06.06.2010 10:37

Autor: marcin

Primavera Sound 2010 – relacja z drugiego dnia festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


wilco1_prima.jpg Primavera Sound 2010 – relacja z drugiego dnia festiwalu

Tym razem rola głównej gwiazdy została podzielona pomiędzy Wilco oraz Pixies. Oba zespoły zaprezentowały się ze skrajnie różnych stron. Poza tym, spore wrażenie zrobiły występy Beach House oraz Yeasayer.

Dzień 2

The New Pornographers (18.15 – San Miguel)

Nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby Kanadyjczycy zagrali o tak wczesnej porze, w dodatku na największej festiwalowej scenie, ale bez wątpienia nie wyszło im to na dobre. Muzycy zaprezentowali mocno wymieszany set, w trakcie którego nie zabrakło ukłonów w stronę publiki (“Sing Me Spanish Techno” na otwarcie) oraz mocnej reprezentacji z ostatniej płyty – pojawiło się “Cash Years”, “Up In The Dark”, “Your Hands (Together)”.

Wrażenie z pewnością byłoby większe, gdyby zespół wystąpił po zmroku. Wczesna godzina nie tylko przeszkadzała koncertowe klimatowi, ale przede wszystkim zabrakło uczestników, którzy dopiero co schodzili się na festiwal. Zespół próbował nawiązać kontakt, żartował, jednak spotykał się z zerową reakcją. Mimo wszystko, nie da się ukryć, że tego dnia, główna festiwalowa scena miała naprawdę solidny skład – po TNP przyszła kolej na Spoon, Wilco oraz Pixies.

Thee Oh Sees (19.15 – Vice)

Wybierając się na ten koncert nie miałem pojęcia czego się spodziewać.  Grupa pochodząca z San Francisco, dowodzona przez Johna Dwyera, okazała się sporym zaskoczeniem. Mieszanina folku z pokręcony rockabilly oraz domieszką Suicie, która przy każdym utworze wymykała się muzykom spod kontroli, doprowadziła do całkiem energetycznego i szalonego show.

John, z gitarą podwieszoną pod samą brodą, co jakiś czas tracił kontrolę i w padał w kolizje ze sprzętami porozstawianymi na scenie. Szalone gitarowe improwizacje wsparte pulsującą sekcją rytmiczną wypadły na festiwalowej scenie całkiem nieźle. Muzycy świetnie wprowadzili publiczność w klimat, który towarzyszył występowi kolejnego zespołu – Condo Fucks.

Condo Fucks (20.30 – Vice)

Yo La Tengo, jako stali bywalcy festiwalu, w tym roku zjawili się ze swoim alter-projektem Condo Fucks. Swój repertuar opierają wyłącznie na rock’n'rollowych klasykach takich artystów jak Carl Wilson czy Ray Davies. Dzięki temu Condos zagrali porywający, rock’n'rollowo-psychodeliczny (tak – to przecież nadal Yo La Tengo) koncert. Publika podłapało o co w tym wszystkim chodzi, przez co widownia szybko zamieniła się w parkiet rodem z lat 60.

Yo La Tengo dając upust swoim fascynacjom, podobnie jak przy okazji albumu “Fakebook” złożonego głównie z klasycznych coverów, stworzyli ciekawy projekt, który koncertowo sprawdza się idealnie. Niewiele w tym oryginalności, ale przecież nie o to tutaj chodzi. Liczy się rock’n'roll i dobra zabawa. Sama Georgia nie potrafiła ukryć śmiechu, kiedy Ira wchodził w refren “So Easy Baby”.

beach_prima.jpg Beach House (21.40 ‘ ATP)

Autorzy jednej z najciekawszych tegorocznych płyt wystąpili na stosunkowo niewielkiej scenie All Tomorrow’s Parties. Pomimo tego, wszystko wskazywało na to, że zespół wygrał konkurencję z grającymi nieopodal siostrami CocoRosie – pod sceną ATP zgromadziło się grubo ponad kilka tysięcy osób, które obstawiły każdy możliwy skrawek ziemi, z którego widać było scenę.

Dream-pop w ich wykonaniu koncertowym, to przede wszystkim “dream” – cały koncert przebiegł w magicznej, sennej atmosferze. Victoria oraz Alex, wsparci na scenie zestawem perkusyjnym, skupili się głównie na wykonywaniu materiału z najnowszej płyty. “Teen Dream” zabrzmiał prawie w całości, rozpoczynając od świetnego “Better Times”. Utwory znakomicie wypadły na żywo, nie tracąc ani odrobiny z uroku zawartego na płycie.

wilco2_prima.jpg Wilco (22.30 – San Miguel)

Na koncert mojej wielkiej alt-country’owej miłości czekałem, podobnie jak tysiące fanów pod sceną, z wielką niecierpliwością. Jak się okazało zespół funkcjonuje w Hiszpanii na statusie wielkiej gwiazdy, co najlepiej było widać podczas awaryjnego wykonania “Jesus, etc.”, no ale o tym zaraz. Koncert rozpoczął się w najgorszy z możliwych sposobów. Publika mocno podgrzewała atmosferę, zespół pewny siebie wyszedł na scenę i rozpoczął występ od openera z ostatniej płyty – utworu “Wilco (The Song)”. Po kilku sekundach okazało się jednak, że grupa gra bez kluczowego w tym utworze basu.

Na scenie zrobiło się małe zamieszanie – grający na gitarze Nels Cline, próbując zasygnalizować technicznym co się stało, nie ukrywał zdenerwowania i zrzucił swoją gitarę. Tweedy zupełnie nie zwracał na to uwagi i śpiewał dalej. Zespół nie robiąc przerwy przeszedł od razu do “I Am Trying To Break Your Hart”, które wypadło jeszcze gorzej. Po tym utworze, Tweedy wykonał solo “Jesus, etc.”, w trakcie którego techniczni próbowali naprawić usterkę. Utwór, prawie w całości odśpiewany przez publiczność, wypadł fenomenalnie.

Na szczęście później było już tylko lepiej – zabrzmiały takie utwory jak m.in. świetne “You Are My Face”, “War On War” czy “Heave Metal Drummer”. To, co najbardziej zaskoczyło mnie w koncertowej wersji Wilco, to niesamowite umiejętności muzyków tworzących zespół. Na każdej z płyt, na pierwszy plan zawsze wysuwa się Tweedy, z kolei na koncercie zespół wychodzi poza studyjne wersje swoich utworów i tworzy rozległe improwizacje, przez co uwaga skupia się na zespole jako całości. Tak było chociażby w “One Wing”, gdzie gitarzysta Nels Cline dosłownie wpadł w trans, w trakcie którego wydobywał niesamowite dźwięki. Czy chciał się tym odkupić za słaby początek koncertu? Nie wiem, ale zgadzam się ze słowami Tweedy’ego, który w pewnym momencie stwierdził “I don’t even remember how his show started”.

pixies1_prima.jpg Pixies (01.15 – San Miguel)

Pixies okazali się bezsprzecznie największą gwiazdą festiwalu. Grupa będąca w reaktywacji od 2004 roku, zagrała w tym samym roku swój pierwszy koncert na festiwalu Primavera. Od tamtego czasu niewiele zmieniło się w historii zespołu, jednak grupie wydaje się to nie przeszkadzać, ich legenda jest nadal żywa. Najlepszym dowodem na to była liczba osób zgromadzonych pod sceną.

Zespół wykonał dobrą robotę odgrywając poprawnie swoje the best of, jednak zabrakło w tym wszystkim ważnego zespołowego pierwiastka, który pozwoliłby uwierzyć, że to, co oglądamy na scenie, nie dzieje się tylko i wyłącznie dzięki sprawczej mocy dolara. Mimo tego nie da się ukryć, że wykonanie starych utworów wyszło muzykom perfekcyjnie.

Koncert zaczął się od klasycznego intro Gabriela Faure “Sicilienne” które płynąc z głośników na scenie głównej robiło spore wrażenie. Później poszło już gładko – zaczęli od “Cecilia Ann”, dalej zabrzmiało “Bone Machine”, “Monkey Gone To Heaven”, “Veluoria”, “Caribou” i cała rzesza utworów, która powinna zadowolić nawet najbardziej wybrednego fana. Na wielki bisowy finał muzycy zostawili “Gigantic” oraz “Where Is My Mind?”.

To w żadnej mierze nie był zły koncert, zespół dał z siebie wszystko. Jednak dało się wyczuć, że dystans, który dzielił muzyków na scenie, nie był tylko efektem ustawienia scenicznego.

yeasayer_prima.jpg Yeasayer (02.45 – Vice)

Na koncert dotarłem z lekkim opóźnieniem, jak zresztą większość osób transportujących się z koncertu Pixies. Grupa pojawiła się 5-osobowym składzie, ze specjalną scenografią, znaną z teledysku do “One”. Sam koncert został mocno podporządkowany charakterowi ostatniej płyty – muzycy postawili przede wszystkim na konkretne piosenki. Prawie całkowicie zrezygnowano ze scenicznego szaleństwa i improwizacji, które można prześledzić na nagraniach live dostępnych na youtube (chociażby tutajtutaj). Chris Keating wypadł przez to nieco statycznie, ale pomimo tego grupa dała świetny koncert.

Mając w dorobku dwie świetne płyty, grupa oparła swój występ na wykonaniu swoich największych hitów. Zdążyłem załapać się na “I Remember”, “Sunrise” no i oczywiście mocne “2080″. Muzycy wykonali też utwór, który znalazł się na składance Dark Was The Night – “Tightrope”. Na sam koniec pojawiło się świetne “Madder Red” oraz “Ambling Alp” – czyli dwa najlepsze momenty z ostatniej płyty.

Koncert wypadł świetnie, jeśli ktoś planuje wybrać się na ich Opener’owy występ, z pewnością nie pożałuje. Podobnie jak z Wild Beasts, których przez chwilę obserwowałem na scenie dzień wcześniej i którzy z całą pewnością narobili mi ochoty na jeszcze.

Marcin Bieniek

zdjęcia: Wilco – Chus Sanchez; Pixies, Beach House – Inma Varndela; Yeasayer – Dani Canto

Przeczytaj relację z trzeciego dnia

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.