Podsumowanie roku 2009 / Krzysztof Żyła


więcej: #1 #2 #3 #4 #5 #6 #7 #8 #9

Podsumowanie roku 2009
/ Krzysztof Żyła

Archive – “Controlling Crowds” (recenzja)

archive-controlling-crowds.jpg  

Kiedy w 2002 roku ukazał się ich “Again” i przez prawie 18 miesięcy utrzymywał się na Liście Przebojów Programu Trzeciego, Brytyjczycy zostali namaszczeni następcami Pink Floyd. Dla tak młodego wtedy zespołu, porównanie z największym zespołem wszech czasów musiało być miażdżące w skutkach. Mimo tego, albumem “Controlling Crowds” pokazali, że nie są jedynie wybrykiem jednego utworu. Mieszając stylistykę trip-hopową i progresywnego grania wypełnili na muzycznej scenie pewną niszę, a tegoroczny album potwierdził tylko ich ponadprzeciętne zdolności do komponowania utworów-hymnów. Do szerszej publiczności mogli dotrzeć jedynie przez dwa utwory – “Kings Of Speed” i “Bullets” – najlżejsze “singlowe” piosenki, ale i tak o wielkiej wadze emocjonalnej. Archive grając muzykę trudną, nie od razu przyswajalną, stanęli na wysokości zadania i w miszmaszu lekkich, mdłych zespołów są drzazgą w oku dla tych, którzy twierdzą, że prawdziwe granie skończyło się 30 lat temu.

Drivealone – “Thirty Heart Attacks A Day” (recenzja)

drivealone-thirty-heart-attacks-a-day.jpg

Wybór którejś z polskich płyt do tego zestawienia był dla mnie niezwykle trudny, choćby z tego tytułu, że mam odmienne, bardziej osobiste podejście do polskiej muzyki. Jeszcze dziwniejszym jest to, że wybrałem płytę-projekt Piotrka Maciejewskiego z Much, gdyż, jak mówi sam Piotr, Drivealone jest dla niego odskocznią, czymś niezobowiązującym. “Thirty Heart Attack” jest nagrane wzorem solowej płyty Thoma Yorka przy użyciu gitary i wszechmocnego laptopa i to chyba przez tą osobistość i kameralność album ten jest tak wyjątkowy. Niepokojące, odrobinę mroczne rejony schowane w bardzo “przestrzennych” kompozycjach Piotra przenoszą go na, jak to mawiał Leo, “international level”. Ukłony.

Editors – “In This Light and On This Evening” (recenzja)

editors-in-this-light.jpg

Jeżeli do jakiegoś projektu rękę przykłada Mark Ellis, szerzej znany jako Flood, można na 99 procent założyć, że będzie to projekt udany. Ba! Projekt wymiatający! Editorsi przez współpracę z Floodem dołączyli do tak zacnego grona jak U2, Depeche Mode, NIN czy PJ Harvey. Nie chcę powiedzieć oczywiście, że “In This Light And On This Morning” to jedynie zasługa Flood’a, bo Editors są dla mnie zespołem kompletnym, kompletnym rock’n'rollowo. Dawno już nie słyszałem płyty, która cała składa się z utworów mogących przez losowy wybór stać się singlem, który pociągnąłby sukces całej  płyty. Tom Smith wraz z kolegami odstawili na chwilę gitary, by wzorem swoich idoli z dzieciństwa poszperać przy klawiszach i zamiana ta wyszła im niezwykle korzystnie. Wielu z początku się krzywiło na samą myśl o tych krzykliwych samplach, ale znajdźcie wśród nich choć jedną osobę, która nie stuka palcami przy wstępie do “Papillon”…

Engineers – “Three Fact Fader” (recenzja)

engineers_three_fact_fader.jpg

Drugi album Londyńczyków, na który musieliśmy czekać aż cztery lata, okazał się warty tego czasu. Jeżeli teraz ktoś chce grać nowego indie-rock’a to powinien najpierw przesłuchać dyskografię Sonic Youth, a potem “Three Fact Fader” Inżynierów. Na płytę natrafiłem przez przypadek w małym zaprzyjaźnionym sklepiku muzycznym i od pierwszego odsłuchu ślepo się w niej zakochałem. Niestety nie było mi dane z racji danych demograficznych wychowywać się na Blur czy Oasis, więc nie mogę powiedzieć, że zostałem przez te zespoły wychowany. Mam nadzieję natomiast stać się wiernym, wręcz fanatycznym słuchaczem Engineers, na gitarach przecież można grać tak pięknie.

Everything Is Made In China – “Automatic Movements” (recenzja)

everything-is-made-in-china-automatic-movements.jpg

Płyta ukazała się dopiero z końcem listopada, ale nad jej odsłuchem spędziłem już resztę dni 2009 roku. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że jest to trójka niesamowicie szczerych i skromnych chłopaków spod Moskwy, którzy, nie wiem czy zdają sobie z tego sprawę, nagrali jeden z najlepszych albumów alternatywnego, psychodelicznego rocka tego roku. Maxim, Filipp i Aleksiej nie wstydzą się przyznać do tego, że w domu słuchają Radiohead i duńskiego Kashmiru, a na temat swojej ewentualnej kariery mówią lakonicznie, że chcieliby po prostu móc grać koncerty. Ta płyta swoją melancholią ciśnie w nasze śluzówki wilgoć. Połączenie nieskrywanej słowiańskiej duszy z trochę zazdrosnym spojrzeniem na zachodnie kapele dało wspaniały efekt. Tak udany, że jestem gotów stwierdzić, że w tym wypadku… mistrz został dogoniony przez ucznia. Obyśmy doczekali tak dobrze “popularnej” polskiej płyty.

Fever Ray – “Fever Ray” (recenzja)

fever-ray.jpg

Chwilowa (?) ucieczka Karin Dreijer Andersson od jej brata, sądząc po owocach tego solowego albumu, była jej potrzebna. Panna Karin wydając płytę pod pseudonimem Fever Ray pozwoliła sobie na takie odważne dźwięki, które niekoniecznie współgrały by z tak uznaną marką jaką jest The Knife. “Fever Ray” to projekt niezwykle ambitny i “autonomiczny”. Choć fanów rodzeństwa stylistyka płyty raczej nie zszokowała to widać, że w pannie Andersson tkwią ogromne pokłady talentu do komponowania mrocznych, elektronicznych melodii. Jeżeli pamiętamy do tego jej charakterystyczny wokal to niektórzy mogą sobie zadać pytanie, kto tak naprawdę kręci sterem w The Knife, bo “Fever Ray” pokazało, że Karin jest kobietą w pełni samowystarczalną muzycznie.

Handsome Furs – “Face Control” (recenzja)

handsome-furs-face-control_0.jpg

Alexei Perry oraz Dan Boeckner z Handsome Furs są dla mnie parą na miarę państwa White Stripes i mego zdania będę bronił jak niepodległości. Energia, jaką produkują ci zakochani w sobie i w muzyce ludzie, jest niewiarygodna, a ich druga płyta działa jak zakazany drink z napojem dodającym skrzydeł. Electro-punk w ich wykonaniu to najczystsza forma ekstrawagancji. Hałaśliwe, pełne jazgotu utwory ze świetnym wokalem Dana (członka Wolf Parade) to idealne rozwiązanie na zaspane poranki. Zespół widziałem na żywo podczas tegorocznego OFF’u i nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Wulkan, gejzer, elektrownia emocji!

Hanne Hukkelberg – “Blood From a Stone” (recenzja)

hanne-hukkelberg-blood-from-a-stone.jpg

Takie głosy, jak ten pochodzącej z Oslo Hanne, zawsze przyciągają uwagę, szczególnie, że wokali takich spotyka się niestety coraz mniej. Była Kate Bush, Beth Gibbons pojawiały się Anja Garabrek czy Feist. Teraz na głębsze wody wypłynęła Hanne. Jej talent jest przeogromny, Norweżka sama komponuje i pisze teksty, a wokalnie jest uosobieniem piękna. “Blood Stone” to kompilacja utworów “ciężko-lekkich”. Ciężkich, gdyż są to kompozycje niezwykle barwne, pełne, o wielkiej dawce emocjonalnej, natomiast ich lekkość przejawia się tym, że nawet kilkukrotne odsłuchanie albumu podczas jednego dnia zwyczajnie nie nudzi, nie męczy, a ma działanie zdecydowanie kojące.

Kasabian – “West Ryder Pauper Lunatic Asylum” (recenzja)

west-ryder.jpg

Kasabian tym razem postanowili trochę odpuścić i przestać dobijać się do zespołów rodzaju Chemical Brothers. Na “West Ryder” pojawiło się więcej gitar, beatelsowskie chórki, refreny… i wyszło pięknie. Przy tym nie stracili nic ze swojej oryginalności, a jednocześnie udało im się nagrać album bardzo dojrzały (nie mylić z pompatyczny!). Chyba dorośli i zrozumieli, że aby być zauważonym nie trzeba być koniecznie tym najgłośniej hałasującym. Do tego ta różnorodność, radiowe “Where Did ALl The Love Go?”, a z drugiej strony “Thick as Thieves”, brzmiące jak wygrzebany utwór z niewydanych kompozycji Bowiego.

The Prodigy – “Invaders Must Die” (recenzja)

PRODIGY_CD_8PR1-b

Po przedostatniej płycie Brytyjczyków pojawiły się pewne wątpliwości czy aby królowie, królami dalej być powinni. Jednak “Invaders Must Die” rozwiała, ba… wywiała wszelkich heretyków głoszących takie tezy. Prodigy wracając do historii, a nawet wykorzystując w niektórych utworach stare triki, obronili się na pozycji niedoścignionego wzoru i lidera ravetechno. Powtórzę po raz wtóry, ten zespół z racji swojej siły mógł sobie na to pozwolić, by nie ryzykować z nowymi trendami, modami, a pozostać przy swojej wypróbowanej konwencji. Jeżeli szewc ma szyć buty, to niech szyje je najlepiej jak potrafi, a nie udaje krawca. Stare-nowe Prodigy po prostu zmiotło, zmiażdżyło – z tą samą mocą co przed kilkunastoma latami.

Krzysztof Żyła

więcej: #1 #2 #3 #4 #5 #6 #7 #8 #9




Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.