Grupa, promując swoje ostatnie wydawnictwo “Forgiveness Rock Record”, zjawiła się w Barcelonie w 8-osobowym składzie. Większość setu zostało opartego na utworach pochodzących z ostatniej płyty zespołu, prezentującej bardziej piosenkowe oblicze grupy. Trzeba jednak przyznać, że o ile na płycie niektóre z utworów wypadają średnio porywająco, to na żywo prezentują się naprawdę świetnie. Wystarczyło przyjrzeć się temu, jak tych pięciu gitarzystów bawi się aranżacjami, dźwiękiem i możliwościami gitarowych efektów.

Wstawki elektroniczne, które na nowej płycie pojawiają się dosyć często, zostały ograniczone do minimum. Koncert rozpoczął się  6-minutowym “World Sick”. Z nowej płyty można było usłyszeć również bardzo dobre “Water In Hell”, “Forced To Love” oraz “Texico Bitches” wykonane z gościnnym udziałem Scotta Kannberga z grupy Pavement, który udzielił się wokalnie w refrenie. Scott nie był jednym gościem, który zjawił się na scenie, by wesprzeć BSS. W utworze “Meet Me In The Basement” do muzyków ze swoimi skrzypcami dołączył Owen Pallett.

Świetnie wypadł utwór “All To All”, który całkowicie należał do Lisy Lobsinger.  Uwagę przyciągał nie tylko jej jedwabisty głos, ale także jej bujna fryzura oraz sposób w jaki beztrosko przechadzała się po scenie. Warto mieć ją na uwadze. Na co dzień udziela się również wokalnie w kanadyjskim zespole Reverie Sound Revue. BSS wykonali również kilka starszych utworów, jak “Shoreline” oraz “KC Accidental”. Cały koncert wypadł bardzo zjawiskowo i energetycznie. Dodatkowych walorów dostarczały komentarze Kelwina Drewa, który stwierdził m.in. “Without good friends you can’t have good life”. Jak widać sam trafił na najlepszych.

pavement_02_dani_canto.jpg Pavement (01.00 – San Miguel)

Chyba nikt nie wyobrażał sobie tegorocznej edycji Primavery bez udziału reaktywowanej w ubiegłym roku grupy Pavement. W zasadzie ciężko stwierdzić dlaczego wokół tego okazjonalnego powrotu zespołu na scenę (muzycy zdecydowali się na jednorazową trasę koncertową w ramach celebracji 20-lecia powstania zespołu) nagle powstało tyle zamieszania. Grupa była dosyć popularna w latach 90, zwłaszcza pod koniec tego okresu, jednak nie na tyle by równać się chociażby z popularnością Pixies. Wraz z powrotem grupa obstawiła na statusie gwiazdy większość tegorocznych festiwali – w tym Roskilde, Summer Sonic, Way Out West, Open’er oraz oczywiście Primaverę.

Koncert otwarli mocnym “Cut Your Hair”. Do samego końca czuć było, że muzycy są na scenie całkowicie wyluzowani i czas który spędzili poza wspólnym graniem, nie zatarł w nich zespołowego ducha. Kolejne utwory wykonywali z właściwą dla siebie niedbałością, która w wypadku tej muzyki wychodziła jej na dobre. Półtoragodzinny koncert oparli głównie na standardach jak “Stereo”, “Date With Ikea”, “Silence Kit” itd. Na bis pojawiły się “Gold Soundz”, “Shady Lane” oraz wykonane ze świetną psychodeliczną końcówką “Stop Breathin”.

O ważności tego koncertu świadczyć powinni liczni goście, którzy, w trakcie jego trwania, wystawiali głowy zza backstage’u. Niektórzy z nich nie wytrzymali napięcia i tak, jak jeden z członków Monotonix, wskoczyli na scenę dać upust swoim emocjom. Z kolei Kelvin Drew w rewanżu za wizytę Scotta Kannberga na scenie podczas koncertu Broken Social Scene, użyczył w jednym z utworów swojego wokalu.

Na tym oczywiście nie zakończył się pierwszy dzień festiwalu. Kto tylko miał siły mógł towarzyszyć imprezie do wczesnych godzin rannych. Mnie udało się zajrzeć pod sceny na których całkiem nieźle zaprezentowali się Fuck Buttons oraz Moderat. Oba występy idealnie wpasowały się w atmosferę głębokiej nocy. W oczekiwaniu na otwarcie metra muzyka obu projektów świetnie wprowadzała w stan głębokiego snu. W pozytywnym znaczeniu.

Marcin Bieniek

zdjęcia: Pavement, Superchunk- Dani Canto; Broken Social Scene, Titus Andronicus – Samuel Navarette; The XX, Surfer Blood – Inma Varandela

Przeczytaj relację z drugiego dnia

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.