25.09.2017 15:51

Autor: Szymon

Pozytyw(ka) na piątkę!

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | |


Pozytyw(ka) na piątkę!

Najmniejsza scena, największe emocje.

Grają koncertowo, ale nie na wielkich stadionach, lecz na małych niepozornych scenach, gdzieś na obrzeżach festiwali. W tle tumult sceny z muzyką techno. Gdzieś w oddali dobiegają odgłosy z mainstage’u. Artyści występujący na Music Box będącej swego rodzaju pozytywką dla debiutantów na Sziget dają z siebie wszystko, choć warunki w jakich przyszło im grać nie należą do najłatwiejszych. Mają przed sobą garstkę fanów i kilku ciekawskich. Być może to w przyszłości oni będą “zagłuszać” innych występując na większych scenach. Bliskość, otwartość, możliwość rozmowy po koncercie, czy podpisania zakupionej płyty. W ten sposób powstają niezwykłe więzi i wspomnienia inne od wszystkich, które zostaną z nami na zawsze i często będziemy do nich powracać. Nie trzeba kupować za bajońskie sumy biletów “meet and greet” czy “golden circle”, jak w przypadku gwiazd. Artyści grający na tych mniejszych arenach są dosłownie na wyciągniecie ręki. To z nimi mamy szansę przybić przysłowiową “piątkę”.

Podczas zeszłorocznego Szigetu to Europe Stage była dla mnie tą wyjątkową. Występowali na niej artyści spoza głównego nurtu, którzy jednakże wyrobili już sobie w pewnych kręgach renomę, np.: nagrywając album lub EP-kę, wygrywając konkurs młodych talentów, czy wreszcie osiągając kilkaset tysięcy odsłon w serwisach youtube czy Spotify. Rzecz jasna właśnie w ten sposób miałem wcześniej szansę do nich dotrzeć. W czasach, gdy uwaga słuchaczy jest rozproszona i nie tylko wielkie firmy fonograficzne, radio i muzyczne telewizje kreują preferencje publiczności, to ilość odsłon w rozmaitych serwisach jest miernikiem sukcesu i popularności artysty. Przecież w jakiś sposób o istnieniu muzyków musieli się organizatorzy festiwalu dowiedzieć. Skoro filmik nakręcony przez fanów, bądź przedstawicieli kanałów dokumentujących występy w nietypowych miejscach osiągnął wynik wart poświęcania komuś uwagi. Ze stacji metra, tramwaju czy ulicy wielkiego miasta droga na większa sceną już niedaleka.

Przekonali się tym pochodzący z Australii Pierce Brothers. Dwaj bracia i do tego bliźniacy brzmiący niczym Mumford and Sons, grający zresztą ich covery, podbili serca niewielkiej, acz bardzo entuzjastycznej publiczności, która zjawiła się pierwszego wieczoru pod sceną Music Box. Zapadł już zmrok więc zbudowana z drewna pozytywka, czy może raczej katarynka, zajaśniała, a Pierce Brothers zagrali niczym nakręceni swego rodzaju folkowego “DJ-seta”. Do utraty tchu. Publiczność podskakiwała niczym na potańcówce w stodole, a artyści, jako że “zamykali” tego dnia scenę, mogli bez oporów grać do oporu. Chciało by się rzec “normalnie o tej porze – raz lepiej raz gorzej”, ale zdecydowanie tym razem było lepiej, najlepiej. Podśpiewywałem razem z nimi skacząc w tłumie. Ciężko było zwyczajnie pozostać tylko niemym świadkiem wydarzeń. Nie przeszkadzało mi zbytnio, że niektóre kawałki zlewały się zwyczajnie ze sobą. Ilość pozytywnej energii, jaka się wtedy wyzwoliła i uśmiech na mojej twarzy rekompensowały ten brak szlifu. Zabookował ich Lowlands, Piknpop nie mogło zabraknąć Pierce Brothers na Sziget. Jak podbijać Europę to od razu całą! Bezpośredniość i szczerość to cechy, dzięki którym artysta może sobie zrównać niejedną osobę. Niekoniecznie może przemawiać do niego rodzaj muzyki jaką wykonuje, ale sposób w jaki to robi. Jak wiemy podczas koncertu wszystko nabiera nowego wymiaru. Ważna jest interakcja z publicznością, energia jaką się przekazuje (a nawet wymienia) lub proste słowa i gesty. Można dostrzec mały uśmiech, skinienie głową, onieśmielenie czy oburzenie. Muszę przyznać, że tego wszystkiego doświadczyłem na koncert pochodzącej z Chorwacji Lovely Quinces. Obdarzona wyrazistym głosem i do tego urodziwa artystka zaśpiewała kilka autorskich i bardzo osobistych piosenek. Przejmująco wykonała cover Marthy Wainwright “Bloody Mother Fucking Asshole”. Była w tym prostota i piękno. Chwilami wręcz zachwycała, a mnie wydawało się, że ją rozumiem. Zyskała moją uwagę i podziw (inspiracje Fioną Apple, Sonic Youth czy PJ Harvey), lecz jednak brakowało między nami chemii.

Po “rozstaniu” z Lovely Quinces musiało minąć kilka dni nim powróciłem do “Music Box”. Spotkałem tym razem pochodząca z Południowej Afryki Alice Phoebe Lou. Urzekła mnie swoją bezpretensjonalnością i pozytywnym podejściem do życia. Artystka mimo młodego wieku wypowiadała się dojrzale niczym Roisin Murphy w udzielanych wywiadach. Jej dziewczęcy i ujmujący głos nieraz ocierał się o wrzask. Przy dźwiękach gitary Alice namawiała i zapraszała do swojego świata, a może raczej nastrojowej krainy czarów. Choć nieraz brakowało w tym melodii, to jednak robiła to dość skutecznie. Artystka doskonale wie, jakie kroki powinna podjąć na drodze dalszej kariery. Krótkie sesje muzyczne podczas TEDxBerlin i Mahogany Session zagwarantowały jej już kilkaset tysięcy odsłon. Z całą pewnością idzie po swoje. Miałem ochotę z nią zamienić słowo po koncercie, lecz podczas rozmowy z fanami patrzyła im głęboko w oczy. Dostrzegłem w jej wzroku lekki obłęd, zrobiłem mały krok w tył, zawróciłem na pięcie i poszedłem szukać białego królika (a raczej kruka).

Artyści występujący w Music Box nie tylko zmagali się sami z sobą, ale i z przeciwnościami losu. Co rusz coś nawalało. Jeśli nie następowała awaria oświetlenia, to czuć było swąd palonego kabla. Z jednej strony miało to swój urok, lecz z drugiej, gdy nagminnie się powtarzało, zaczynało już irytować. Zwyczajnie było mi wtedy żal występujących w takich warunkach muzyków, choć pewnie dla nich to nie pierwszyzna. Nie tylko musieli walczyć o publiczność (jak Bror Gunnar Jansson), ale o niezbędne do scenicznego życia podstawy. Blues Delty Missisipi w wydaniu Szweda to jakby wołanie o pomoc, a wręcz skowyt. Muzyczna Zosia Samosia grająca dosłownie na wszystkim. Gitara, werbel, harmonijka ustna i do tego jeszcze dochodził śpiew. Zwyczajnie brakowało facetowi zespołu, nie mówiąc już o tym, że poza kilkunastoma osobami siedzącymi na krzesełkach kempingowych (oczywiście jego rodacy) nie było na koncercie żywszej duszy. Postanowiliśmy wspierać artystę. Słuchamy, bijemy brawo i zachęcamy w ten sposób innych do udziału. Ciężki to był chleb jak praca na plantacji bawełny. Dotrwaliśmy do końca. Mając w kieszeni piątaka (jedyny banknot o nominale 5 Euro w towarzystwie tysięcy Forintów) postanowiliśmy zagadać licząc na wyraz wdzięczności artysty za klakierską robotę jaką odwaliliśmy. Udało się wywołać Brora do barierki, przybić piątkę i delikatnie zasugerować, że być może przydałby mu się do pomocy zespół. Odpowiedź brzmiała: “Nie”. Płyty też za garść dolarów sprzedać nie chciał. Konwersacja została ucięta. Z Bluesmanami nie ma łatwo. Miało to miejsce 13-ego dnia miesiąca. Na szczęście nie był to piątek. To tylko ułamek tego, co oferowała scena Music Box, lecz doskonale obrazujący jej specyfikę i różnorodność występujących na niej muzyków. Wielka szkoda, że nie mogłem schować jej do kieszeni i zwyczajnie zabrać ze sobą. Najwidoczniej nie była aż tak mała jaką się wydawała, a występowali na niej najprawdziwsi artyści.

Szymon Matlak
fot. Mateusz Kozina, materiały prasowe organizatora




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.