30.12.2010 18:02

Autor: marcin

Podsumowanie 2010 – Albumy świat

Kategorie: Czytelnia, Podsumowania


podsumowanie_paytyaw.jpg Podsumowanie 2010 – Albumy świat

Zestawienia najciekawszych wydawnictw zagranicznych.

Oto niektóre z ulubionych płyt redaktorów Uwolnij Muzykę! Rok 2010, tak jak poprzednie, obfitował w długo oczekiwane powroty i zaskakujące debiuty. Dlatego poniższe indywidualne listy oczywiście nie wyczerpują kategorii najciekawszych albumów. Pop, rock, elektronika, funk, rap czy szeroko pojęta muzyka eksperymentalna mają swoich przedstawicieli w tym podsumowaniu – to pokazuje jak wiele pięknej muzyki powstaje rocznie i zarazem jak wiele w konsekwencji nie trafia do przeglądów tego typu.


Michał Wieczorek

neil-young-le-noise_article_story_main.jpg

1. Neil Young – “Le Noise” (recenzja)

Z każdym przesłuchaniem mam wrażenie, że “Le Noise”  jest najlepszą płytą Kanadyjczyka od coraz dłuższego czasu. Zaczęło się od 10 lat, od “Silver & Gold”, potem od “Mirror Ball” czyli lat 15, niedawno przesunąłem tę granicę do roku 1991, roku wydania “Ragged Glory”. Jeden z moich kolegów powiedział, że Neil gra tutaj noise folk, i miał rację. Po prostu genialna płyta.

2. Janelle Monae – “The Archandroid”

Bardzo rozbuchana i postmodernistyczna płyta. Mieszamy wszystko ze wszystkim. W ciągu 71 minut Monae zahacza o prog-rock, folk, musicale, poważkę, rockendrolle i sci-fi, a wszystko trzyma w ryzach nowoczesne r’n'b. Do tego każda piosenka to przebój. Chcemy więcej!

3. Dessa – “A Badly Broken Code” (recenzja)

No i co ja mam napisać o tej płycie? Świetne, inteligentne teksty, nieoczywiste podkłady, bujający flow, zaskakująco dobry śpiew. Czyli wszystko, co powinna mieć dobra rapowa płyta. Tym, co ją wyróżnia jest “boski pierwiastek”. Najlepsza rapowa płyta roku, sorry Kanye.

4. Crystal Castles – “Crystal Castles” (II) (recenzja)

Wymienili Game Boy’a na syntezatory z prawdziwego zdarzenia i choć wydaje się, że szaleństwa jakby mniej, to nadal mają zabukowany występ na afterparty po końcu świata.

5. Pantha du Prince – “Black Noise”

Wsiadam do pociągu w góry, w zimie, oczywiście. Na uszach słuchawki, w słuchawkach “Black Noise”, a przed oczami obrazki jak z trzeciej płyty Niemca. Perfekt.

6. Beach Fossils – “Beach Fossils” (recenzja)

Najbardziej wakacyjna płyta roku. Zwiewna, rozgrzana, idealna na plażę.

7. Fang Island – “Fang Island”

Pozytywna energia w pigułce. Idealna rzecz na doła. I przede wszystkim zespół, którego poziom zajebistości jest równy Barneyowi Stinsonowi. True story.

8. Sleigh Bells – “Treats”

Pomysł na ten duet – gitary + hiphopowe rytmy+ teen popowy wokal – wydaje się dość karkołomny, ale w efekcie dostajemy frapujący krążek, który mieści się gdzieś między Crystal Castles a Fang Island.

9. Amiina – “Puzzle”

Choć  moją ulubioną islandzką płytą na pewno pozostanie “Finally We Are No One” Múm, to na drugie miejsce przebojem wdarł się drugi album dziewczyn z Amiiny. Płyta bajkowa, zimowa, urocza. Czyli taka, jaka powinna być.

10. Group Inerane – “Guitar Music from Agadez vol. 3″ (recenzja)

Choć rozdarta między dwóch silnych liderów, druga płyta Group Inerane wywołuje więcej emocji niż niejedna dopieszczona zachodnia produkcja i bardziej psychodeliczna niż na przykład Tame Impala, czy Sleepy Sun.

Łukasz Stasiełowicz

a-ha-25_sm.jpg

a-ha – “25″

Najprawdopodobniej ostatni album w dorobku Norwegów zawierający premierowy utwór. W 2010 panowie oficjalnie postanowili zakończyć istnienie zespołu. “25″ to zbiór większości singlów grupy, ze względu na chronologiczny porządek zauważalna jest muzyczna ewolucja zespołu – na zapoznanie się z twórczością albo jej przypomnienie pozycja w sam raz.

Corinne Bailey Rae – “The Sea”

Album przepełniony autentycznymi emocjami, wszak nagrany po śmierci życiowego partnera. Czarnoskóra wokalistka porusza swoimi chwytliwymi utworami, wyjątkowym głosem i bardzo dobrym eklektycznym instrumentarium.

Delphic – “Acolyte” (recenzja)

Trudno było w 2010 roku uniknąć kontaktu z twórczością grupy – reklamy komercyjne, gra komputerowa, fragment jednego z utworów wykorzystano nawet w sezonowej ramówce pewnej polskiej stacji komercyjnej. Wokal jest, elektronika jest, instrumenty są, przeboje są – wszystko w wyważonych proporcjach.

Kent – “En plats i solen” (recenzja)

Po szwedzku, elektronicznie (momentami tanecznie) i z egzotyczną dla Polaków dykcją, czyli pozycja skierowana do otwartych słuchaczy. Do angielskiego już raczej nie wrócą, do ostrzejszych klimatów także, lecz słoneczno-depresyjny album w wykonaniu osiadłych Skandynawów jest czymś wyjątkowym.

LCD Soundsystem – “This Is Happening”

Do tańczenia i tupania, nie brakuje też ostrzejszych momentów, co czyni łatkę dance-punk w stosunku do projektu bardziej adekwatną. Po trzecim albumie zapowiedziany został bezterminowy urlop, tym bardziej należy docenić koherencję albumu i takie cudeńka jak “I Can Change”.

Liars – “Sisterworld” (recenzja)

Za klimat. Eksperymentalnie, tajemniczo, z dopieszczonymi dźwiękami gitar. Niespodzianką jest specjalna edycja zawierająca remiksy przygotowane przez znane osobistości (m.in. Thom Yorke, Devendra Banhart, Bradford Cox).

Menomena – “Mines” (recenzja)

Uparcie twierdziłem, że nie będzie to ta jedyna płyta roku i w podsumowaniu swoje zdanie podtrzymuję. Niemniej album zawiera ciekawe aranżacje, poznanie poszczególnych struktur zapewni rozrywkę na wiele godzin.

The Dead Weather – “Sea of Cowards” (recenzja)

Morze tchórzy dedykowane jest internetowym krytykantom, którzy nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje często oszczercze słowa wypisywane w Internecie. Drugi album supergrupy, choć krótki, potwierdza dobrą formę poszczególnych muzyków w kontekście tego projektu.

The National – “High Violet” (recenzja)

Smutasy z wyższej ligi powróciły. Nie przynudzają, choć dominuje specyficzny nastrój.

Yeasayer – “Odd Blood” (recenzja)

Tytuł wywiadu zamieszczonego na portalu Onet.pl mówi wystarczająco wiele: jakieś LSD na pewno było. Bardzo dobrzy instrumentaliści, bardzo dobre kwaśne utwory.

Gosia Lewandowska

menomena-mines.jpg

10. EF – “Mourning Golden Morning” // Dorena “About Everything and more”

Trochę oszukuję, wiem. Nie jestem po prostu w stanie zdecydować, którą płytę lubię bardziej. Dwa zespoły z Goteborga, dwa wydania ‘pościelowego’ post-rocka. Śnieżnie, trochę podniośle i pięknie.

9. Violens – “Amoral”

Jedna z wielu płyt inspirowanych latami 80-tymi, jednak jedna z niewielu naprawdę godnych uwagi.

8. Fan Death – “Womb of Dreams”

Dandi Wind przestaje wrzeszczeć i wraz z koleżanką – Polką nagrywa jedną z piękniejszych i wzruszających pły AD 2010.

7. Delphic – “Acolyte” (recenzja)

Tak jak obiecałam na początku roku – Delphic w pierwszej 10. Oni wiedzą jak robić muzykę elektroniczną…

6. We Have Band – “WHB”

…We Have Band zresztą też. Długo wyczekiwany przeze mnie debiut ani trochę nie zawiódł, a koncertowe oblicze tria dalej daje się we znaki moim starym kościom.

5. The National – “High Violet” (recenzja)

To chyba jedna z częściej wymienianych w tego typu podsumowaniach płyta w tym roku. The National czarują po raz kolejny, a głos Matta niezmiennie jest jednym z bardziej seksownych.

4. 65daysofstatic – “We Were Exploding Anyway”

I tak to właśnie jest jak post-rockowcy zaczynają romansować z elektroniką. I nie żadne tam Crystale ani tym bardziej “don’t let go bla bla bla” Hurts tylko właśnie 65daysofstatic stworzyli moją ulubioną płytę elektro AD 2010. No a kolaboracja z Robertem Smithem przy “Come To Me”- jakież to piękne! Do tego trzeba dodać, że ta płyta posiada jedną z najbardziej uroczych okładek.

3. Arcade Fire – “The Suburbs” (recenzja)

Nie mogło zabraknąć Kanady w tym podsumowaniu. Arcade Fire, jako chyba jedni z najbardziej zacnych przedstawicieli sceny muzycznej z tego kraju, już po raz 3 zaprosili nas do swojego świata. I tak jak w poprzednich dwóch przypadkach, podróż jest magiczna. No i wisienka na torcie – teksty. Genialne.

2. Troels Abrahamsen – “BLCK”

O Troelsie niestety jest cicho, a szkoda bo to autor mojej płyty nr 2 AD 2010. “BLCK” wraz z poprzedniczką “WHT” stanowią świetną, mroźną, muzyczną podróż po Danii. Ja jadę, a wy?

1. Menomena – “Mines” (recenzja)

Stoją w miejscu, są wtórni. Tak, tak wiem. Ale co z tego skoro to nadal Menomena i nadal wzrusza mnie tak samo jak za pierwszym razem kiedy ich usłyszałam.

Poza podium znaleźli się:
Spoon “Transference”, Woodhands  “Remorsecapade”, Fenech-Soler “Fenech- Soler”, Robyn “Body Talk pt.1″, Xiu Xiu “Dear God, I Hate Myself”.

Krzysiek Kowalczyk

highviolet.jpg

Jeśli chodzi o podsumowanie muzyki zagranicznej, to tu dopiero człowiek zdaje sobie sprawę, jak nie wiele jest w stanie w ciągu roku przesłuchać. Nie udaję zatem, że poznałem wszystkie albumy, które miałem zamiar poznać. Nie posiadałem też jasnych kryteriów, jak dobierać tytuły do tego podsumowania. Jedne albumy trafiły na listę, ponieważ czerpię z nich ogromną przyjemność – jak w przypadku Wavves – inne wybrałem ponieważ wydały mi się z jakiegoś powodu istotne dla kultury muzycznej – tak było z “I’m New Here” Gila Scotta-Herona. W ten właśnie sposób powstała ta daleka od ideału lista.

The National – “High Violet” (recenzja)

Album bez słabego punktu, na którym The National doprowadził niemal do perfekcji charakterystyczny, wypracowywany przez lata styl. Najbardziej poruszający zestaw piosenek ostatnich 12 miesięcy.

Interpol – “Interpol”

Oszczędny, stonowany, ale po dłuższym obcowaniu robiący ogromne wrażenie – dla wszystkich, którzy tęsknili za kolejnym “Turn On the Bright Lights”. Ten album większość dziennikarzy przesłuchała co najmniej o 10 razy za mało.

Wavves -”King Of The Beach” (recenzja)

Niesamowicie przebojowa mieszanina przesterowanego, punkowego lo-fi z letnim sesjami LSD.

Pantha du Prince – “Black Noise”

Z pewnością, jeśli chodzi o świat minimalów, rok 2010 należał do Niemca, który malował przepiękne pejzaże za pomocą stonowanych beatów, dzwoneczków i ezoterycznej atmosfery.

Gil Scott-Heron – “I’m New Here”

Fantastyczny powrót po wielu latach nieobecności. Wywołujący ciarki na plecach głos doświadczonego przez życie Herona w połączeniu z duszną elektroniką robią wielkie wrażenie.

Beach House – “Teen Dream” (recenzja)

Victoria Legrand i Alex Scally wciąż rozdają karty w leniwie ciągnącym się, spowitym mgiełką indie popie.

Zs – “New Slaves”

“New Slaves” jest bardziej podkładem pod rytuał przyzywania duchów przodków, aniżeli normalnym albumem; znakomicie potwierdzają to występy na żywo. Jedna z najlepszych i najbardziej bezkompromisowych rzeczy w tym roku.

No Age – “Everything In Between” (recenzja)

Hałaśliwy, energetyczny punk, niebojący się eksperymentów z elektroniką.

Laura Marling – “I Speak Because I Can” (recenzja)

Kawał frapującego, dojrzałego sing/songwritingu prosto z Londynu, który bardzo dobrze rokuje na przyszłość – panna Marling ma dopiero 20 lat.

Anna Lenarcik

baths-cerulean.jpg

Baths – “Cerulean”

Majstersztyk. Dopieszczone elektroniczne sample i z delikatnymi partiami klawiszowymi i wokalami niczym z zaświatów. NIE-SA-MO-WI-TE!

El Guincho – “Pop Negro”

Wakacyjne, tropikalne brzmienie, zamykam oczy i widzę plażowe party na słonecznych Balearach.

Everything Everything – “Man Alive”

Nieco karkołomne melodie i połamane rytmy podane jednakże w przystępny sposób. Ponadto świeże pomysły i ciekawe aranże – wszystko zgrabnie i ładnie upchnięte na debiutanckim krążku.

Grum – “Heartbeats”

Absolutnie mistrzowskie kompozycje w konwencji electropopu z nawiązaniami do lat 80-tych. Chwytliwe melodie, retro-syntetyczne brzmienie, idealne proporcje, zarówno w konstrukcji przebiegu utworów, jak również w zestawianiu i nakładaniu ścieżek dźwiękowych. Kontrapunkty – miodzio!

Jamiroquai – “Rock Dust Light Star”

Funk w najlepszym wydaniu. Panowie nadal prezentują wspaniałą formę, a długo wyczekiwana płyta nie zawodzi. Jest żywiołowo, ale też lirycznie. I najważniejsza sprawa – niepowtarzalny wokal Jay Kaya!

Mark Ronson and The Business Intl. – “Record Collection”

Autorski album Marka Ronsona mile zaskakuje. Mieszanka różnych stylów muzycznych zaserwowana w popowej oprawie. Smakowite!

Maximum Balloon – “Maximum Balloon”

Za ten projekt odpowiedzialny jest Andrew Sitek (TV On The Radio). Na płycie wystąpiło gościnnie wielu artystów (m.in. Little Dragon, Karen O, David Byrne), a współpraca Sitka z każdym z gości zaowocowała wybornym brzmieniem całego krążka.

Midnight Juggernauts – “The Crystal Axis”

Tym albumem młodzi Australijczycy kontyuują swoją muzyczna wizję zapoczątkowaną na debiucie. Trochę to przypomina The Cooper Temple Clause, trochę Muse – jest mrocznie i kosmicznie.

Plan B – “The Defamation Of Strickland Banks” (recenzja)

Pop-soul w najlepszym wydaniu. Sorry Amy, sorry Duffy. Panowie w tej kategorii wygrywają.

The Roots – “How I Got Over”

Po raz kolejny grupa udowodniła, że rap to nie tylko jednostajna słowna nawijka, ale że gatunek ten może prezentować wysoki poziom artystyczny i wyróżniać się niepowtarzalnym brzmieniem (tym razem z wyeksponowanymi partiami klawiszowymi).

Krzysiek Żyła

angus-julia-stone-down-the-way-300x300.jpg

Angus & Julia Stone – “Down The Way” (recenzja)

Za to, że podjęli ograny do znudzenia temat ballad na gitarę i fortepian w sposób tak inny od reszty, dotąd nie wymyślony, w sposób po ludzku zachwycający.

Arcade Fire – “The Suburbs” (recenzja)

Z roku na rok, z płyty na płytę się rozwijają. Po cichu, ruchem jednostajnie przyspieszonym. Materiałem z “The Suburbs” wykupili sobie miejsce wśród zespołów skali światowej.

Blonde Redhead – “Penny Sparkle” (recenzja)

Dekadę temu zaczęli od psychodelicznych gitar, potem zostali kolonizatorami wolnej ziemi między islandzkim ambientem, a Beth Gibbons. W roku 2010 wyznaczyli sobie całkiem nowy kierunek. Muzyczni globtroterzy.

Crystal Castles – “Crystal Castles” (recenzja)

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że są wydarzeniem porównywalnym do lotu człowieka na Księżyc. Do tego wkopali kamień węgielny pod budowlę nowego spojrzenia na muzykę elektroniczną. Tym razem łagodniej aniżeli podczas debiutu, jednak ciągle poza zasięgiem innych.

Delphic – “Acolyte” (recenzja)

Na łące electropopu pośród barwnych jednosezonowych kwiatków wyrośli ponad resztę. Także jednosezonowi? Myślę, że oni akurat nie.

Dum Dum Girls – “I Will Be” (recenzja)

One naprawdę wierzą w ideały lat 70. A, że reprezentujemy to samo pokolenie – wierzę razem z nimi. Do tego wyznają miłość po niemiecku, jest ich cztery, a perkusistka pije Jacka prosto z butli.

I Like Trains – “He Who Saw The Deep”

Idealiści zarzucili romans z mainstreamowym post-rockiem. Pragmatycy docenili zmianę wizerunku. Realiści usłyszeli jeden z najambitniejszych rockowych albumów roku.

PVT – “Church With No Magic”

Dla mnie, w kategorii psychodelicznego rocka 2010 roku – bezkonkurencyjni. Wątpiących odsyłam do utworu “Window”.

The National – “High Violet” (recenzja)

Pamiętam dokładnie. Wiosna, “Conversation 16″ w Trójce. Zakochałem się za pierwszym razem. Płyta, którą przypisuję do mojej osobistej kategorii “słuchanie i płakanie”. To jeden z najważniejszych albumów nie tylko mijającego roku ale i  dekady. Harmonia kompozycji, tsunami emocji. Szczyt The National?

Kamila Madajczyk

twin-shadow-forget-2010.jpg

Twin Shadow – “Forget” (recenzja)

Zestaw niezwykle niepozornych, rockowo-popowych piosenek z nutką klimatów retro, które w miarę słuchania przeradzają się w piosenki niezwykłe . Wszystko dzięki szczerości emocji płynących z nostalgicznych melodii, serwowanych przez Twin Shadow. Jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat.

Tame Impala – “Innerspeaker” (recenzja)

Połączenie melodyjności The Beatles z  psychodelicznym klimatem The Doors wypełnione mnóstwem finezyjnych, gitarowych riffów. Debiutancki album młodych Australijczyków aż kipi od pomysłów, dzięki którym słuchając “Innerspeaker” nie można się nudzić.

Massive Attack – “Heligoland” (recenzja)

To już nie “Blue Lines” ani  “Mezzanine”, ale fakt, że krążek znów zaskoczył fanów udowadnia tylko, że Massive Attack nadal mogą być pionierami muzyki alternatywnej. “Heligoland” to kolejny album pełen wysublimowanej, a jednocześnie wciągającej jak narkotyk muzyki.

Sleepy Sun – “Fever” (recenzja)

Rockowe granie wyrastające z gitarowych tradycji Kalifornii. Bret Constantino i Rachel Fannan dodają do tego swoje łagodne wokale, a zadziorne riffy wplatają w senne melodie. Efekt jest zaskakująco dobry.

Tamaryn – “The Waves”

Amerykański duet z San Francisco pełną garścią korzysta z dobrodziejstw stylu shoegaze. Tworzy znajomo brzmiące melodie, z niekończącymi się partiami gitar, a to, że już po chwili nie sposób ich sobie przypomnieć, w żadnym stopniu nie umniejsza przyjemności słuchania muzyki Tamaryn.

Sufjan Stevens – “The Age of Adz” (recenzja)

Amerykański folk w najlepszym wydaniu. Kompozytorski kunszt Sufjana i barwne aranżacje utworów, które znalazły się na krążku – zważywszy na ilość albumów, które artysta zdążył stworzyć zaledwie w ciągu dekady – mogą imponować. Nic nie wskazuje na to, ze Sufjanowi kiedykolwiek zabraknie weny.

Antony and the Johnsons – “Swanlights” (recenzja)

Antony nie wstydzi się sięgać do swoich najgłębszych emocji, jednak nawet w utworach takich jak “I’m in love” i “Thank You For Your Love” udaje mu się uniknąć banału.

Arcade Fire – “The Suburbs” (recenzja)

Niebanalna przebojowość melodii i przyjemna rockowo-elektroniczna stylistyka, to wystarczające argumenty by sięgać po tę płytę nie jeden raz.

Brendan Perry – “Ark” (recenzja)

Z braku laku, czyli Dead Can Dance. Słuchanie nowej płyty Brendana Perry to doskonała propozycja dla wszystkich poszukujących w muzyce cząstki metafizycznych przeżyć.

CocoRosie – “Grey Oceans” (recenzja)

W siostrach Casady zawrzała indiańska krew. Efektem jest ten – barwny jak  na CocoRosie przystało – album.

Kuba Serafin

coheed-and-cambria-year-of-the-black-rainbow1.jpg

Coheed and Cambria – “Year Of The Black Rainbow” (recenzja)

Amerykański prog-rock z konceptem o osobnym wszechświecie. Najnowsza płyta stanowi zarazem pierwszą część sagi i jej brzmienie świetnie komponuje się z ewolucją zespołu, a także rozwinięciem historii rodziny Kilgannonów. Trochę industrialnie, trochę popowo, lecz wypadkowa daje świetny i mocny album.

Circa Survive – “Blue Sky Noise”

Brzmienie amerykańskie, choć nie do końca. Świetnie współgrające gitary, specyficzny wokal Anthony’ego Greena i chwytliwe single, jak “Imaginary Enemy” dają w sumie chyba najlepszy album grupy. Choć nie ma takiego “czadu” – ustąpił on pola dojrzałym kompozycjom, które na długo zostają w głowie.

Union Sound Set – “Start / Stop” (recenzja)

Brytyjski gitarowy kwintet, żywo pasjonujący się muzyką rockową, ale taką lżejszą, z dużą ilością delay’a. Głośno, intensywnie, trochę na modłę Coldplay’a, ale takiego starego, więc jest dobrze.

These Ghosts – “You Are Not Lost, You Are Here”

Wielka Brytania jak się patrzy, a dokładniej Suffolk. Delikatne melodie za sprawą bujającego basu i soft rockowych gitar przekształcają się w drapieżne i mocne uderzenie, widoczne w singlowej “Lunie”. Do tego wysoki, przyciągający wokal, za który jest odpowiedzialny Calum Duncan – skrzyżowanie Thoma Yorke’a z Jonasem Bjerre z duńskiego Mew.

God Is An Astronaut – “Age Of The Fifth Sun”

Post-rock najwyższych lotów. Irlandczycy na swoim piątym albumie starają się wykroczyć poza ramy stworzone przez siebie na poprzednich płytach. Kompozycje są bardziej stonowane, trochę shoegaze’owe, jednak niesamowicie klimatyczne, jak zawsze w przypadku GIAA wiele się dzieje.

Get Well Soon – “Vexations” (recenzja)

Niemiecka estetyka w tworzeniu pięknych utworów z dźwiękami z całego świata. Utwory skaczące pomiędzy stylistyką niemal klasycznych utworów dochodząc do folk-rockowych kompozycji. Do tego bogactwo instrumentów, głębia dźwięku i wysoki poziom odbioru płyty. Konstantin Gropper pokazał klasę nie mniejszą, niż Zach Condon.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – “Before Today”

Lo-fi w swobodnej stylistyce. Pełno nawiązań do rocka, folku, popu. Do tego brzmienie wykrojone na stare, zniszczone płyty. 4AD może być dumne.

Menomena – “Mines” (recenzja)

Wszystko razem. Razem śpiewane, razem grane, wymyślane. I przez to Menomena stworzyła kolejny, urokliwy album. Płyta numer trzy na ich koncie jest mniej zwiewna, kompozycje wydają się bardziej statyczne i ciężkie, jednak jest to wciąż Menomena, której można z przyjemnością słuchać.

Apparat Organ Quartet – “Pólýfónía”

Grupa pięciu rosłych mężczyzn, która tworzy muzykę za pomocą starych syntezatorów. Album uderza swoją melodyjnością i zabawą. Klawisze z lat 70-tych, wokale na efektach, wciągające kompozycje. Coś niezwykłego, oryginalnego – tego trzeba posłuchać.

Tame Impala – “Innerspeaker” (recenzja)

Psychodelia z Australii mocno namieszała w mojej głowie. Oryginalność kompozycji, umiejętność sterowania pomiędzy delikatnymi, niemal ambientowymi, nie-muzycznymi ścieżkami a rozwiniętymi i bogatymi kompozycjami robi duże wrażenie. Zespół, który swoją nazwę zaczerpnął od antylop może zdecydowanie pochwalić się nowym dziełem.

Ania Wojciechowska

four_tet-there_is_love_in_you.jpg

1. Four Tet – “There Is Love In You”

Kieran Hebden wreszcie powraca do (wysokiej) formy. Nową płytą udowadnia, że everything znowu może być naprawdę ecstatic.

2. Pantha du Prince – “Black Noise”

Z każdym kolejnym utworem coraz bardziej zagłębiamy się w świat zbudowanych przez Webera dźwięków, zaś stopień skomplikowania kompozycji sprawia, że chce się wrócić do tego albumu jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze? Jest to również przykład na to, że etykietowanie może być bardzo krzywdzące- no bo jak to minimal, gdy mamy do czynienia z takim przepychem środków?

3. The Black Dog  – “Music for Real Airports”

Muzykom z The Black Dog nie zabrakło odwagi, aby zmierzyć się z legendą i wyszli z tego starcia jak najbardziej zwycięsko. Różnorodność dźwięków (pojawiają się nawet odgłosy otoczenia) połączona w harmonijną całość przenosi słuchacza, a jakżeby inaczej, prosto na lotnisko, oddając przy tym całe spektrum emocji, jakie wzbudza w ludziach to miejsce.

4. Bonobo – “Black Sands” (recenzja)

Nie jest to produkcja przełomowa, ale mi wystarczy to, że pełna jest muzycznego piękna i ciepła, które sprawia, że powraca się do niej z przyjemnością.

5. Jaga Jazzist – “One-Armed Bandit”

Głównym cechami tego materiału są jego wielowątkowość i wielowymiarowość, oprócz jazzu słychać w nim wpływy elektroniki i rocka progresywnego. Jest świeżość, jest swoboda, ale przede wszystkim jest pomysł (wręcz dziesiątki pomysłów), co w efekcie daje album, którym Jaga Jazzist potwierdza wysoki poziom, na jakim się znajduje.

6. Eleven Tigers – “Clouds Are Mountains”

Warto doceniać debiutantów, szczególnie, gdy album jest tak zaskakująco, jak na debiut, dojrzały. Słychać inspiracje różnymi nurtami muzyki elektronicznej, a mimo to płyta nie sprawia wrażenia chaotycznej, wręcz przeciwnie, płynność przejść pomiędzy poszczególnymi utworami pokazuje, że materiał jest bardzo spójny i dopracowany.

7. The Dead Weather – “Sea of Cowards” (recenzja)

Nie samą elektroniką człowiek żyje, szczególnie w momencie, gdy Jack White i spółka pokazują, że nie wiedzą czym jest “syndrom drugiego albumu”, nagrywając solidną oraz niezwykle równą płytę. Jest trochę psychodelicznie, trochę bluesowo, momentami dostajemy mocne, jazgotliwe gitary, a wszystko zrobione z porządnym rockowym zacięciem.

8. Autechre – “Oversteps”

Spójny album, z idealnie wyważonymi proporcjami, pełen krzywych melodii, którym jednak nie sposób odmówić piękna. Panowie z Autechre grają po prostu swoje, chociaż robią to w formie dużo bardziej przystępnej, niż tej, która cechowała wcześniejszy okres ich twórczości.

9.  Altered:Carbon – “Altered: Carbon”

Solidny materiał z pogranicza ambientu, IDMu i noise’u, który swego czasu wyciekł do sieci jako najnowszy krążek Autechre i został przyjęty nawet lepiej niż samo “Oversteps”.

10. Holy Fuck – “Latin”

Wyborny zestaw utworów z pogranicza rocka i elektroniki, pełen fantazji i nieprzewidywalności. Jest to w tej chwili jedna z ciekawszych instrumentalnych formacji na scenie alternatywnej.

Maria Grudowska

hurts_cover.jpg

Hurts – “Happiness” (recenzja)

Nowi bogowie synth popu objawili się w roku pańskim 2010 i jest to chyba (sądząc po strojach Theo i Adama) objawienie spóźnione o jakieś 30 lat. Ale i tak pokochali ich wszyscy: za teledysk o łącznym budżecie  20 funtów, za wygląd amantów sprzed epoki feminizmu, za głos, za czar swojej muzyki, która niby już gdzieś słyszana.

Eliza Doolittle – “Eliza Doolottle” (recenzja)

Lekkość, młodzieńcza energia, bezpretensjonalność i naturalność. W tym wieku, tylko tak! Plus odwołania do lat 50., 60., czyli epoki elegancji i naturalności w niewymuszonym stylu.

Underworld – “Barking”

Trochę wokalu, trochę gitar, ciut fortepianu to to, co mnie ostatnio urzeka. Na czele produkcji pod tym szyldem stoją Kamp!, których płyta jest nadal w dalekich planach i Underworld właśnie. Duet nagrał najbardziej roztańczony i popowy album w karierze. utwory są kolorowe niczym okładka albumu, taneczne niczym wiązanki z Ibizy i chwytliwe jak popowe listy przebojów.

Subheim – “No Land Called Home”

Coś z negatywnej amplitudy: spokojne, smutne, z ograniczonym wokalem, niczym muzyka do filmu historycznego. Mimo tego, albo właśnie dzięki temu wciąga. Nie ma tu plaż, greckich frykasów, zorby i słonecznej radości życia. Jest więc zaskoczenie. Po grecku i na smutno? Ale za to z sercem.

The National – “High Violet” (recenzja)

Okazuje się, że by powstał przebój, nie musi być pełno jazgotliwych gitar, charyzmatycznego wokalu i płytkich tekstów o miłości zagłuszanych przez syntezator. Można grać na smutno. Kraina łagodności zwie się The National.

Plan B – “The Defamation of Strickland Banks” (recenzja)

Płyta hip-hopowca, który nagrał totalnie nie hip-hopowy album. Poszedł w lata 80. z “Prayin’”, “She Said”, a potem było już z górki.

Massive Attack – “Heliogoland” (recenzja)

Kazali na siebie czekać siedem lat. Ich powrót przez niektórych wychwalany, przez niektórych uznany za najgorsze co dotychczas wyszło spod ich rąk. Album subtelny, delikatny i nie urąga tej delikatnosci nawet ocenzurowany przez wszystkie instytucje teledysk do “Paradise Circus”.

aKido – “Gamechanger”

Delikatnie, spokojnie, ale z wyczuwalnym rytmem. Wokal opowiada historie, a muzyka niesie gdzieś, w inny wymiar. Niby nic odkrywczego, ale działa.

Michał Baniowski

plan-b-the-defamation-of-strickland-banks.jpg

1. Plan B – “The Defamation of Strickland Banks” (recenzja)

Eklektyczna, świetnie zaśpiewana, rozrywkowa, dobrze pomyślana płyta. A przy tym bardzo życiowa.

2. Jamie Lidell – “Compass”

Wielki artysta w najbardziej nieprzewidywalnej płycie w dorobku. Nie tak bardzo przystępna, nie tak sympatyczna, a tak genialna.

3. Antony and the Johnsons – “Swanlights” (recenzja)

Nie znam bardziej przejmującego żyjącego artysty. Nie znam bardziej przejmującej płyty AD 2010.

4. Professor Green – “Alive Till I’m Dead”

Młody Brytol wziął na tapetę INXS i The SOS Band. Trochę zaczerpnął z czystej elektroniki, trochę
z dancehallu, dubstepu i dużo z hip-hopu. Stworzył coś szczególnie pobudzającego.

5. Gentleman – “Diversity”

Jak mawia mój Wykładowca, kto słucha reggae, ten ru**a kolegę. Z Gentlemanem nie miałbym nic przeciwko.

6. Isobel Campbell i Mark Lanegan – “Hawk” (recenzja)

Piękna i bestia na kolejnej wspólnej płycie dali upust najszczerszym emocjom. Ja je kupuję! W całości.

7. Skunk Anansie – “Wonderlustre” (recenzja)

Najprzyjemniejszy comeback roku. Lekcja jak zachować suwerenność i charakter nie nagrywając płyty przez dziesięć lat.

8. Klaxons – “Surfing the Void” (recenzja)

Niepokorne dzieci nowej rockowej rewolucji przeprowadziły kolejny zamach na nasze gusta. Po raz kolejny z powodzeniem! Siła i zupełny brak pokory.

9. Kid Rock – “Born Free”

Od czasów “Rock’n'roll Jesus” Kid Rock podoba mi się coraz bardziej. Southern rockowe ciągoty i klasyczny sznyt czynią tego artystę wiarygodnym.

10. Hurts – “Happines” (recenzja)

Pojawili się znikąd, są wszędzie. Stworzyli płytę tak niemodną, że stała się trendy i jazzy. W radiu,
w telewizji i w opinii publicznej. Z tym, że tym razem, rzeczywiście coś w tym jest.

Michał Stępniak

foals_total_life_forever.jpg

10. BROKEN SOCIAL SCENE – “Forgiveness Rock Record”

Arcydzieło, którego walory odkryłem dopiero z czasem. Począwszy od monumentalnego “World Sick” aż po romantyczną pochwałę masturbacji, “Me & My Hand” jestem całym sobą na “tak”.

9. MENOMENA – “Mines” (recenzja)

Miłość od pierwszego przesłuchania. Może nie jest to płyta tak doskonała jak “Friend and Foe”, ale brakuje jej naprawdę niewiele.

8. KANYE WEST – “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”

Czytając recenzję tegoż albumu, napisaną przez Borysa Dejnarowicza, zasnąłem. Poznanie “My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to już jednak zupełnie inna sprawa. Tak dobrego albumu hip-hopowego nie słyszałem już bardzo dawno, a może nawet nigdy.

7. VAMPIRE WEEKEND – “Contra” (recenzja)

Oprócz zwycięzców tego zestawienia, Vampire Weekend są dowodem na to, że druga płyta niekoniecznie musi być słabsza od debiutu. Ktoś gdzieś napisał, że na “Contra” zespół zapomniał o “przebojowości” – prawdopodobnie słuchał płyty innej kapeli.

6. BEACH HOUSE – “Teen Dream” (recenzja)

Może i płyta monotonna, może i wtórna (ja bynajmniej tak nie uważam, powtarzam za innymi), ale uroku odmówić jej nie można. Takie plumkanie ma sens i takie plumkanie kocham!

5. BRYAN FERRY – “Olympia” (recenzja)

Zupełnie nie spodziewałem się, że Bryan Ferry jest jeszcze w stanie nagrać coś tak pięknego. Spora liczba gości i powrót wszystkich członków pierwotnego składu Roxy Music dały mieszankę wybuchową – taką, do której chce się wracać wielokrotnie.

4. HOT CHIP – “One Life Stand”

Do Hot Chip mam wielką słabość. Wyglądają jak totalni życiowi nieudacznicy, ale talent do tworzenia przebojów mają niespotykany. “One Life Stand” to żywy dowód geniuszu i zarazem najlepsza płyta w dyskografii.

3. ARCADE FIRE – “The Suburbs” (recenzja)

Na tę płytę czekałem  w tym roku najbardziej i liczyłem się z tym, że może mnie spotkać zawód. Zupełnie niepotrzebnie. Nie wiem, czy Arcade Fire stać na to, by nagrać słaby materiał. Może następnym razem będzie “złoto”. Tym razem najniższy stopień podium.

2. THE NATIONAL -  “High Violet” (recenzja)

Ktoś kiedyś napisał: “Smutek jest naszą radością”. Matt Berniger zaśpiewał: “Smutek odnalazł mnie, kiedy byłem młody. Smutek czekał, smutek wygrał”. Płyta The National to piękno, o jakie trudno w dzisiejszych czasach. To jedyny album, który miałem wgrany w telefonie i którego z zachwytem słuchałem podróżując tramwajem czy autobusem.

1. FOALS – “Total Life Forever” (recenzja)

Wygrana Foals jest bezapelacyjna. Dzięki ci, Boże, że obdarzyłeś talentem tych ludzi! GENIUSZ – cóż można więcej napisać?




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.