21.07.2010 11:39

Autor: Zylka

Piekło za dychę, trzy królowe i glany w pełnym słońcu – relacja z Jarocin Festiwalu 2010

Kategorie: POLECAMY, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | |


Piekło za dychę, trzy królowe i glany w pełnym słońcu – relacja z Jarocin Festiwalu 2010

Stojąc w korku do Jarocina przy 40 stopniowej temperaturze powietrza głowiłem się na co się natknę w tym przecież uznanym i przeklętym swoim własnym kultem mieście. Po festiwalu wiem, że… głowić się nie przestanę.

jaro1_49.jpg Decyzje organizatorów tegorocznej edycji festiwalu zadziwiały mnie od samego początku, zarówno jako sympatyka muzycznych doznań jak i ich recenzenta. Rozwojowi festiwalu, a raczej planom zmiany jego formuły przyglądam się uważnie od kiedy na swoją pierwszą kadencję dyrektora artystycznego festiwalu został wybrany Michał Wiraszko. Teraz nie ma ani Wiraszki, ani jak się mi wydaje… planów.

Paradoksalnie, to właśnie tegoroczna edycja została wyprzedana do cna przyciągając pielgrzymki z kraju całego, a  zdobycie wolnego metra kwadratowego na polu namiotowym graniczyło z cudem. Organizatorzy już na kilka dni przed rozpoczęciem głosili wszem i wobec, żeby czasem nie przyjeżdżać – bo miejsca nie ma i nie będzie. Zdawać by się mogło – sukces.

Wróćmy jednak do części artystycznej festiwalu. Mam wrażenie, że Jarocin stał się jak śpiewał jeden z klasyków “wciąż bardziej obcy”. Siląc się na zmianę wizerunku, organizatorzy postanowili zaprosić Pustki (i dla pustek zagrały niezwykle świetny koncert) czy Rotofobię, która po zmianie dizajnu, zdecydowała się na klawiszowo-laptopowe sety i zagrała o typowej przecież dla klubowych zabaw porze – o 16.15. Jednak godziny wybaczyć można, wszak festiwal dysponuje de facto jedynie jedną sceną i line-up wymaga rygoru i  zagryzienia zębów, nawet jeżeli słońce na niebie świeci zdecydowanie nie po festiwalowemu.

Była to edycja festiwalu jubileuszowa, bo 30. Stąd i  zrozumiałe zaproszenie na festyn starych wyjadaczy i  archetypów naszej muzyki. I tu zaczyna się niezręczny problem, bo o ile niektórzy z tych muzyków potrafili stanąć na wysokości i dostojności wydarzenia, o tyle inni… chyba nie byli w stanie. I tak na przykład przemogłem swoje własne uprzedzenia i  zobaczyłem na oczy własne zespół człowieka w cylindrze – Pidżamę Porno. Przyznam – fanem nie zostanę, ale budujące skądinąd było to, że jako jeden z nielicznych koncertów, na występ Grabaża i spółki publiczności było na tyle, iż pod reżyserką dalej było tłoczno (a to się w tym roku nie zdarzało). Występ Pidżamy był podobno (ja rumieńców podniecenia nie odczułem) gwoździem programu tegorocznego Jarocina dla większości przybyłych festiwalowiczów. O doznaniach metafizycznych płynących z  tego koncertu mówić mi trudno, ale czujących inaczej niż ja było zdecydowanie więcej – pewnie oni mają rację.

Wydarzeniem jednak dla mnie intrygującym było zobaczenie ponownie na scenie damy, królowej polskiej muzyki – Kory. Pani Kora (od dziś tylko tak będę o niej pisał i mówił) wystąpiła z tracklistką prezentującą największe utwory wybrane spośród zbiorów Maanamu. I tak można było znów zobaczyć jak pani Kora schowana za ogromnymi czarnymi okularami i  w nieprzyzwoicie prowokująco obcisłych skórzanych spodniach wykonuje “Cykady na Cykladach”, “Lipsitck On The Glass”, “Boskie Buenos” czy “To Tylko Tango”. Czas stanął w miejscu! Ja wiem, że dobre wychowanie zakazuje wspominania o wieku kobiety. Jednak, to w jaki sposób, z jaką dumą, klasą, charakterem i profesjonalizmem zaprezentowała się ta 59 letnia dama, rozwiewa moje wątpliwości co do wypowiedzianego przez Andrzeja “Pudla” Bieniasza hasła, iż “rock and roll konserwuje”.

Damy w ostatecznym rozrachunku były według mnie czynnikiem utrzymującym ten festiwal przy życiu. A tych znaczących kobiet było dokładnie trzy – wspomniana już pani królewna Kora, caryca Katarzyna Nosowska oraz Beth Ditto – powiedzmy, że z racji wieku – księżniczka.

Hey widziałem już po raz wtóry i nie sądziłem, że zespół o  tak ukształtowanej stylistyce, publice i rubryce w polskiej muzyce – jest w stanie się dalej rozwinąć. A jednak. Aranże z nowej płyty zapowiadają, że Hey nie postanowił jak niektórzy przyjaciele ze sceny klepać tych samych kawałków do znudzenia, a spróbują porwać swojego zdezorientowanego wiernego słuchacza kompletnie w inne odmęty muzyki. Kapitalnie zagrany koncert, dobre brzmienie, przyjemnie wystylizowana Katarzyna. Takim koncertem to Hey mógłby zamykać obchodzy 30 lecia festiwalu. Poza stalowym składem utworów, Hey zagrał także te utwory, które kilkanaście lat temu mało komu przypadły do gustu w Jarocinie fundując tym samym publiczności oraz sobie sentymentalny wyskok. Co mnie jednak zaciekawiło – niech posypią się gromy jeśli bluźnię, ale według mnie Hey cichaczem, z przymrużonym okiem romansuje z trip-hopem. Kasia swoim czarem nie ustępuje pani Gibbons, a przecież grać co innego niż “Teksańskiego” to chłopaki Katarzyny też potrafią.

W niedzielę zaprezentował się nam Gossip. I to jak zaprezentował! “Fuck that, play!” krzyczała Beth kiedy okazało się, że z perkusji Hannah Beilie mikrofony nie zbierają najpierw kotłów, a potem talerzy. Beth występująca w sukience w poziomych biało-czarnych paskach prezentowała się uwierzcie – zniewalająco. (choć jak słusznie ktoś za mną zauważył, poziome paski pogrubiają). Gossip wyciągnął z  jarocińskiej publiczności nie mniej energii niż weekendowe słońce. Beth szczerze dziękowała polskiej publiczności, informując nas, że jest im miło, że fajnie grać po Flogging Molly i, że koncertem tym Gossip kończy sześciotygodniową trasę. Dodatkiem do koncertu Gossip było wykonanie przez Beth a capella niemożliwe ckliwego kawałka Whitney Houston znanego nam z filmu o bodyguardzie i jej miłości do owego body strzeżonego. Beth na końcu gigu zafundowała sobie wybieg w publikę, co znacznie utrudniło pokojową do tej pory pracę ochroniarzy, którzy musieli stać się na chwilę jej prywatnymi bodyguardami (dobór utworu celowy?) . Niestety koncert Gossip nie zobaczyło wielu z  festiwalowiczów – chyba nie chcieli.

I w tym momencie moja opowiastka z miasta, gdzie raz na rok reaktywuje się subkultura punków zatacza koło. Jarocin AD 2010 w porównianiu do poprzednich edycji festiwalu z lat dwutysięcznych za sukces trzeba uznać. Jest to chyba jednak w pewnym sensie zwycięstwo Pyrrusowe. Zmiana, reforma idei festiwalu wdrażana jeszcze niedawno okazała się  pomysłem chybionym. Za podobno należy też uznać chyba zestawianie w jednym line-up’ie Gossipu i TSA, Rotofobii i T.Love. Wydaje się, że organizatorom towarzyszy  dylemat działający na zasadzie “chciałbym, a się boję”. Poza solidną, acz nieodkrywczą i już niedebiutującą prezentacją polskich zespołów (Muchy, Pustki, Lao Che, Pogodno) festiwal nie zaoferował niczego nowego, niczego stymulującego. Rozśmieszyło mnie też zdanie wypowiedziane przez jedną z osób odpowiedzialnych za organizację festiwalu, jakoby płatne (w cenie karnetu) akredytacje były krokiem ku profesjonalizacji… jeżeli chce się cokolwiek profesjonalizować, to nie powinno się chyba było zaczynać od wyciągania ręki po pieniądze dziennikarzy. Bo na tym mistycznym zachodzie do którego chcemy tak dążyć, płatne akredytacje są raczej cechą zaściankowości i zacofania.

Organizacja małej sceny Red Bulla, gdzie spalały się młode zespoły była prawie żadna, bo o ich występach informowała nas jedynie wywieszka formatu A4 przy wejściu na strefę gastronomiczną. (gwoli sprawiedliwości – Laureatem Nagrody Jury został zespół Neony, nagrodę publiczności otrzymała formacja Grin Piss, zaś czek na 5 tys. złotych od Instytutu Adama Mickiewicza i nagrodę Border Breaker formacja Heroes Get Remebered). Niestety zespołów tych zobaczyć nie mogłem… bo nic nie informowało mnie o ich występach, a szkoda, wszak festiwal jarociński słynął z wynajdowania nowych nadziei polskiej muzyki, a nie ekshumacji tych wypalonych.

Przewidywalne, planowo, bardziej festynowo niż festiwalowo… niestety. Bo zapadających  w pamięć choćby z racji swojej niecodzienności występów takich jak zespołu Masturbator, po prostu nie było. (notabene, zespół wyprodukowany przez Macio Morettiego został zwycięzcą nieoficjalnego festiwalowego hasła, które brzmiało jak na metalowców przystało – “Dajcie diabła!”)

Ale skończmy jasnym punktem, małą scenę zamykał w niedzielę (o godzinie 14.30!) zespół spod Łodzi - The Washing Machine. TWM występowali w Jarocinie (dawniej Ogólnopolskim Festiwalu Muzyki Młodej Generacji) już po raz czwarty… i mam nadzieję, że po raz ostatni w tej roli. Bo za rok widzę ich na scenach głównych, główniejszych polskich festiwali.

Krzysiek Żyła

Fotogaleria z 1 dnia festiwalu

foto: Mary Nogacka

Fotogaleria z 2 i 3 dnia

[nggallery id="210"]

foto: Marcych





Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.