18.01.2010 18:44

Autor: Gosia

Podsumowanie dekady według Redakcji Muzycznej Studenckiego Radia Żak Politechniki Łódzkiej

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Podsumowania


vinyl.jpg Podsumowanie dekady według Redakcji Muzycznej Studenckiego Radia Żak Politechniki Łódzkiej

Mimo że tak naprawdę dekada kończy się dopiero za rok, to cały świat już teraz oszalał na punkcie podsumowań ostatniego dziesięciolecia. Szaleństwu poddaliśmy się również my oraz redakcja muzyczna Studenckiego Radia Żak Politechniki Łódzkiej. Jak wyglądają ich typy – możecie się przekonać poniżej.

Krzysztof Kijek

Animal Collective – “Strawberry Jam”
Duet-tercet-kwartet z Baltimore przeszedł fascynującą ewolucję w ciągu tej dekady – zaczynając od pięknie odrealnionego, baśniowo-hałasującego “Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished”, poprzez różnie-strawne eksperymenty i coraz większą melodyjność, a kończąc na zaraźliwym, słonecznym (ale wciąż “dziwnym”) popie z “Merriweather Post Pavillion”. Tak naprawdę zasłużyli na miejsce w 10 za większość dokonań kończącego się dziesięciolecia (freak-folkowe “Sung Tongs”, świetne epki), ale postawiłem na “Strawberry Jam” – album zawierający jeszcze dawną epickość (“Fireworks”) i już zbliżającą się przebojowość (“Peacebone”, “Winter Wonder Land”). Album, który wprowadził AC na salony i kazał mi nazwać ich swoim ulubionym współczesnym zespołem, podczas słuchania którego siedzenie bez ruchu raczej mi się nie zdarza. Album, na którym pełnym światłem rozbłysł talent Pandy.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – “House Arrest
Ariel Rosenberg wywrócił mi głowę już przy pierwszym spotkaniu. Najpierw zwróciłem uwagę na brzmienie – niczym przegrywane trzydziesty raz kasety w liceum. Potem zacząłem dostrzegać mnogość warstw, pomysłów (perkusja będąca tak naprawdę beatboxem i graniem na pachach) i melodii, a na końcu wreszcie usłyszałem ich piękno. Bo najważniejsze w twórczości Ariela jest jego niesamowite wyczucie melodyczne. Znów miałem trudny wybór – senne i magiczne “The Doldrums” (z highlightami – “For Kate I Wait”, “Envelopes Another Day” czy “Among Dreams”), lekko psychodeliczne “Worn Copy” (z epickim “Trepanated Earth” i przebojowymi “Immune to Emotion” czy “Oblivious Peninsula”), a może jego nieoficjalne greatest hits, “Grandes Exitos”? Padło na “House Arrest” – bo tam są “Alisa”, “Helen”, “Every Night I Die at Miyagis” i inne moje ulubione piosenki Ariela. W nowej dekadzie będzie wydawał dla 4AD i nagrywał w prawdziwym studiu. Być może papież lo-fi-popu zacznie podbijać listy przebojów.

The Avalanches – “Since I Left You
Sporo osób postrzega ich jako “tych od teledysku z małpami i duchami” i nic dziwnego, bo “Frontier Psychiatrist” to świetny utwór, opatrzony kapitalnym klipem. Ale ta płyta to dużo dużo więcej. Od strony technicznej – około 3,5 tysiąca sampli, składanych przez producentów płyty – Darrena Seltmanna i Robbiego Chatera – w dwóch osobnych studiach. Panowie opętani twórczym szałem mieszali wszystko, co pasowało im do koncepcji, nie zważając na prawne konsekwencje (nie zakładali, że album zostanie wydany na masową skalę). Przez ich ręce przewinęły się płyty m.in. Madonny, Boney M, Francoise Hardy i Sergio Mendesa, ale też stare soundtracki do włoskich filmów. Efekt końcowy to nie banalny mashup, tylko kapitalna, radosna, taneczna podróż przez świat, w której wszystko jest idealnie na swoim miejscu. Każdy skrawek gra swoją rolę w tej endorfinowej układance. Być może sam pomysł specjalnie nowatorski nie jest (choćby DJ Shadow i J Dilla), ale wykonanie – absolutnie perfekcyjne.

Broken Social Scene – “You Forgot It In People
Mój ulubiony gitarowy zestaw piosenek dekady. Super-kolektyw z Kanady (członkowie m.in. KC Accidental, Metric, Stars, Do Make Say Think oraz wtedy wschodząca Feist) lekko i swobodnie przechodzi od energetycznych, piekielnie melodyjnych dynamitów (“Almost Crimes”, “Cause=time”) do melancholijnych wyznań (nieziemsko cudowne “Anthems For a Seventeen Year-old Girl” i “Lover’s Spit”) i instrumentalnych tematów (hawajskie “Pacific Theme”, ambientowe “Capture the Flag”). To był rok 2002 i do tego momentu żyłem przekonany, że poza Europą i Stanami Zjednoczonymi nie powstaje świetna muzyka. Broken Social Scene (tym i następnym, kapitalnie wyluzowanym, albumem) otworzyli mi oczy na państwo od hokeja. Hot Hot Heat, Arcade Fire, The Dears, New Pornographers ? ich wszystkich poznałem później. Wciąż marzę o zobaczeniu BSS na żywo.

The Microphones – “The Glow Pt. 2
Zafascynowałem się tym albumem jeszcze zanim go posłuchałem, czytając o pomysłach Phila Elveruma (nakrywanie mikrofonów kocem i wiadrem). Potrzeba mi było bardzo wielu przesłuchań, żeby ogarnąć “The Glow Pt. 2″ i chyba nadal jej do końca nie ogarnąłem. Elverum – z pomocą przyjaciół, m.in. Karla Blau i The Blow – prezentuje mieszankę prostych, akustycznych utworów, nawiedzonych kolaży, psychodelicznych opowieści i instrumentalnych miniaturek. Jeźdźcy bez głowy, miecze samurajskie, księżyc, wiatr, nawiedzony dom, natura, miłość, życie i śmierć. Ta płyta to dużo więcej niż tylko suma jej składowych,  to świadectwo niezwykłej osobowości lidera Microphones (a obecnie Mount Eerie), jego naturalności, niewinności i spojrzenia na życie. Widziany w 2008 roku koncert Elveruma tylko potwierdził, że ten gość nie udaje. Moja dekada byłaby bardzo uboga bez jednego z ostatnich naturalnych i jego największego dzieła.

Modest Mouse – “The Moon & Antarctica
Eschatologia to z jednej strony temat, na który w pospiesznym XXI wieku niewielu z nas ma czas, z drugiej – podstawa treści wielu płyt w tej dekadzie (choćby “Funeral” Arcade Fire czy ostatnio “Hospice” The Antlers). Dla mnie najbardziej zwycięsko ze starcia ze śmiercią wyszedł Brock, przedstawiając na “The Moon & Antarctica” podejście przepełnione lękiem, ale jednocześnie nie pozostawiającym złudzeń realizmem. Wszystkich czeka ten sam koniec, a jedyne co mamy to nadzieja, że dostaniemy drugą szansę albo uściśniemy dłoń “Wielkiemu Oku”. Muzyka jest na przemian smutna (“Lives”, “Stars Are Projectors”, “Cold Part”), kojąca (“3rd Planet”, “Wild Pack of Family Dogs”) i agresywna (“What People Are Made of” z wymownym zakończeniem), zaś sam Brock jest mędrcem, prorokiem, wysłannikiem z innego świata. Dotąd nie słyszałem lepszego indie-rockowego dzieła w tej dekadzie, chociaż obcowanie z nim za każdym razem grozi u mnie depresją, a pisanie o nim ociera się o profanację. No one’s gonna play the harp when you die.

Panda Bear – “Person Pitch
Jakby mało mi było w tej dekadzie Animali, Noah Lennox vel Panda Bear postanowił nagrać solową płytę i postawić do kąta wszystkich próbujących zmierzyć się z estetyką Beach Boys. Używając samplerów, cytatów z The Tornados, Cata Stevensa, Kraftwerku, Scotta Walkera i portugalskiego słońca, ujawnił światu swój niebywały talent do układania melodii. “Person Pitch” i wydany pół roku później “Strawberry Jam” postawiły Pandę na pierwszym planie współczesnej muzyki niezależnej, a późniejsze “Merriweather Post Pavillion” i występ na najnowszym Atlas Sound nadały mu status nietykalnego.  Ale też niewiele rzeczy zrobiło w tej dekadzie na mnie takie wrażenie jak “Comfy in Nautica” czy potężne, epickie “Bros”. Do tego sam Panda jest niezwykłą osobą, daleką od wizerunku dziwaka, jaki zwykło mu się przypinać przy okazji dzikszych dokonań Animal Collective. Jeśli już musiałbym znaleźć jakąś wadę, to chyba tylko to, że jest on tylko jeden.

Radiohead – “Kid A
Przyznam szczerze, że rozważałem rezygnację z tego najbardziej oczywistego z wyborów po to, żeby zaskoczyć i dać szansę innej, mniej oklepanej płycie. Za dziesiątką zostały m.in. Boards Of Canada, Ścianka, GY!BE, Wilco, Junior Boys, And You Will Know Us By The Trail Of Dead, The New Pornographers, Joanna Newsom, The Flaming Lips, Max Tundra, Blur, Circulatory System, Destroyer, Fennesz, Fiery Furnaces, Gang Gang Dance, Goldfrapp, Hood, The Knife, LCD Soundsystem, M83, Manitoba, Notwist, Something Like Elvis, Rapture, Tortoise, Unwound, Wrens, Yo La Tengo.. No ale prawda jest taka, że to dla mnie najważniejsza płyta dekady i jestem jednym z tych nudziarzy, dla których słuchanie muzyki dzieli się na “przed Kid A” i “po Kid A”. Yorke i spółka, używając znanych (Warpowska elektronika, jazz, psychodelia) środków wyrazu, stworzyli bardzo dokładny portret paranoi naszych czasów, który z upływem kolejnych lat jest coraz bardziej wymowny.

Sufjan Stevens – “Illinois
To była świetna dekada dla indie folku – Cat Power, Joanna Newsom, Iron & Wine, Songs: Ohia i Andrew Bird to tylko niektórzy wielcy gitary akustycznej ostatniej dziesięciolatki. Ja na czele tego ruchu stawiam Stevensa, którego tryptyk (nie tematyczny) “Michigan”-”Seven Swans”-”Illinoise” zatrząsł mną w połowie dekady. Najbardziej lubię tę ostatnią, drugą część cyklu płyt o stanach USA (który, jak ogłosił niedawno artysta, nie będzie miał ciągu dalszego) – ze szlagierami “Chicago”, “Jacksonville” i “Casimir Pulaski Day”, wykorzystywanymi w wielu amerykańskich filmach i serialach. Wystarczyły dwa przesłuchania, żeby ten czasem akustyczny, a czasem rozbuchany i niemal orkiestrowy (a na koniec nawet ściągający od Steve Reicha) album kupił mnie bezgranicznie. Gorąco polecam poczytać o tematyce płyty, odwołującej się do historii stanu Illinois, żeby jeszcze bardziej ogarnąć monumentalność i pracę, jaką Sufjan wykonał przy tym albumie. Szkoda naprawdę, że już mu się więcej tak nie będzie chciało.

William Basinski – “The Disintegration Loops
I znów temat śmierci, ale tym razem potraktowany w bardzo dosłowny sposób. William Basinski zarejestrował na czterech płytach “umierające” loopy – album to zapis procesu kopiowania muzyki ze starych, rozpadających się, analogowych taśm do postaci cyfrowej. Taśmy ulegały dezintegracji dosłownie na oczach artysty, a razem z nimi dźwięki, raz nagle i niespodziewanie, a raz stopniowo i powoli. Niesamowitości albumowi dodają okoliczności zakończenia prac nad nim – 11 września 2001 roku Basinski z kolegami siedzieli na dachu jego brooklyńskiego domu i słuchali ukończonych tego ranka płyt, obserwując pogrążające się w niebycie wieże WTC. Nie da się słuchać tej płyty inaczej niż w skupieniu i poświęceniu tylko jej, potrzeba też cierpliwości, by przebrnąć przez dłuższe, czasem godzinne utwory. Mój ulubiony przedstawiciel ambientu, który w tej dekadzie był też silnie reprezentowany przez Stars Of The Lid, Tima Heckera czy Keitha Fullertona Whitmana.

Adrian Janicki

OutKast – “Stankonia”
Według mnie to ten, a nie następny album duetu z Atlanty to perełka w ich dyskografii. Od początku ich każdy kolejny album to było objawienie. “Aquemini” wydane jeszcze w poprzednim stuleciu służyło za pokaz eklektyzmu jaki można osiągnąć w rapie, ale “Stankonia” to przeniesienie do innej galaktyki. Andre 3000 i Big Boi pokazali, że niewiele więcej da się wycisnąć z rapu i mieli w tym dużo racji. Inspiracje OutKastu sięgały wtedy dużo dalej niż całej ówczesnej sceny (kto inny potrafi połączyć w jednym nagraniu drum n’ bassowy bit z gitarową solówką?). Jest to chyba najbardziej różnorodny, a jednocześnie najbardziej spójny album amerykańskiej sceny hip-hopowej ostatnich 10 lat i chociażby po to warto sięgnąć po ten kosmiczny (inspiracje Funkadelic-Parliament robią swoje) album.

Daft Punk – “Discovery”
Francuski house na początku lat ‘00 przeżywał coś niesamowitego i to chyba jest tego apogeum. Discovery to w samej rzeczy – odkrycie. Niby to wszystko już było – sample, mocna, rytmiczna stopa i powtarzające się słowa w refrenie, ale “One More Time” nie można było przesłuchać tylko raz – musiał być ten kolejny. “Harder, Better, Faster, Stronger” to z kolei odrębna historia do sprawdzenia w internecie (dziś już nikogo nie zaskoczy taniec z napisami na rękach i nogach). Epickie. Czemu? Nie wiem, ale można słuchać wciąż i wciąż, od czasu do czasu włączając do tego pamiętną “Interstellę 5555″, aby nie tylko muzyka mówiła za siebie.

Noon – “Gry Studyjne EP”
Na naszym polskim podwórku też się trochę działo. W poprzednim stuleciu zabawę samplami na świecie zredefeniował DJ Shadow, a 7 lat później przyszła pora na zmianę u nas. Sam Noon to postać kultowa na scenie hip-hopowej. Doczekał się setek naśladowców z czego żaden, nawet ten, który starał się dokładnie odwzorować noonowy styl – nie dał rady. Mocne bębny i bardzo dokładnie pocięte sample dają niesamowity efekt końcowy. Kolaż tych kilkuset dźwięków nie daje wrażenia, że są to fragmenty czegoś innego. Raczej takie, że zostały stworzone tylko po to by usłyszeć je na Grach Studyjnych. Do dziś nie rozumiem i nie pojmuję jak on to znalazł.

Cool kids of death – “1
Po prostu CKOD.

Fisz Emade jako Tworzywo Sztuczne – “F3″
Pokręcony trip-hop-hip-hop w warszawskim sosie. Bracia Waglewscy od początku kariery dawali do zrozumienia, że oni to jakby obok są, a teraz jeszcze, że z nich tacy frajerzy, superfrajerzy. Po tym, jak zaszufladkowano tylko i wyłącznie jako część sceny hip-hopowej, odcięli się od tego wyjątkowo grubą kreską. F3 jest ciężkie jak te narkotyki, co rozpieprzyły głowy ich znajomym. Utwory są wolne i momentami rozleniwione, co nie oznacza, że się rozłażą. Wszystko gra i ma swoje miejsce. Każdy flet, werbel czy śpiewająca Iza Kowalewska. Nawet singlowa “Warszafka” to pokaz tego, że to nie taki słodki rap jak go malują. “My jesteśmy kulturalne bydło”.

Skalpel – “Skalpel”
Zazwyczaj polskie zespoły nie potrafią wyjść poza nasze granice. W tym przypadku, nie potrafią wejść. Na zachodzie ten album zrobił furorę i otworzył wszystkim oczy na polski jazz, który akurat rozkwitał sobie nieśmiało. U nas przeszedł jakby niezauważenie. Znów wracamy do techniki cut n’ paste, ale tak, by brzmiało to melodyjnie i co najważniejsze – wciąż jazzowo, a do tego (dla jazzu to wyjątkowe) przebojowo. I chyba w tym cały sukces.

O.S.T.R. – “Jazz w wolnych chwilach”
Pierwszy podwójny album rapowy w Polsce i jeden z ostatnich, na których Adam O. ma wyraźnie coś do powiedzenia. Roi się tutaj od tych zwykłych dni, codziennych zajęć (Nie lubię poniedziałków, Program), pojawiają się zgryźliwe komentarze rzeczywistości i polityki (30 sekund, 4 elementy), a dostaje się nawet gwiazdkom muzyki (Z-Łodzi-eje). Ostry zawarł tu wszystko, czego można było się po nim spodziewać oraz oczekiwać od niego. I chwała mu za to, bo przy okazji nie pozostał sztampowy i (wtedy) potrafił się wynieść jeszcze wyżej niż na poprzednich wydawnictwach. Jazz w podkładach idealnie pasuje do takiej tematyki, a skrecze i cuty nie pozostawiają sobie nic do życzenia. Sam album nie odmienił nic poza wizerunkiem O.S.T.R.a jako człowieka. To wystarczyło. Scenę zmienił później.

Gorillaz – “Gorillaz”
Mógłbym się rozpisywać, jaki miał wpływ na popkulturę ten pierwszy, kompletnie fikcyjny z zamysłu zespół, gdzie pierwsze (i jedyne) skrzypce gra były lider Blur, ale do wszystkiego i tak nie będę w stanie dotrzeć. Ich muzyka to mariaż wielu gatunków, które dały tak wyraźny i popowy produkt, że przypadł do gustu nawet największym malkontentom. Dzisiaj już nieco łatwiej ich krytykować, ale wtedy to było wydarzenie, bo rzadko animowane postacie są tak realne, a muzyka tych animków tak wciągająca.

J Dilla – “Donuts
Jay Dee wielkim producentem był. Czy ktoś chce czy nie, czy ktoś go docenia czy nie i wreszcie czy ktoś go lubi czy nie. Na przestrzeni lat wypracował tak wyraźny styl, że nie da się go podrobić. Jedyne w swoim rodzaju ucho i wyczucie. “Donuts” to album przygotowywany niejako na łożu śmierci. Słuchał i tworzył w szpitalu, często pod wpływem środków uspokajających oraz odurzających. Nie ma tutaj pełnych utworów, są jakby niedokończone fragmenty, które w jakiś sposób tworzą widoczną (słyszalną?) całość. Można tam usłyszeć zarówno chęć dalszego życia, jak i zmęczenie owym. Radość i smutek. Jedno nie może istnieć bez drugiego i to chyba jest piękno tego albumu.

Piotr Krakowiak

Arcade Fire -  “Funeral”
Już ładnych parę lat temu Bono przestał stanowić nieomylny autorytet w kwestiach muzycznych (o ile kiedykolwiek nim był), ale nie przeszkodziło mu to w docenianiu poczynań wyjątkowo zdolnej młodzieży. Ale nie byłoby wspólnych tras, gdyby nie dobry pomysł na siebie. W związku z tym, że lubimy wieloosobowe składy i ich ładne, zgrabne, wzruszające energetyczną melancholią (dla mnie AF stali się tymczasowym synonimem tego hasła) melodie, a także przepadamy wręcz za sceniczną energią i dzikim zaangażowaniem (i nie przeszkodzi temu jakiś tam fałszyk) – tego zespołu z tym albumem zabraknąć tu nie mogło. “Funeral” (wbrew tytułowi) kojarzy mi się ze słonecznym porankiem. Początek pierwszej części
“Neighborhood” otwiera okno i wpuszcza świeże powietrze, c’nie? Polecam zaraz po przebudzeniu.

Boards Of Canada – “Geogaddi
A tu sytuacja odwraca się o 180 stopni. Dzień rozpoczęty od “Geogaddi” to raczej dzień stracony pod względem nastroju. Raczej późne wieczory i długie noce, to przestrzeń w sam raz dla 23 wciągających kompozycji. Lekcje z Massive Attack, Portishead i (chyba w najmniejszym stopniu) z Trickiego – odrobione. Brak tu tylko regularnego wokalu, gdzieniegdzie mamy trochę sampli wokalnych, ale raczej w roli wypełniaczy całości. Słucha się tego, jak przystało na dobre okołotriphopowo/downtempowe sprawy, bez potrzeby przystanków. Niesamowicie spójne dzieło, które przeszywa człowieka wpół. Posługuje się przy tej okazji rzadko spotykanym przyciskiem WYŁĄCZ ŚWIAT. A, wygrali w tej
klasyfikacji z 100th Widow. Brrr!

Broken Social Scene – Broken Social Scene
A dlaczego nie “You Forgot It In People”? Nie wiem. Może dlatego, że płyty poznawałem w odwróconej chronologii. Najpierw kupili mnie niesamowicie chwytliwym i nie pozostawiającym więcej pytań “Shoreline” -  nigdy nie mogę doczekać się dęciaków. Siedemnastoosobowa ekipa szczególnie zabawnie wygląda podczas występów na żywo a’la Letterman (no dobra, 17 to ich tam nijak się nie doliczyłem). W sumie to kolejny zespół, który dość dobrze opanował trudną sztukę energetycznej melancholii, choć mniej żywiołowej niż u Arcade Fire. No i mamy cudnie dream popowo-shoegazowo rozmyte wokale (choć nie tylko), których ilość jest momentami wręcz (pozytywnie) przytłaczająca. W klasyfikacji pór dnia skłaniałbym się ku popołudniowej porze.

Interpol – Turn On The Bright Lights
Święta krowa. Policyjni smęcą po raz pierwszy. Kompozycje raczej ubogie w fajerwerki, gdzieś tam wciąż z grobu wyciągany niby-Ian niby-Curtis. Piosenki raczej o miłości. Ale niesamowicie liryczne. Co w tym takiego specjalnego? Jakieś podskórne napięcie. Proste akordy ograne są oryginalnym frazami basu -  dzięki niemu kawałki Interpolu nabierają niepowtarzalnej formy, która na “Antics” już umykała, natomiast w najnowszym dziele nie wystąpiła w ogóle. Ale nie zapominajmy o najważniejszym – TOTBL to są piosenki, 11 refrenów, które i Ty chcesz zanucić. I to nie tylko dziś późnym wieczorem.

LCD Soundsystem – LCD Soundsystem
Nie będzie bardzo odważną odzywką stwierdzenie, że kto nie tupnął nigdy nóżką słysząc kawałki ze stajni Murphiego, ten nigdy nie był naprawdę chłodny (te spolszczenia!). Podobno James to (przynajmniej do niedawna) najbardziej kul człowiek muzycznego światka. Do tego stopnia, że kawałek o jaraniu się swoim sprzętem audio podrygującym w rytm parkietowych
niszczycieli marki Daft Punk sam przejmuje rolę pogromcy densfloru. Tym samym wznosi się na jakiś niedościgniony poziom meta, a do tego jest na tyle bezczelny, żeby otwierać swój album takim utworem. Następca self titled, czyli Sound of Silver, trzyma poziom tak samo, jak większość wytworów DFA i nie sposób tu wyróżnić jedno dzieło. Nominacja LCD jest
niejako nominacją całego zjawiska. Ale nie ostatnią! A, nareszcie mamy piątkowy wieczór.

Lenny Valentino – Uwaga! Jedzie Tramwaj
To chyba dobrze, że skończyło się na jednej płycie. Legenda, jaką obrósł album supergrupy może już tylko ewoluować. To chyba najlepsze, co mogło się wydarzyć za sprawą Sissy Records. Mieć balona! A może jeszcze jeden koncert na 10-lecie Offa?

Of Montreal – Satanic Panic In The Attic
Gdyby płyta była działką budowlaną, to mielibyśmy tutaj do czynienia z największą ilością melodii na metr kwadratowy. Aż czasem chciałoby się pobawić dłużej jakąś frazą, wrócić, ale nieeee! Niejeden zespół z tej kopalni motywów stworzyłby całą dyskografię. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu. A, gwoli przypomnienia, mówimy tu o koncentracie silnie beatlesowym (tudzież soku z żuka).

Queens Of  The Stone Age – “Rated R
Półka radiowo-samochodowa. Nieodłączny rekwizyt prowadzącego pojazdy dalekobieżne. Josh Homme jeszcze w tym czasie wciąż z Nickiem Oliveri przechodzą już definitywnie na lżejszy kaliber. Koniec stoner metalu, pora na stoner rocka. Sukces komercyjny gwarantowany. Dlaczego nie “Songs for the Deaf”? Bo to tylko rozwinięcie pomysłów z “Rated R”. Chociaż wciąż mam wątpliwości. C-c-c-c-c-cocaine!

Radiohead – Kid A
Miałem niegdyś ogromne problemy z przebrnięciem bez szwanku przez “OK Computer”. Nie polubiliśmy się. Dużo czasu minęło zanim sięgnąłem po cokolwiek innego z puli Radiołbów. Na szczęście był to “Kid A”, bo w innym wypadku do dziś nie mielibyśmy o czym gadać. A nowe oblicze Thoma i spółki okazało się wtedy jeszcze bardziej introwertyczne. Być może kwestią było ograniczenie roli gitary i posiłkowanie się większą ilością efektów i syntezatorów. Ostatecznie stwierdzam, że żadne z powyższych. Fizjologia bierze górę nad całością, bo ja znów mam dreszczyk.

Rapture – Echoes
Inspiracje nowojorską sceną sprzed 30 lat musiały kiedyś wybuchnąć na nowo. Skąd powroty i moda na Liquid Liquid, Medium Medium, A Certain Ratio, Maximum Joy i innych starych wyjadaczy? Ano za sprawą sukcesu takiego Rapture, Radio4, LCD, czy !!!. Ale jak to w modzie -  powroty są gorsze i lepsze, ale nigdy takie same. Powrót do formuły zespołów
dawniej klasyfikowanych jako post-punkowe charakteryzuje się przetworzeniem wg obowiązujących trendów. Dlatego mamy tu więcej elektroniki, ale też znacznie bardziej dzikie i sfałszowane zaśpiewy. Rapture z terminu dance-punk bardziej, niż takie !!!, czy LCD, biorą sobie do serca punk. Potężne riffy basowe atakujące całym pasmem wpadają w charakterystyczny groove uzupełniany ciętą gitarą. Niedbałe, wykrzyczane wokale, dość garażowa produkcja to najlepsze, co mogło dopełnić dzieła. W tym szaleństwie, wbrew pozorom, znajdziemy jeszcze sporo miejsca na melodie, które rozkręcą jeszcze nie jeden wieczór.

Jakub Kowalczyk

Bjork – Medulla
To dla mnie najważniejsza artystka przełomu wieków. Z lat 90tych  pochodzi jej najpiękniejsza i chyba najlepsza płyta “Homogenic”, w tym  wieku zaś artystka zaczęła mocno odjeżdżać w stronę swojego wewnętrznego  świata, czego efektem były dwa dziwactwa: “Medulla” i “Drawing Restraint  9″. “Medulla” to bardzo eksperymentalna, a jednocześnie bardzo melodyjna  płyta, oparta na prostym (choć nie nowym) pomyśle, by porzucić wszelkie  instrumenty i nagrać płytę wykorzystując jedynie ludzki głos – bo  przecież ten instrument jest człowiekowi najbliższy i towarzyszy mu od zarania dziejów. To równocześnie płyta bardzo pierwotna, emocjonalna, sensualna i  seksualna, pełna charczenia, mlaskania, syczenia, oddechu i bicia serca. To emocjonalny portret człowieka tego wieku, który tak naprawdę w swej zwierzęcej istocie niewiele różni się od swych pierwotnych przodków. Wisienki na torcie: “Where’s The Line”, “Desired Constellation”, “Oceania”.

Radiohead – Kid A
To płyta przełomu wieków i przełomu w muzyce. Zespół, grający dotychczas mniej lub bardziej melancholijne tralala na gitarach (wybaczcie wielbiciele “OK. Computer”), nagle bierze się za elektronikę i daje ogromnego prztyczka w nos wszystkim elektronikom. I łącząc elementy swoje oraz obce tworzy dzieło, przed którym klękajcie narody. Ta płyta i kolejna “Amnesiac” wraz ze wszystkimi b-sidami – to jedna całość, stanowiąca dowód geniuszu Thoma i ekipy. Koniec kropka. I tak nie będę obiektywny. Słyszałem już opinie, że na tej płycie Radiogłowi tak naprawdę nie stworzyli nic nowego, tylko zrobili kompilacje z tego, co usłyszeli u innych. Że to wtórność, a nie sztuka i do kosza z tym. W takim razie wszystkie płyty Davida Bowie też trzeba wywalić, bo facet przecież przez cały czas inkorporuje do swej twórczości to, co się aktualnie dzieje. Tak naprawdę jednak współczesna sztuka, a wraz z nią muzyka, jest jedną wielką symulacją – i nic na to nie poradzimy. Ważne, aby w tym szaleństwie odnaleźć siebie i wyrazić siebie oraz emocje w sposób najszczerszy, jak to tylko możliwe. A ta płyta jest świadectwem, że można.Wisienki na torcie: pierwsze 3 utwory – “Everything in Its Right Place”, “Kid A”, “The National Anthem”.

Sigur Ros – Takk
Gdyby elfy przyleciały z kosmosu i chciałyby nagrać płytę, to zapewne brzmiałyby tak, jak Sigur Ros. Wbrew wszystkim hardfanom tej formacji, zamiast “Ág’tis byrjun” najbardziej lubię właśnie “Takk”. Jest pełna niesamowitych dźwięków – iskrzącego się śniegu, topniejącego lodu i wiosny, którą zdecydowanie zwiastuje. Dzięki tej płycie serce budzi się z długiego zimowego snu, a każdy nawet najbardziej zlodowaciały Kaj przypomina sobie o tym, czym jest miłość. Polecam spacer po parku w marcu z słuchawkami, na których brzmi muzyka z tego właśnie krążka.
Wisienki na torcie: “Glósóli”, “S’glópur”, “Gong”.

Peaches – The Teaches Of Peaches
Ta pani musiała się pojawić. A to jej pierwsza płyta. Niby nic takiego. Prymitywna muzyka, proste rąbanie na syntezatorach, ale siłą i subtelnością rażenia dorównuje kałasznikowowi. Dla Peaches każdy człowiek to zwierze seksualne, każdy facet to świnia, która myśli tylko o jednym, w czym zresztą nie ustępują im panie. W tym świecie nie ma przebacz, jest tylko hedonizm i “fuck the pain away”. A że melodie proste? Sztuką jest właśnie, by za pomocą prostych środków stworzyć coś, co zapada w pamięć, o skłanianiu do refleksji lub innych czynności niekoniecznie umysłowych nie wspomnę. Dla mnie kobieta trafiła w dziesiątkę i w samo serce ojca dyrektora, wszak ośmieliła się wystąpić ze swym kloacznym performancem również w naszym kraju, dzięki czemu udało mi się o niej usłyszeć. I za to należy jej się buziak w zarośnięte pachy.
Wisienki na torcie: “Diddle My Skittle”, “Fuck the Pain Away”, “Set It Off”.

Peter Gabriel – Ovo – The Millenium Show
To nie jest “regularna” płyta Petera, ale projekt, który powstał dla uczczenia rozpoczynającego się trzeciego milenium. To smutna opowieść o Ovo, smutnej istocie  z kosmosu, której rasa rozwojem technologii zniszczyła swą planetę. To także opowieść o nas – i przestroga. No cóż, osobom, które mają tyle lat, co Peter, już można pouczać młodsze pokolenia. Tym bardziej, jeśli robi się to w takim stylu i z takimi gośćmi jak Elizabeth Fraser czy Neneh Cherry. Piękna płyta, a w zasadzie
koncept album, którego siłę można docenić jedynie słuchając w całości.
Wisienki na torcie: “The Time of the Turning”, “Downside-Up”, “Make Tomorrow”

Einsturzende Neubauten – Silence Is Sexy
O dzięki Ci, Charlotto Roche i Vivo 2,  bo to dzięki wam pokochałem tę płytę. Co prawda słyszałem wcześniej “Tabulę Rasę”, ale dopiero smutna krowa z teledysku do utworu “Sabrina” sprawiła, że zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi i pokochałem industrialne klimaty. A chodzi oczywiście o.. emocje. EN to mistrzowie nawalania w blachę, rury i kaloryfery, szurania łańcuchami, tłuczenia szkła i nagrywania odgłosów, jakie wydają ręce uderzające w mięso. Temu dźwiękowemu chaosowi towarzyszą gitara i bas oraz przepalony i przepity wokal Bilxy, dzięki czemu mamy postapokalipsę nie wychodząc z domu, a włączając jedynie głośno odtwarzacz.
Wisienki na torcie: motyla noga, zdecydowanie więcej niż 3, ale dobra, niech będą te: “Newtons Gravitätlichkeit”, “Dingsaller”, “Sonnenbarke”.

Tool – Lateralus
No cóż, panowie pokazali, że po opus magnum, jakim była “Aenima”, można napiąć strunę jeszcze bardziej, nie doprowadzając do jej pęknięcia. Piękna płyta. Produkcyjne, wokalnie i instrumentalnie. Te podziały rytmiczne (co z tego, że ponoć ściągnięte z Kinga Crimsona)! Spróbujcie kazać wystukać rytm jakiemuś biedactwu, które na co dzień słucha klasycznego four to the floor  (czyli łup łup na cztery), niezłej dostanie konfuzji. Mistrzostwem świata jest tu to, jak perkusja przenika się z gitarami – niby się rozjeżdżają, a jednak stanowią jedność. Tego nie da się wytłumaczyć, tego trzeba po prostu posłuchać i doświadczyć. No i te melodie na wokalu. Bez dwóch zdań Maynard jest bogiem.
Wisienki na torcie: “Schism”, “Parabola”, “The Grudge”.

Smashing Pumpkins – Machina/The Machines of God
Kolejna płyta, która przez hardfanów nie jest uważana za najlepszą, a dla mnie wręcz przeciwnie. Ostatnia płyta przed rozpadem  zespołu w 2000 r. To znów coś na kształt koncept albumu, tak przynajmniej wynika z witrażowej wkładki i bełkotliwych tekstów Billego. Ale w tym bełkocie jest metoda – i znów kluczem są emocje. Teksty eksplorują damsko -
męskie relacje i na kilometr zioną ezoteryką, co mi akurat jak najbardziej odpowiada. A muzycznie – trochę walca (ale budowlanego, a nie z “Tańca z gwiazdami”), trochę zakalca – ale przeważnie pięknie i emocjonująco.
Wisienki na torcie: “The Everlasting Gaze”, “Stand Inside Your Love”, “Glass and the Ghost Children”.

Moloko – Statues
Ostatnia płyta Moloko i najdoskonalsza krystalizacja formuły zespołu. Poza elektroniką – ogromna ilość żywych instrumentów, dęciaków, smyczków. Dźwiękowa orgia! Poza tym – rewelacyjna produkcja, mnóstwo melodii do nucenia, boska Roisin oraz długie, oparte na transie utwory, które rozwijają się, rozwijają, by doprowadzić do emocjonalnego
breakdownu albo ekstazy / śmierci na parkiecie. Jeśli ktoś twierdzi, że pop jest nie do strawienia, niech posłucha tej płyty. Kto twierdzi, ze każda muzyka taneczna jest do luftu, znów: niech posłucha tej płyty. Odwrotnie – dlaczego, motyla noga, synonimem muzyki do tańca jest eska imprezka, a nie Moloko?
Wisienki na torcie: “Familiar Feeling”, “Forever More”, “Over & Over”.

Pure Reason Revolution – The Dark Third
Zespół wyskoczył znikąd albo jak Filip z konopii i od razu nagrał płytę, że ho ho! Debiut, a brzmi jak rzecz dojrzała. Przepiękne harmonie wokalne, skrzypce, instrumenty klawiszowe, gitary, sample i niewątpliwy walor “estetyczny” jakim jest filigranowa brunetka Chloe Alper (wokalistka, basistka, keyboardzistka) – wszystko to razem tworzy całość niby dobrze znaną, bo progresywną, lecz jednocześnie niezwykle świeżą.Jaka szkoda, że druga płyta już nie ma tego klimatu. Mamy tu zatem (obym się mylił) przypadek one record bandu. Ale co tam, skoro debiut miażdży! Na prog rocka mam uczulenie, a tu proszę – zaskoczenie.

W pierwszej dziesiątce nie znalazły się, chlip chlip:
Archive “You Look All The Same To Me”, Coil “The Ape of Naples”, Antony and the Johnsons “I Am a Bird Now”, Billy Corgan “The Future Embrace”, CocoRosie “The Adventures of Ghosthorse and Stillborn”, Grace Jones “Hurricane”, Junior Boys “So This Is Goodbye”, M83 “Before the Dawn Heals Us”, Porcupine Tree “Fear of the Blank Planet”, Sinead O’ Connor “Throw Down Your Arms”, The Editors “The Back Room” oraz Bjork “Vespertine”, a gdybym poszukał bardziej, to pewnie jeszcze więcej.

Błażej Nowicki

Suicide Booth – Terror From The Sky/ Aura EP \”
Rewelacja, płyta żywcem wyjęta z lat osiemdziesiątych, a przy tym w żadnym stopniu nie trąci myszką. Zdecydowanie płyta dekady, największe moje odkrycie, na dodatek nieznane szerszej publiczności. Dodałem EPkę, bo płyta jest jej rozwinięciem, tyle, że na płycie brakuje utworu “Aura”, od którego zaczęła się moja przygoda z tym duetem.

Morrissey – Live At Earl’s Court”
Koncertowa? Na drugim miejscu? Tak! Bo nic nie oddaje siły Morrisseya jak atmosfera live. Małmazyja dla uszu.

Morrissey – You Are The Quarry
…bo płyta od początku do końca (+ bisajdy) jest doskonała, zwiastowała powrót do formy Mozza. I pomyśleć, że gdy się ukazała, i pojawiły komentarze z odniesieniami do The Smiths, ja w całej swojej głupocie myślałem, że Morrissey to banita z grupy niczym Robbie Wiliams. Szybko nadrobiłem zaległości.

Depeche Mode – Exciter
Za urok, klimat, jakiego nigdy wcześniej nie stworzyli i przyciągnięcie mnie do ich świata.

Placebo –
Black Market Music
Jeśli coś się zaczyna “Taste In Men” to ja wysiadam. Potęga!!

Lao Che – Powstanie Warszawskie
Najważniejsza polska płyta dekady. Poza tematem, świetna produkcja, sample, teksty, nawiązania.

Cool Kids Of Death – 1
Płyta ważna, prawda? I świetna, nie tylko ze wzgęldu na otoczkę “Generacji nic”. A potem wcale nie było gorzej z CKOD.

Wanda Warska – Piosenki Z Piwnicy
Dziesięciopłytowy box – poezja. Z akompaniamentem Andrzeja Kurykewicza. Głos, melodie, i teksty, nierzadko samej Warskiej – idealna kompozycja.

Tworzywo Sztuczne – Wielki Cięzki Słoń
Atmosfera, atmosfera, atmosfera!

IAMX – Kiss&Swallow / The Alternative
Wybór jednej płyty niemożliwy, atystyczna dusza Chrisa Cornera na tych nagraniach przemawia z siłą propagandystów z lat trzydziestych. To musi przemawiać do słuchaczy, innej rady nie ma.

Bartosz Godziński

Saetia – A Retrospective
Album-kompilacja zremasterowanej, całej dotychczasowej działalności zespołu. To właśnie dzięki niemu wciągnąłem się do gatunku muzycznego zwanego adekwatnie “screamo”. Na początku było to trudne, ale opłacało się, bo przewróciło wiele rzeczy w muzycznym aspekcie mojego życia. Twórczość Saetii opiera się na sprytnym połączeniu post-punku, hardcoru, wrzasków i deklamacji. Robią to iście mistrzowsko i profesjonalnie. Kompozycjom nie można odmówić klimatu i wdzięku, pomimo tego, że wykonane są na pierwszy rzut ucha w sposób chaotyczny (są też spokojniejsze partie). Prawdziwie emocjonalny i pełen wigoru album, do posłuchania wieczorem, w błogiej samotności. Do posłuchania również w dzień, ale wciąż bez nikogo w pobliżu.

Funeral for a Friend – Casually Dressed And Deep In Conversation
Płyta ta nauczyła mnie, aby nie skreślać czegoś po pierwszym odtworzeniu. Kiedy pierwszy raz jej słuchałem, była tłem dla wielce-istotnych-rzeczy-które-robiłem, przez to przeleciała przez moje uszy niepostrzeżenie. Lecz po kilku miesiącach dałem jej drugą szansę, skupiłem się i przesłuchałem. Jakież było moje zdziwienie! Album najzwyczajniej wgniótł mnie w krzesło i na długo zagościł na playliście. Panowie z Walii pisząc piosenki składające się na ten krążek, odeszli od wzorca do którego przyzwyczaiło nas MTV. Kompozycje są rozbudowane, wpadające w ucho i zapadające w pamięć, konkretna dawka zacnego grania. Taki post-hardcore, który można śpiewać nawet pod prysznicem.

The Mars Volta – De-Loused in the Comatorium
Dwaj muzycy ze świętej pamięci At the Drive-In, a mianowicie Omar Rodríguez-López oraz Cedric Bixler-Zavala, połączyli znów siły i postanowili przedłużyć post-hardcorową tradycję tegoż zespołu, ale przy okazji ewoluować, wzbogacić w psychodelię, latynoskie rytmy, większe afro na głowie i masę improwizacji. Dostaliśmy dzięki temu olśniewający twór, jakim bez wątpienia jest ta płyta, bijący blaskiem od gitarowych masturbacji Omara i fascynującego głosu Cedrica, zaskakujący od początku do końca, utrzymany w sennej stylistyce, często dziwny i zupełnie niezrozumiały. Cudownie się tego słucha, nawet kilka razy z rzędu, ale chyba najlepiej pod wpływem specyficznych używek.

Tool – Lateralus”
Niepokojąca, enigmatyczna, niezwykła – po prostu nie z tej ziemi, to tylko niektóre określenia na muzykę wykonywaną przez Narzędzie. Ich twórczość zawsze budziła grozę, ale także i podziw oraz przychylność ze strony krytyków. Co więcej, teledyski do “Schism” i “Parabola”, chore co niemiara, pozwalają nawet niesłyszącym poznać posępną atmosferę albumu. Wielce charakterystyczne bębny i delikatny, a mimo to potrafiący również ryczeć, głos Maynarda Jamesa Keenana wprowadzają w osłupienie, ale na gitarze też tak chciałbym grać! Nie zważając na całą tę progresję i mistyczność, “Lateralus” przypadnie do gustu nawet niezbyt wytrawnym słuchaczom, a tych bardziej doświadczonych i elitarnych może bardziej niż zaciekawić.

Enter Shikari – Take To The Skies
Na ten album wyczekiwałem bardzo długo. Szukałem zespołów grających wymyślony przez HORSE The Band “nintendocore”, znalazłem kilka ich EPek i od razu się zakochałem. Choć tak naprawdę Enter Shikari nie grają tego rodzaju muzyki, nie zmienia to faktu, że umiejętnie łączą trance’owe rytmy z hardcorowymi bębnami i gitarami, do tego wokal zabarwiony angielskim akcentem i teksty nie o miłości – więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Ów płyta jest w rzeczywistości zbiorem odświeżonych utworów właśnie z tych EPek, kilku przerywników i nowych kawałków. Album ten na pewno może stanowić sztandarowy punkt na electro-hardcorowych dyskotekach, znakomicie wpasowując się w tańco-połamańcowy nastrój.

65daysofstatic – The Fall of Math
Dzięki tej płycie dowiedziałem się, że muzyka wykonywana na rockowych instrumentach, ale bez śpiewania również brzmi w porządku. Nigdy wcześniej nic takiego nie słyszałem. Co więcej, album ten jest swoistym serum dla wszystkich tych, którzy stronią od instrumentalnego rocka. Szczególnie, że urozmaicają typowe instrumenty (ale grane z wielką wirtuozerią) elektroniką, niekiedy w duchu dokonań Aphexa Twina. Słuchając tego albumu jesteśmy co chwilę miażdżeni monumentalnymi i epickimi dźwiękami, przerywanymi melancholijnymi partiami gitarowymi, wszystko jest tak bezbłędne i urzekające. Utwory takie jak: “Retreat! Retreat!” czy “Aren’t We All Running?” przejdą z pewnością do kanonu muzyki rozrywkowej. This band is unstoppable!

From Autumn To Ashes – The Fiction We Live
Naprawdę rzadko się zdarza, że jakiś album pobudza motyle w moim brzuchu do latania i przyprawia o dreszcze. Jednak gdy słyszę takie brzdąkania gitarowe, jak na początku utworu “Alive Out Habit”, rozkoszny damski wokal w “Autumns Monologue” czy diabelska moc “The After Dinner Payback”, dostaję palpitacji serca. Siła FATA tkwi w tym, że nie stworzyli bezmyślnego, monotonnego metalcoru, lecz tchnęli w niego głębię, owiali mrokiem i przyprószyli niepowtarzalnym wdziękiem. Pomimo tego, że album nie jest łatwy w odbiorze, kiedy przełamiemy wszelkie bariery, może i nawet po kilkakrotnym przesłuchaniu, dostrzeżemy zaklęte w nim piękno.

My Chemical Romance – Three Cheers For Sweet Revenge
Drugi album mrocznych chłopaków z New Jersey jest wbrew powszechnej opinii pop punkowy, przynajmniej jeżeli chodzi o warstwę muzyczną. Pod względem wokalno-tekstowym jest mniej wesoło, a bardziej grobowo (zapewne wpływy ziomków z ich miasta: Misfits), natomiast płaczliwy śpiew Gerarda Waya dodaje większego dramatyzmu. Trzeba nadmienić, że jest to album koncepcyjny, opowiadający historię dwóch kochanków rozdzielonych przez śmierć, mężczyzna trafia do piekła i wchodzi w układ z diabłem, by odzyskać ukochaną – historia intrygująca. Pomijając tę otoczkę i skupiając się wyłącznie na melodiach, album zamiast przygnębiać, wprawia w energetyczny nastrój za sprawą piosenek, które od początku do końca są żywiołowe, chwytające za serce i zgrabnie skomponowane.

System Of A Down – Toxicity
Gdy ktoś pyta o ulubiony zespół, dobrze jest mieć przygotowaną odpowiedź, by nie zastanawiać się zbyt długo. Bo jak coś może być ulubione, jeżeli nie przychodzi do głowy w ułamku sekundy? Ja mówię, że jest to System of a Down i nie tylko dlatego, żeby mieć gotową wymówkę, ale tak też jest w rzeczywistości. Trudno jest też wyłonić ich najlepszy album, bo przecież wszystkie są najlepsze. Wybieram “Toxicity”, bo mam taki kaprys. Muzyka Systemu jest tak różnorodna, że trudno ją sklasyfikować – mamy tu wszystko, co tylko zechcecie. Różnorodność potęguje szeroki wachlarz wokalny Tankiana oraz rozmaite teksty Malakiana. Pomimo ostrego brzmienia, utworom nie można zarzucić braku przebojowości, bo kto nie słyszał “Chop Suey!”, “Toxicity” czy “Aerials”? Genialny album genialnego zespołu.

1905 – Voice
Najbardziej undergroundowy album w całym zestawieniu i chyba przez nikogo nie wybrany do albumów dekady. Co w nim tak zjawiskowego? Anarchistyczne teksty, słowo mówione, ale również śpiewane oraz krzyczane przez damsko-męskie wokale, a także… akustyczne i to w dodatku mocno folkowe piosenki! Mieszanka zabójcza, ale wszystko do siebie wyśmienicie pasuje, dopełnia się, nie pozwala na chwilę nudy. Album na każdym kroku zadziwia i nie pozwala się oderwać. Muzyka 1905 niesie ze sobą pewien przekaz, skłania do zadumy, ale i daje kopa do działania. Robią to czasem słodko i spokojnie, a czasem dobitnie i agresywnie – mnie to przekonuje.

Kuba Kaleta

19 Wiosen – Pedofil
Owiana legendą łódzka grupa i jej pierwsza płyta, o której tak naprawdę zrobiło się głośno. Punkowe gitary, organy i niepokojące teksty balansujące na granicy geniuszu i grafomanii, mocno osadzone w łódzkich realiach. “Pedofil” to najbardziej energetyczna i dopieszczona brzmieniowo płyta kultowej formacji. Formacji, której stylu nie da się podrobić.

Concord Dawn – Uprising
Bezkompromisowość – to słowo chyba najlepiej oddaje naturę muzyki nowozelandzkiego duetu. To nie jest drum’n'bass dla grzecznych dziewczynek, lubiących pobujać bioderkami na sobotniej dyskotece. CD nie uznają żadnych ustępstw – ich styl to mrok, głęboki, świdrujący mózg bas, ekstremalne tempo i złowieszcze sample. Album otwiera absolutny klasyk gatunku – “Morning light” – z początku sunący tuż przy podłodze, by wybuchnąć pod koniec drugiej minuty bitem galopującym z prędkością światła. Dalej jest już tylko gorzej.

Immortal – Damned In Black
Kult i ekstremum. Płyta zbyt ciężka dla tzw. zwykłego słuchacza i zarazem zbyt ugrzecznionach, dla tzw. prawdziwych blackmetalowców. Pomijając całą tę “kultową” otoczkę wokół norweskiego tercetu (obecnie kwartetu), “Damned In Black” to doskonały dowód na to, jak w konwencji ekstremalnego metalu wykreować atmosferę bez użycia instrumentów klawiszowych. Nastrojowe gitarowe “plumkania” przeplatają się tu z burzami blastów, miażdżącymi riffami i growlem, ale nawet w tych najbardziej ekstremalnych momentach całość pozostaje na tyle czytelna i przejrzysta, że spokojnie można wsłuchiwać się w partie poszczególnych instrumentów. Oczywiście, jeśli tylko odważysz się przekroczyć bramy mroźnej krainy Blashyrkh…

Komety – Via Ardiente
Teraz dla odmiany coś lżejszego. Komety (oraz ich wcześniejsze wcielenie – Partia) to prawdopodobnie moje największe odkrycie ostatnich lat w obrębie rodzimej sceny muzycznej. Uprawiają oni mało popularny w naszym kraju gatunek rockabilly/psychobilly – do tego dochodzi charakterystyczny wokal i mistrzowskie, lakoniczne teksty Lesława, również mocno osadzone w miejskich realiach (tym razem Stolicy). “Via Ardiente” to zarówno szalony galop (“Nie wiem”), nerwowy marsz (“Bezsenne noce”), jak i spacer w świetle księżyca (“W pułapce”). Kometom można zarzucać, że cały czas grają to samo. Można. Tylko po co, skoro nagrywają rewelacyjne płyty?

Linkin Park – Hybrid Theory
Już widzę, jak kręcisz nosem, domorosły koneserze ambitnej muzyki. Wszak sekstet z Los Angeles jest synonimem nu-metalowego obciachu. Możliwe. Nie zmienia to jednak faktu, że ich debiutancki album był/jest: a) jednym ze szczytowych osiągnięć tego królującego swego czasu w gimnazjach gatunku; b) krążkiem równym, przebojowym i trzymającym wysoki poziom; c) płytą, z którą niżej podpisany ma wiele pozytywnych wspomnień i skojarzeń. Ciężkie gitary, rap, boysbandowe refreny i breakbeatowa perełka w postaci “Cure For the Itch” na deser. Czego chcieć więcej?

Slavland – Gęstwiny dróg zapomnienia
Dla niewtajemniczonych: tępy pseudomuzyczny łomot z nieczytelnym “wokalem” i naiwnymi antychrześcijańskimi tekstami. Dla mnie: muzyka, która pomimo swej ekstremalności i pewnej dozy obiektywnego obciachu (tytuły: “Biali
jeźdźcy nowej ery”, “Nieskończoność płomieni oczyszczenia”) niesamowicie wciąga i skłania do zadumy nad słowiańską przeszłością naszego narodu [sic!]. A poza tym, bardzo kręcą mnie miejsca, w których black metal spotyka się z folkiem, a w tekstach padają imiona słowiańskich bóstw. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że za całość materiału
odpowiedzialna jest tylko jedna osoba.

Spiritual Front – Armageddon Gigolo
Płyta z szeroko pojmowanego nurtu dark independent. Płyta nagrana bez śladu elektroniki, za to z takimi instrumentami jak gitara akustyczna, fortepian czy skrzypce. Rezultatem tych posunięć jest zestaw pięknych, smutnych melodii, okraszonych perwersyjnymi tekstami. Idealny soundtrack do filmu pornograficznego w stylu retro.

The Syntetic – Człowiek Widmo – Of  The Longplej
Polski Ariel Pink? Najbardziej wartościowa gwiazda polskiego Internetu? Niezależnie od tego, jak określimy Dariusza Pakułę (alias Miszcz Pawarotti), jego osoba i twórczość stały się fenomenem na skalę krajową. Wszystko zaczęło się od kawałka “Człowiek Widmo”, w którym Darek prezentował swoje wizjonersko-grafomańskie liryki w rytm wiązanki hitów italo disco. Taki jest właśnie cały album “…Of The Longplej” – nagrywany za pomocą dwóch magnetofonów kasetowych – z jednego lecą taneczne przeboje z lat ‘80. i ‘90., do drugiego nawija Miszcz Pawarotti. Brzmi głupio? Możliwe, ale w ten sposób  surrealistyczny artysta ze Świętochłowic stworzył nową jakość w muzyce. A przynajmniej na mojej półce.

Weekend Players – Pursuit Of Happiness
Chilloutowa perełka nagrana przez brytyjski duet. Piękne melodie, leniwe tempo, przestrzeń – w sam raz na leniwe niedzielne popołudnie.

Wheatus – TooSoonMonsoon
Grupa swego czasu znana u nas z dwóch utworów – “Teenage Dirtbag” i “A Little Respect” (cover Erasure). Obecnie prawie nie istnieją w świadomości polskich słuchaczy. A szkoda, bo Amerykanie nadal nagrywają i wydają płyty z lekką i optymistyczną pop-punkowo/pop-rockową muzyką. Dodajmy do tego jeszcze męski wokal wchodzący na wysokie rejestry, bogate aranżacje i ogromną dawkę optymizmu. Z tymi wszystkimi atutami Wheatusa dziwię się, że są oni tak mało popularni.




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.